Trochę się nam zmieniła formuła czytelnicza. Zamiast czytać na raz kilka książek po rozdziale, na prośbę córki czytamy po kilka rozdziałów tej samej książki. Żeby szybciej poznać historię.
Na ratunek Rufiemu! Holly Webb
Przeczytałyśmy całe przygody szczeniaka Rufiego i opiekującego się nim rodzeństwa. Było chwilami dramatycznie, ale wszystko dobrze się skończyło. Uff.
Mela zawsze pomoże. Agnieszka Stelmaszyk
Zaczęłyśmy dopiero ją czytać. Jest podobna w tematyce do poprzedniej. Główną bohaterką jest szczenię- bernardynka Mela. Okrutnie porzucone w lesie przez poprzednich właścicieli, uratowane i szukające nowego domu. Zobaczymy, jak się przygody dalej potoczą.
Z więzienia do wdzięczności. Merlin R. Carothers
Kolejna książka tego autora, którą przeczytałam. Dla siebie. Pełna świadectw cudów, jakie się dzieją, kiedy zdecydujemy się w pełni zaufać Bogu i uwielbiać go z wdzięcznością w każdej sytuacji. Trudne. I piękne.
Poza książkami o zwierzakach przeczytanymi wspólnie, córa przesłuchała w tym tygodniu ponownie Dzieci z Bullerbyn, Astrid Lindgren na Audiotece oraz kilka płyt ze słuchowiskami.
Zrobiłam sobie prezent przed Dniem Mamy i wybrałam się jako drugi opiekun na wycieczkę z dzieciakami ze szkoły, do której jest zapisana Młodsza.
W niewielkiej grupce dzieciaków w różnym wieku, z przewodnikiem-przyrodnikiem spędziliśmy kilka godzin w Biebrzańskim Parku Narodowym.
Dzień był pogodny, nawet upalny. Rozpoczęliśmy w okolicach miejscowości Szuszalewo. Czekał nas najpierw około 3 km spacer po kładkach na torfowisku.
Przewodnik zapoznał nas z zasadami zachowania na tym terenie i wyruszyliśmy. Zatrzymywaliśmy się często by zobaczyć rośliny typowe dla tego obszaru czy ptaki pojawiające się na niebie.
WełniankaRosaBobrek trójlistkowyFirletka poszarpanaKukułka krwista, storczyk Roślinność na torfowiskach. Gdyby nie pomoc człowieka, zarósłby w kilkanaście lat drzewkami.
Zwierzętami, które najczęściej widzieliśmy był owady. Większe zwierzęta zostawiły ślady swoje obecności, m.in. co chwila mijaliśmy odchody lisów( które wykorzystywały kładki, by oznaczyć swój teren). Stąd najczęstszym okrzykiem na trasie było „uwaga!kupa!”
Były też martwe, nadgryzione ryjówki, na których prawdopodobnie młode drapieżniki uczyły się polować, a nie wiedziały jeszcze, że nie są jadalne.
Zgrzypik twardokrywkaJakiś BłyszczykNiedźwiedziówka kaja- gąsienicaGąsienica prawdopodobnie ZawisakaChyba Omomiłek szaryChrabąszcz majowy
Po kilku przerwach na odpoczynek i drugie śniadanie na kładkach, wspięliśmy się jeszcze na wydmę, która była swego czasu wyspą, kiedy topił się w tym regionie lodowiec.
Tam widzieliśmy kilka razy krążące nad polami Błotniaki stawowe.
Pokonaliśmy też kilka kryzysów, bo upał i wędrówka polną drogą, bez cienia, nie należały do najłatwiejszych dla dzieciaków.
Po krótkim odpoczynku w cieniu i przekąsce ruszyliśmy jeszcze na przeprawę promem ręcznym przez Biebrzę.
To była zdecydowanie najciekawsza dla dzieciaków część wyprawy. Rwały się do samodzielnego przeciągnięcia promu ( pływającego pomostu) na drugi brzeg. A czekał nas jeszcze powrót tą samą drogą.
