Nasza edukacja domowa we wrześniu 2023

Jak już to weszło nam w zwyczaj, na początku nowego miesiąca spoglądamy na miesiąc miniony. Na wszystko, co było nam dane. To, co przyjemne i łatwe. To, co trudne. Żeby zapamiętać, ucieszyć się, docenić, wytrwać.

Wrzesień zaczęłam od wizyty u mojej przyjaciółki w Białymstoku. Jej mama robi takie słodkie cuda, widoczne wyżej.

Na początku miesiąca nasz ósmoklasista zdał pierwsze trzy egzaminy. Z angielskiego, religii i informatyki. W tym roku egzaminów klasyfikacyjnych czeka go jeszcze chyba 10. Poza nimi Egzamin Ósmoklasisty w maju. Czyli w sumie matematykę, język polski i język angielski w tym roku będzie zdawał po dwa razy.

Był to też dla nas czas spotkań i pożegnań przed wyjazdem. Wdzięczność za wszystkie spotkania z rodziną, przyjaciółmi, znajomymi. Za wspólne rozmowy, wzruszenia, tańce, zabawy, pluskanie, gry, zajęcia, kino…

Książki towarzyszyły nam stale. Na blogu opisuję głównie te czytane z córką i przeze mnie. Za czytanymi przez syna nie nadążam.

Wakacje były za krótkie, za to we wrześniu udało się na dwa czy trzy razy ognisko zrobić, rozpalane własnymi rękoma. Dobrze tak popatrzeć na żywy, aczkolwiek kontrolowany, ogień. Zapach dymu jest wspaniały. I komarów było już mało. Idealny czas na ogniskowanie.

Wykorzystaliśmy jeszcze czas mieszkania na wsi na spacery po bliższej i dalszej okolicy. Obchodziliśmy nasze łąki, kilka razy byliśmy w lesie i nad jeziorkiem. Czasem z towarzyszącym nam kotem Rudzikiem. Zabawnie, kiedy kot zachowuje się jak pies.

Narodowe Czytanie „Nad Niemnem” w Muzeum Kresów Rzeczypospolitej

Jeden piątek września był szczególnie pełen wrażeń w Sejnach.
Najpierw osłuchaliśmy fragmentu „Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej w ramach Narodowego Czytania 2023 w Muzeum Kresów Rzeczypospolitej, znajdującym się w dawnym klasztorze podominikańskim.
Później wzięliśmy udział w obchodach 60lecia szpitala im. E. Rittlera w Sejnach. Jest to miejsce, z którym byłam jakiś czas związana, odbywając tam praktyki w czasie studiów pielęgniarskich. Dzieciaki pokorzystały z atrakcji przygotowanych dla dzieci i z czasu z dziadkami.

Ostatnią sobotę przed wyjazdem chciałyśmy z córką wykorzystać na zajęcia plastyczne „Gucio zaczarowany”, jednak nie sprawdziłyśmy przed wyjazdem, i okazało się, że wyjątkowo w tym dniu zajęć nie było. Za to zrobiłyśmy sobie piknik, szukanie skamieniałości w kamieniach, na których siedziałyśmy i spacer po parku otaczającym dwór.

Podróż zaczęliśmy wcześniej, by odwiedzić jeszcze przyjaciół w Warszawie i pokorzystać z uroków stolicy.

Udało nam się spędzić miły dzień w Warszawskim Ogrodzie Zoologicznym. Po raz pierwszy wizyta obrodziła nam w tyle obserwacji kotowatych. Tylko tygrysy i lamparty się ukryły. Za to po raz pierwszy od wybudowania nowego wybiegu, udało się nam zobaczyć irbisa- panterę śnieżną. Dzień na zwiedzanie był idealny. Początkowo, z rana, było bardzo mało zwiedzających. Każdy z nas odwiedził swoich ulubieńców.

Piękne światło w katedrze warszawsko- praskiej św. Michała

Po zoo zwykle zachodzimy do katedry św. Michała na adorację Najświętszego Sakramentu.
Katedra jest piękna. Za każdym razem zachwyca mnie przestrzenią i czystością, przejrzystością.
A kaplica Adoracji znajduje się przy samym wejściu po prawej stronie. Tak jakby Pan Jezus sam przybliżał się do tych, którzy może z jakiegoś powodu nie mają odwagi wejść wgłąb kościoła, przed tabernakulum.

Wieczór spędziłyśmy na Mokotowie u znajomych, a syn na Ursynowie u kolegi ze starego osiedla. To jeden z plusów przeprowadzek- znajomi w różnych miejscach.

Pakowanie w tym roku przychodziło mi wyjątkowo trudno. Jakoś jednak się udało zapakować wszystko, co potrzebne do walizek do samolotu i paczek do nadania kurierem. Jedynie Ptasie Mleczko się nie zmieściło. Ale może to i dobrze 😉

Za to podróż przebiegła bardzo sprawnie od momentu wyjścia z hotelu w Warszawie do dotarcia do naszego mieszkania na Maderze.
Bez pośpiechu, bez stresu, bez opóźnień, bez kłótni, bez bólu głowy, bez niesprzyjających wiatrów przy lądowaniu.

Pierwszy tydzień na Maderze, to czas aklimatyzacji (oj, te upały i wilgotność), spotkań i małych podróży.

Spędziliśmy rodzinnie czas w kompleksie basenowym Ponta Gorda.

Spotkałyśmy się z Uli koleżankami- dwoma też korzystającymi z uroków edukacji domowej i jedną malutką, jeszcze nie chodzącą.

Zwiedziliśmy rodzinnie miasteczko Camacha, w którym jeszcze nie byliśmy.

Pomoczyliśmy się na małej, piaskowej, czarnej plaży Prainha, koło Caniçal.

Przeszliśmy nowym fragmentem promenady nadmorskiej przy plaży Formosa i odremontowanym tunelem do Doca do Cavacas.

Odwiedziliśmy koty z „kociej” lewady i pooglądaliśmy kwiaty.

Tyle atrakcji na jeden tydzień to aż nadto.

Miesiąc zakończyliśmy udziałem w siódmych urodzinach niemiecko-angielskiej koleżanki córki. Były tam rodziny homeschoolersów, unschoolersów, dzieciaki ze szkół portugalskich i międzynarodowych.
Dzieci, jak to dzieci, dogadywały się niezależnie od różnic językowych.
Dla mnie było jednak to dość trudne. Bo nie dość, że wymagające rozmów z nieznajomymi, to jeszcze wymagające szybkiego odkopania znajomości języka niemieckiego i odświeżenia angielskiego po wakacyjnym nieużywaniu. Ale dałam radę.

Lecimy w październik

Październik zapowiada się nadal upalnie.
W perspektywie
przylot rodziny do nas na 12 dni,
trochę wspólnego zwiedzania,
dwa egzaminy syna (edukacja dla bezpieczeństwa i historia),
a z najmłodszą skupiamy się przede wszystkim na kaligrafii i nauce angielskiego, o pozostałych przedmiotach nie zapominając.

Opublikowane przez burnevel

Kobieta, Żona, Mama, Edukatorka Domowa, Pani Domu, piszę jako Burnevel o moich doświadczeniach i poszukiwaniach Dobra, Prawdy i Piękna. Mieszkam część roku na Suwalszczyźnie, a część na Maderze, w międzyczasie odwiedzając inne regiony Polski i świata.

Dodaj komentarz