Czermień błotna- a ja myślałam, że kalia
Na drugim brzegu szeroką wygodną kładką przespacerowaliśmy przez olsy, podmokłe lasy, pięknie teraz zazielenione. Na trasie towarzyszyły nam norniki, bardzo zajęte swoimi sprawami.
Doszliśmy do wieży obserwacyjnej, jednak o tej porze dnia nie udało się nam zaobserwować ptaków ani innych zwierząt.
Pod słońceZe słońcem Olsy zielone o tej porze roku tak samo u góry, jak i u dołu.
Wróciliśmy tą samą drogą do promu. Po przeprawie przez rzekę wróciliśmy już do autokaru.
Śluza Paniewo- mechanizm nadal ręczny, obsługiwany przez człowieka
Kolejny nasz cel to śluza Paniewo na Kanale Augustowskim.
Dotarliśmy w dobrym momencie, ponieważ akurat rodzinka płynąca kanadyjką chciała się przeprawiać przez śluzę.
Mieliśmy więc okazje zobaczyć, jak wygląda śluzowanie. Częściowo przynajmniej. Trwa to około pół godziny. W takcie przerwał nam ulewny deszcz, który przegonił nas do autokaru.
Gnieźnik leśny- storczyk
Po deszczu ruszyliśmy jeszcze na spacer w okolicy jeziora Krzywe.
Komary atakowały nas jak szalone. Ale udało się zobaczyć ciekawego storczyka, na którego sama bym nie zwróciła uwagi.
Wilcze tropy
I, jak dla mnie, wisienka na torcie tego dnia- ślady obecności wilków. Tropy odciśnięte w błocie i odchody, pełne sierści jelenia, na drodze.
Zaskroniec
W drodze powrotnej dzieci zauważyły jeszcze szczątki zaskrońca, który nie miał szans przeżycia w kontakcie z samochodem.
Jako że po deszczu było zbyt mokro i nie mogliśmy rozpalić ogniska, pozostało nam ognisko na zimno- bułka plus zimna kiełbasa i było pysznie. Po tylu wrażeniach nikt nie narzekał.
Jeszcze 30 minut jazdy autokarem (głośnej, bo dzieciaki po obiedzie i deserze piankowym rozpierała energia) i wróciliśmy do Sejn.
Wrażenia ogólnie pozytywne. Ja sama bardzo skorzystałam. Jednak zwiedzanie z przewodnikiem to co innego niż samodzielny spacer.
Córka aż tak bardzo mojego entuzjazmu nie podzielała. Dla niej było chwilami za długo, za gorąco, za ciężko i za głośno. I jeszcze konieczność dostosowania się do grupy i zasad. A ma teraz okres z większą potrzebą autonomii. Z tego powodu to też było cenne dla niej doświadczenie. Kiedy podróżujemy sami jako rodzina dostosowujemy się do potrzeb tylko kilku osób. A w tej sytuacji trzeba było pogodzić potrzeby większej grupy.
Zachęcam do odwiedzenia Biebrzańskiego Parku Narodowego. Jak macie możliwość, to z przewodnikiem i o świcie. Wtedy są duże szanse na spotkanie m.in. łosi.
Już 20 tygodni tego roku z książkami za nami. Dzień za dniem, strona za stroną- poznajemy świat, siebie i miło spędzamy czas pomiędzy okładkami.
Rozpakowaliśmy się po podróży i wchodzimy ponownie w rytm życia na wsi.
Oddane do innych domówNowe
Córka zabrała się od razu za przeglądanie zawartości półek i szafek oraz przekazywanie innym tego, z czego już wyrosła. Bez żadnych sentymentów przygotowała do oddania książki i zabawki, do których już nie chce wracać. Po kim ona to ma? Chyba po tacie, bo na pewno nie po mnie. Mi szczególnie trudno przychodzi rozstawanie się z książkami. Mam na półce kilka ze swojego dzieciństwa i lat nastoletnich, i nie chcę się ich pozbywać.
Za to chętnie zapraszam do domu nowe książki. Zapoznamy się z nimi bliżej za chwilę. Albo poczekają, by polecieć z nami na Maderę.
Pan Kartezjusz gra w statki czyli podróże do krainy matematyki. Anna Cerasoli
Ta książeczka czekała na dalsze czytanie od jesieni. Głównymi bohaterami są dziadek i wnuczek. Filip, ośmiolatek zainteresowany matematyką oraz jego dziadek, emerytowany nauczyciel matematyki, który ciekawostkami uzupełnia wiedzę wnuczka wynoszoną z lekcji w szkole. Aktualnie czytamy o liczbach absurdalnych.
Twój Anioł z Nieba. Części 3 i 5. Edmond Prochain
Przyjemne, krótkie książeczki o ważnych sprawach. O tym, jak kłamstwo zaburza postrzeganie rzeczywistości i o tym, że często to, co pomaga mi w ciężkiej chwili, nie jest pomocne dla drugiego człowieka. Towarzyszem przygód głównego bohatera jest anioł, będący uczniem anielskiej szkoły.
Na ratunek Rufiemu! Holly Webb
Zaczynamy tę książeczkę od początku. Przerwaliśmy przed jesiennym wyjazdem i córka wolała zacząć tę przygodę jeszcze raz. Autorka napisała wiele podobnych książeczek o dzieciach i zwierzakach. W tej rodzeństwo dostaje wymarzonego pieska i uczy się o niego troszczyć.
Maj w Polsce jest piękny. Korzystamy z przyrody w te cieplejsze dni. I spotykamy się z bliskimi i znajomymi po długiej przerwie. W międzyczasie czytamy trochę razem, a najwięcej dzieci same sobie. Po kilku miesiącach nasze biblioteczki są atrakcyjne prawie, jak nowe. Ciągle jakaś książka w ręce. Młodsza dodatkowo cieszy się możliwością samodzielnego czytania komiksów i książek, czytanych wcześniej ze mną. Ten napad czytelniczej pasji utrudnia trochę przygotowania do ostatnich egzaminów. W przyszłym roku szkolnym weźmiemy na to poprawkę i zakończymy naukę przed odlotem z Madery.
Minęła już połowa maja, a dopiero wstawiam tu podsumowanie kwietnia. Przygotowania do podróży, podróż i przeziębienie rodzinne po podróży uporządkowały nam ten czas po swojemu.
Mało będzie w tym tekście edukacji typowo domowej, czyli umiejscowionej w mieszkaniu. Choć czas na ćwiczenie konkretnych umiejętności u Młodszej (jak pisanie, czytanie, liczenie…), a u Starszego nauka do egzaminów przedmiotowych ( zostały francuski, fizyka, matematyka) również były. Tylko ich jakoś nie-ozdjęciowaliśmy. Były też treningi kajakowe, place zabaw, plażowanie i kąpiele w oceanie. I trenowanie w życiu codziennych umiejętności, obowiązków domowych i gotowania, a także umiejętności społecznych ( w rodzinie i poza nią).
Kwiecień na Maderze był cieplutki. Mieliśmy wiele okazji do przebywania na zewnątrz.
Zwiedziliśmy ogrody Palheiro. Bardzo przyjemne miejsce. Będziemy do niego wracać.
Pierwszy tydzień kwietnia, to też świętowanie Wielkiego Tygodnia i Wielkanocy. Po raz pierwszy na Maderze i bez spotkań z dalszą rodziną. Za to w skupieniu na tym, co w tych świętach najważniejsze- na tajemnicy Zmartwychwstania.
Pandan trwałyFigowiecOwoce monstery. Jedliśmy. Nazywają je banano-ananas
Jako, że na Maderze ciągle coś kwitnie czy owocuje, najwięcej okazji mamy do obserwacji przyrodniczych
Dużych zwierząt lądowych w naturze tu nie ma. Mamy jednak okazję poobserwować mniejsze w naturze lub pod opieką ludzi.
Kaczątka na rzece w centrum FunchalGdzie te mrówki…W drodze po zeschłe liście
Najwięcej mamy tu oczywiście owadów. Lubią ciepło i wilgotność, więc nie muszą tu nawet zimować. W samym mieszkaniu towarzyszą nam 3 gatunki mrówek. Ale i ptaków jest sporo. Do czasu oczyszczenia palmy ze starych liści codziennie mogliśmy pustułki obserwować, które na niej odpoczywały. Młode na szczęście były już duże. Mam nadzieję, że wszystkie przeżyły.
W jedną z niedziel wybraliśmy się ze znajomymi Polakami do Santo Antonio da Serra. Odbywa się tam w niedziele bazar, można kupić pysznego kurczaka z rożna, a tuż obok jest przyjemny park, w którym można pokarmić daniele, spędzić trochę czasu w przyrodzie, popiknikować, a nawet zobaczyć z punktu widokowego sąsiednią wyspę Porto Santo przy dobrej pogodzie.
Kwietne dywany
Na koniec kwietnia rozpoczął się też Festiwal Kwiatów na Maderze. Wiele wydarzeń muzycznych, folklorystycznych, kulinarnych, parad odbywa się w tym czasie. W tym roku było jednak tak gorąco, że zamiast na główną paradę, którą widzieliśmy w zeszłym roku, wybraliśmy się na plażę.
Jeszcze jedno miejsce udało się nam odwiedzić. Półwysep Świętego Wawrzyńca. Wschodni kraniec wyspy. Nie byłam tam od czterech lat. Wybraliśmy się tylko z Młodszą, bo Starszak miał klubowe zawody kajakowe w marinie w Funchal.
Tym razem również pokonaliśmy tylko kawałek trasy na półwyspie. Ma ona kilka kilometrów i wiele podejść i zejść. Widoki są piękne, ale było gorąco i mnóstwo turystów. Dobrze, że jesteśmy na Maderze na dłużej i nie musimy zaliczać całości atrakcji wycieczkowych, ale możemy dopasować do swoich możliwości i chęci.
Przy okazji przypominam. Bardzo ważne są zasady bezpieczeństwa. Nie schodźcie ze szlaku, choćby była wydeptana ścieżka. Zdjęcia róbcie stojąc, nie w ruchu, i po sprawdzeniu otoczenia.
Wyspa od wielu tysięcy lat ulega ciągłej erozji. Rozpada się stopniowo. I złamanie ręki czy nogi, to nie najgorsze, co może się stać.
Warto też dobrać kierunek do swojego stanu zdrowia. To, że setki turystów ten szlak przechodzą, nie znaczy, że konkretnie nasze nogi, serce czy mózg podoła trasie w upale czy kiedy nie weźmie się ze sobą wody na trasę.
Rozwaga potrzebna, jak w każdym innym miejscu i sytuacji.
Miradouro Guindastehalow drodze do górskiej rzeczki- takie rzeczy tylko z tatą
W drodze powrotnej z półwyspu (dość okrężnej, co prawda) zajechaliśmy jeszcze na punkt widokowy ze szklanymi tarasami w Guindaste. Jest parking na kilka aut. Czyściutko. Dość nowe miejsce. Toalety jeszcze nie działają.
A jako ostatni punkt wybraliśmy Parque Ecologico do Funchal. Jest tam bar ze smacznym jedzeniem. Ładne widoki. I trochę dzikości w pobliżu rzeczki. Od kilku tygodni było sucho, więc córka z tatą przez skały powędrowała aż do samego strumyka. Mała, to mała, ale przygoda.
W kwietniu był też czas na spotkania z przyjaciółmi, pizzę i wspólne filmy. Oraz na nasze stałe rozrywki, jak spacer na karmienie kotów czy pluskanie w basenie.
Chwile na działania plastyczne też znajdowaliśmy. Wypróbowałyśmy akwarele. I ja, i córka bardzo to lubimy. Niewiele trzeba by zacząć. Farbki i pędzle dla dzieci i grubszy papier, i działamy. Syn woli rysowanie.
W maj weszliśmy z radością i z oczekiwaniem na powrót do Polski. A Polska nas przywitała piękną pogodą (żebyśmy szoku nie doznali), dopiero potem zafundowała nam trzy dni ciągłego deszczu i zimna. Na szczęście w domu piec mamy, więc przetrwaliśmy. Ale to już opowieści na kolejne podsumowanie.
W tym tygodniu wróciliśmy do Polski na dłuższy pobyt. Powrót odbył się z przygodami. W zaplanowany dzień wylotu na Maderze mocno wiało. Spędziliśmy kilka godzin na lotnisku, a potem wróciliśmy do domu w Funchalu, bo pot odwołano. Trochę dziwne to było.
Drugiego dnia lot odbył się już sprawniej. Tylko godzina opóźnienia. Potem 5 godzin lotu i po 21ej wylądowaliśmy w Warszawie. Nawet lepiej niż gdybyśmy lecieli zgodnie z pierwotnym planem. Dzieciaki nie zdążyły się bardzo zmęczyć i w sam raz na spanie dotarliśmy do hotelu. Pierwotnie u celu bylibyśmy około północy.
Dzięki przełożonemu lotowi zdążyłyśmy dokończyć tę książkę. Opowieści są dość długie. Jak na nasze wieczorne czytanie. Kilka czytałyśmy dodatkowo w dzień.
Pełne są ciekawostek ze świata przyrody, ale też etnografii czy antropologii. Autorka nawiązuje do tego, jak w różnym czasie i miejscu ludzie tłumaczyli sobie konkretne zjawiska przyrodnicze, których nie rozumieli. I tak powstawały niektóre baśnie, legendy, mity.
Córka bardzo zaciekawiona jest przyrodą. Po zakończeniu książki zdążyła jeszcze przesłuchać kilka odcinków podcastu Dzikoprzygody, tej samej autorki, na Spotify.
Biblia w komiksie
Czytałyśmy wytrwale, ale kawałek nam został. Nie jest to jednak zwykła książka. Do Biblii się wraca.
I my wrócimy do tej po powrocie na Maderę.
Atlas anatomii człowieka. Z serii Ilustrowane Atlasy Szkolne
W poniedziałek jedna z moich polskich maderskich koleżanek zabrała od nas sporą torbę książek. Do poczytania, dla swoich córek, pod naszą nieobecność.
Dzięki temu powstały prześwity na półce, z których córka wydobyła akurat ten atlas.
Przeszłyśmy przez kości, mięśnie, stawy i jeszcze kilka innych, szukając ich na sobie.
Kolejne książeczki będą przez jakiś czas przeglądem naszej polskiej biblioteczki. O wiele bogatszej niż na Maderze. Jest z czego wybierać.
Maj w Polsce jest piękny. Cieszymy się bardzo, że już tu dotarliśmy.
Jedyny minus, to komary. Na Maderze niby są, ale jakieś takie bardziej dyskretne i działające raczej solo niż stadami. Może dlatego, że żyją całorocznie bardziej, a tu ich pobratymcy czekali na wiosnę, by się rozmnożyć.
Przed samym wyjazdem na dłużej z Madery, nie zaczynamy nowych książek. Kończymy te, które zaczęliśmy.
Pierwszoklasistka czyta już też dużo sama, ale nadal lubi wspólny czas z książką. Oby jak najdłużej, bo to dobry czas rodzinny.
Nasz nastolatek wrócił do korzystania z czytnika Kindle i łyka książkę za książką. Aż tak bardzo zadowolona z tego faktu nie jestem, bo to finisz roku szkolnego w ED. Do zdania zostały mu jeszcze 3 egzaminy do końca maja. Jednak, kiedy widzę jego podekscytowanie ciekawą książką, to jest radość i dla mnie. Sama go przecież tego nauczyłam.
Biblia w komiksie
Skończyliśmy czytać Ewangelie. Teraz czytamy Dzieje Apostolskie. Może zdążymy do wyjazdu.
Po powrocie jesienią zabierzemy się za Stary Testament.
To lubię u Anioła. br. Tadeusz Ruciński
Skończyliśmy wczoraj tę malutką książeczkę. Przybliżyła nam wiele cech aniołów. Dobrze mieć takiego potężnego towarzysza.
Dobra relacja, skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny. Małgorzata Musiał
Dobra książka o dobrych relacjach. Trudniej z zastosowaniem w rzeczywistości. Nie da się w jednej chwili wszystkiego wprowadzić. Potrzebny jest czas, o wiele dłuższy niż na przeczytanie książki, na pozbycie się starych nawyków i zbudowanie nowych.
Kolejne podsumowanie książkowe już w Polsce. Zobaczymy, co się uda przeczytać.
Wczoraj, po raz pierwszy chyba, po załatwieniu sprawy na mieście, od dzieci wyszło pytanie „Co teraz zwiedzamy?”.
Na propozycję pobliskiego muzeum Miasto Cukru, oboje się od razu zgodzili.
Znajduje się ono w centrum Funchal, niedaleko katedry. Przechodziliśmy tamtędy wiele razy, a nie zauważyliśmy.
Wstęp jest darmowy.
W piwnicach znajduje się głównie kolekcja znalezisk z wykopalisk spod domu jednego z kupców maderskich.
Zainteresowanie wzbudziła odbudowana cysterna/studnia, do której można zajrzeć dzięki lustru, zawieszonemu powyżej.
I oczywiście kolekcja naczyń, w których nadawano masie cukrowej formę bryły. Łatwiejszej do transportu.
Najciekawsze było dla dzieciaków współczesne naczynie i bryły cukru do oglądania. Można było też dotykać. Nie wszyscy powstrzymali się przed uszczknięciem okruszka.
Można też zobaczyć odtworzone naczynia z fajansu portugalskiego i chińskiej porcelany.
Na zdjęciach obserwowaliśmy jakie trudne jest znalezienie pasujących do siebie fragmentów, spośród wielu wydobytych skorup.
Lampka oliwnaNaczynia do przechowywania i transportu oliwy
Muzeum było zalane w czasie powodzi w 2010 roku. Fragment ekspozycji stanowią zdjęcia z tego okresu, i dokumentacja pracy restauratorów nad przywróceniem eksponatów do jak najlepszego stanu.
Figurka dzieciątka Jezus wyrzeźbiona w kości słoniowej
Miary wykonane na polecenie króla Manuela.
Muzeum jest niewielkie. Tablice opisane są po portugalsku. Przy wejściu można wziąć konspekt w innym języku. My wzięliśmy w angielskim, ale tekstu było tak dużo, że dzieciaki nie były zainteresowane czytaniem. Wolały samodzielnie sale eksplorować. Eksponaty mają opisy portugalskie i angielskie.
Może jeszcze kiedyś tam wrócimy, albo chociaż ja sama. Historia wykopalisk i praca archeologów jest dla mnie ciekawa. A tym razem niewiele zdążyłam się dowiedzieć, chodząc za dziećmi od eksponatu do eksponatu i odczytując im to, co je zainteresowało.
Zamiast dłuższego pisania, wybieram dziś oglądanie filmu z mężem. Ale też opartego na książce.
Podsumowanie tygodnia książkowego tym razem krótsze.
Jak działa człowiek. Nauka. To lubię. Tomasz Rożek
Zakończyliśmy rozdziałem i pochodzeniu życia na ziemi. Polecamy.
Przygoda dzika Toniego Halika. Mirosław Wlekły
Zakończyliśmy. Może być. Choć raczej nie będziemy do niej wracać.
Raz, dwa, trzy, Piaskowy Wilk. Aså Lind
Skończona, w tempie przyspieszonym- już przekazana do przeczytania koleżance. Trafia na listę ulubionych książek Młodszej. Pewnie wróci do niej. Jak nie ze mną, to przy samodzielnym czytaniu.
To lubię u anioła. Brat Tadeusz Ruciński
Czytamy sobie po kilka cech anioła, przed spaniem.
Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami współczesnej rodziny. Małgorzata Musiał
Książka, która trochę na półce postała. Ale przypomniałam siebie o niej we właściwym czasie. Jestem w połowie. Pozwala mi spojrzeć z pewnym dystansem na swoje rodzicielstwo i trochę przekierować uwagę na nowe tory.
Rezar na Páscoa. Modlitwy na czas wielkanocny.
Krótka książeczka z modlitwami na każdy z 50 dni okresu od Wielkanocy do Zesłania Ducha Świętego. Mój codzienny kontakt z językiem portugalskim. Tłumaczę sobie ze zdjęć i odsłuchuję w aplikacji DeepL.
Audiobooki
Słuchane książeczki o zwierzakach , autorstwa Jana Grabowskiego.
O istnieniu ogrodów Palheiro dowiedzieliśmy się niedawno od znajomych. Wcześniej myślałam, że są tam po prostu pola golfowe. Wybraliśmy się na spacer tam w Niedzielę Palmową po południu, początkiem kwietnia. Dzień był bardzo ciepły, a powietrze przejrzyste. Dojazd autem zajął nam z 20 minut. Zaparkowaliśmy przed bramą do ogrodu, ale jest drugi parking wewnątrz. Zaoszczędza trochę pieszej drogi w dół.
Ogrody są położone trochę wyżej nam poziomem morza niż nasz dom, więc spodziewaliśmy się, że będzie chłodniej, ale nie- było bardzo przyjemnie.
Bilety kosztowały 10 e od osoby dorosłej. Pani bileterka nas uprzedziła, że ogrody zamykane są o 17tej. Mieliśmy 1,5 h czasu. Wystarczająco na spacer zapoznawczy i zauroczenie tym miejscem.
Będąc w nowej przestrzeni, siłą rzeczy maszerowaliśmy dość raźnie, chcąc zdążyć oglądnąć ogród. Ale co krok zatrzymywało nas coś ciekawego.
Na przykład ten budynek. Pełni pewnie jakieś funkcje gospodarcze, ale dawniej jego część była prawdopodobnie stajnią, może też powozownią.
W centrum ogrodu stoi prywatny dom właścicieli ogrodu, rodziny Blandy. Trochę tak dziwnie (mi byłoby tam mieszkać), ponieważ przestrzeń prywatną oddzielają tylko tabliczki „Teren prywatny, proszę nie wchodzić”, zero dodatkowych ogrodzeń.
Jest sporo wody, stawy, oczka wodne, kaskady. Przyjemnie dźwięczą i orzeźwiają.
A dodatkowo cieszą oczy i zachęcają do obserwacji wodnego życia.
Telopea speciosissima
Te kwiaty bardzo się z Maderą kojarzą. Nie znam ich nazwy polskiej ani portugalskiej. Wiem, że są niezwykle trwałe, jako kwiaty cięte. I mają bardzo słodki nektar ( sprawdzone organoleptycznie).
W jednej części ogrodu krzewy/drzewa kameliowe kwitły różnymi kolorami, a ścieżki usłane były ich płatkami.
Zachwycały też drobniejsze kwiaty, zwłaszcza te znajome z Polski, a tu raczej nie widywane, jak niezapominajki. Albo maki w dziwnych kolorach.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu mieliśmy okazję zaobserwować żaby. A nawet w jednym miejscu widzieliśmy kijanki w różnym stadium rozwoju. Zwłaszcza Młodsza była zachwycona, bo jakoś nie miała wiele okazji na takie obserwacje.
Ze Starszym w jej wieku wielokrotnie chodziliśmy na Pola Mokotowskie w Warszawie i tam w stawach i kałużach, łowiliśmy i obserwowaliśmy wodne stworzonka. Nawet larwę traszki udało się nam pooglądać.
Powyższe rośliny też są we wszystkich kwiaciarniach maderskich. Zastanawiam się, czy widziałam je w naturze na wyspie, czy tylko w ogródkach? Chyba jeszcze nie.
Pod koniec podziwialiśmy panoramę Funchala z ogrodów Palheiro.
Co kilka kroków w górę, widok się zmieniał. Tu już prawie całą marinę było widać.
A przed ostatnim podejściem taki widok jeszcze na łąkę żółciutką, ale nie od mleczy.
Po powrocie do domu zabraliśmy się za malowanie z użyciem odbić posmarowanych farbami kwiatów zebranych spod drzew kamelii i robienie odcisków z kwiatów polnych z użyciem młotka( niezbyt udana pierwsza próba)
Ogrody Palheiro zaskoczyły nas bardzo pozytywnie. To zupełnie inny ogród od tych, w których byliśmy wcześniej na Maderze. Następnym razem wybieramy się tam na dłużej i z jedzeniem na pilnik. Choć jest tam też restauracja, ale tam akurat nie dotarliśmy.
Polecam Palheiro Gardens na krótszy lub dłuższy spacer. Nie wiem, czy przez cały rok. Ale na początku kwietnia jest pięknie. Ważna jest też dobra pogoda. Bo przy zachmurzeniu, widoku na Funchal pewnie by nie było, ale w ogrodzie też mogłoby być nastrojowo.
Jak wrócimy tam o innej porze roku lub w innej aurze, znowu podzielę się wrażeniami.
Już podskórnie czujemy wyjazd do Polski. Jeszcze trochę ponad dwa tygodnie na pozamykane spraw maderskich i lecimy na dłuuugie wakacje.
Ale zanim lot, to jeszcze trochę stron przed nami, bo chcemy dokończyć pozaczynane książki.
Raz, dwa, trzy, Piaskowy Wilk, Åsa Lind
Już część „trzy” czytamy, tego zbiorczego wydania- Piaskowy Wilk i prawdziwe wymysły.
Zastanawiamy się nad samotnością/ samodzielnością, śmiercią czy innymi światami.
Bohaterowie są już nam dobrze znani, ale każda przygoda nadal czymś zaskakuje.
To lubię u anioła. br. Tadeusz Ruciński
Mała książeczka, która powstała z rymowanych tekstów o aniołach, publikowanych przez 3 lata w miesięczniku dla dzieci „ Anioł Stróż” ( który znamy i lubimy, od kiedy Starszak skończył 3 lata).
W każdym rozdziale z sympatyczną ilustracją poznajemy jakąś anielską cechę.
Przygoda dzika Toniego Halika. Mirosław Wlekły
Po przerwie ruszyliśmy dalej w podróż i towarzyszymy Toniemu w zdobywaniu przyjaźni plemienia Karażów.
Jakoś stale, w czasie czytania, nasuwa mi się porównanie z książką „Afryka Kazika”. Wypadające jakoś na niekorzyść przygód Toniego. Jeszcze nie do końca umiem ocenić, dlaczego ta książeczka mnie do siebie nie przekonuje. Mimo, że Tony Halik to ikona podróżnika z mojego dzieciństwa. Zobaczymy, jak skończymy.
Pamiętnik grzecznego psa. W. Cesarz, K. Terechowicz
Z audiobooków Młodsza z zainteresowaniem przesłuchała po raz kolejny książkę o przygodach pewnego pełnego energii malamuta. Audiobook towarzyszył jej tym razem w budowaniu i lepieniu z plasteliny wioski indiańskiej i jej mieszkańców. Lego chwilowo poszło w odstawkę.
Rodzina Monet. Skarb. Weronika Anna Marczak
Tym razem mamowa lektura polecona przez nastoletnią siostrzenicę. Mam zdecydowaną, niesłabnącą ( sic!) słabość do tzw. literatury młodzieżowej.
Przeczytana w jeden wieczór. Dość zgrabnie napisana. W połowie książki jednak byłam już zmęczona mnogością przygód i kłopotów głównej bohaterki, często ściąganych na własną głowę.
W wolnej chwili przeczytam jednak kolejną część. Ciekawi mnie, czy autorka jakoś rozwinie, i pogłębi postacie bohaterki i jej przyrodnich braci.
Mam takie wrażenie, że gdyby autorka osadziła tę historię w realiach dla siebie znanych ( może w Hiszpanii, gdzie przez jakiś czas mieszkała, albo we Wrocławiu, a nie w USA) historia byłaby żywsza i bardziej realistyczna. A tak wydaje się opierać na amerykańskich serialach. I może jeszcze na schematach z wampirzej serii „Zmierzch”. Takie miałam przynajmniej skojarzenia w czasie czytania.
Przeczytanie przynajmniej jednej książki tygodniowo, teoretycznie wydłuża życie( skoro czytając, żyjemy wielokrotnie). Mózg nasz kocha opowieści, i realistyczne, i fikcyjne. Jeśli lubisz czytać, nie żałuj sobie kilku rozdziałów książki dziennie. Twój mózg będzie Ci wdzięczny.