Wielki Post i Wielkanoc na Maderze

Mieszkanie na Maderze umożliwia nam powolne poznawanie życia tutejszych ludzi.
Prawdziwie poznajemy to, w czym bierzemy udział czynnie lub przez obserwację.

Ważne dla nas jest uczestniczenie w życiu Kościoła. To dzięki temu, że nadal pozostajemy w kręgu kultury chrześcijańskiej i religii katolickiej, nie czujemy się tu obco. Różnice są w detalach. Istota jest ta sama.

Dzięki temu czujemy się na wyspie, jak u siebie. Łatwiej nam rozumieć.

Środa Popielcowa w katedrze w Funchalu.

W tym roku po raz pierwszy przeżyliśmy na Maderze cały Wielki Post, rozpoczynając od Środy Popielcowej.
Co ciekawe, nastrój w kościele różnił się zupełnie od tego na zewnątrz. Przez półtora tygodnia trwały jeszcze karnawałowe obchody, z głośną muzyką, stoiskami z alkoholem na głównym placu w pobliży katedry. Niełatwo było wyhamować i wyciszyć się w tym czasie.

W katedrze przez cały Wielki Post wystawione były do adoracji figury Matki Bożej Bolesnej i Pana Jezusa Zdjętego z Krzyża. W kilku kościołach widziałam inne figury związane z Męką Pana Jezusa. W naszej parafii była wielkopostna dekoracja przed ołtarzem, podobnie, jak w Polsce.

Zaskoczyło mnie, że nawet pieśni w czasie mszy, nie były tak bardzo wielkopostne, jak w Polsce. Nie zawsze teksty rozumiałam, ale sama muzyka była często radosna. Jakby nie odkładano w tym czasie „na półkę” Zmartwychwstania, ale cały czas pamiętano o tym, że to właśnie powstanie Jezusa z martwych uczyniło Jego mękę tak wyjątkową.

W nabożeństwie Drogi Krzyżowej udało się nam uczestniczyć raz. W katedrze. Bo była wcześniej. W pozostałych bliskich nam parafiach odbywały się późno wieczorem, więc ze względu na potrzeby snu Młodszej się na nie wybieraliśmy. Wiem, że były i w kościołach, i na ulicach miasta.

Poza szatami liturgicznymi i dekoracjami przy ołtarzu, nie było wszechobecnego fioletowego kolory. Ten brak zaskoczył mnie w Wielkim Tygodniu, kiedy na Niedzielę Palmową nie pozasłaniano skrupulatnie krzyży w kościele.

Niedzielą Palmową Męki Pańskiej rozpoczęliśmy obchody Wielkiego Tygodnia. Pierwsze moje pytanie zadane koleżankom dłużej tu mieszkającym- skąd palmy wziąć?
Okazało się, że gałązki drzew (chyba oliwne) można było wziąć przed procesją, były zorganizowane przez parafię. Można było też, jak u nas, kupić pod kościołem- ułożone w zgrabny pęczek, z dodatkiem ziół. Zauważyliśmy, że niektóre osoby przyniosły nawet zioła w doniczkach do pobłogosławienia.
Potem była procesja ulicą do kościoła.

Kolejna niespodzianka. W naszej parafii to kobiety czytały opis Męki Pańskiej z Ewangelii, zarówno w niedzielę, jak i w Wielki Piątek. Tylko słowa Pana Jezusa odczytywał ksiądz.

Rzeżby Pana Jezusa i apostołów, wystawione do kontemplacji w katedrze. Po raz pierwszy widziałam takie przedstawienie Ostatniej Wieczerzy.

Triduum Paschalne przeżywaliśmy w naszej parafii. Dodatkową motywacją był fakt służby ministranckiej Starszaka.
W Wielki Czwartek głównym znakiem było obrzęd umycia nóg. Kapłan umywał nogi mężczyznom, kobietom, dorosłym, dzieciom, ministrantom…cały przekrój ludności parafii.
Widoczna jest w ogóle sympatia i zażyłość między parafianami i księdzem.

Zauważyłam też, że w Triduum brało udział mniej więcej tyle osób, co w niedzielnych mszach świętych. Nie było coraz większych tłumów z każdym kolejnym dniem, jak to znałam z Polski. Nie wiem, jak w innych kościołach na wyspie. W tej konkretnie parafii wydawało się, że nie ma „odświętnych” katolików, ale są ci, którzy w życiu kościoła lokalnego uczestniczą regularnie.

Kaplica Adoracji w czasie Triduum

Po litrurgii wieczerzy Pańskiej Najświętszy Sakrament został przeniesiony do kaplicy adoracji. Były świąteczne kwiaty, świece, proste tabernakulum.
Nie było welonu na Monstrancji, dekoracji Ciemnicy, dźwięku kołatek.
Część parafian została na dłuższą chwilę Adoracji. Zwłaszcza członkowie bractwa eucharystycznego, w czerwonych kamizelkach mężczyźni i czerwonych pelerynkach kobiety.
Kościół był otwarty do północy, a kolejnego dnia od 9.

W Wielki Piątek po raz pierwszy został zakryty fioletem krzyż nad ołtarzem.
Usunięto wszystkie piękne kwiaty dekorujące kościół w Wielki Czwartek.
Była modlitwa kapłana leżącego krzyżem.
Adoracja Krzyża odbyła się, jak w Polsce w czasach sprzed pandemii- każdy mógł ucałować krzyż.
Brakowało mi klękania wiernych na słowa- „Pojdźmy z pokłonem”. W ogóle mniej tu ludzi klęka, nawet w czasie Przeistoczenia. Główną postawą modlitewną jest postawa stojąca. Ale nie ma „dyscypliny” w takim sensie, że część stoi, część klęczy, jak kto chce.

Po liturgii ponownie przeniesiono Najświętszy Sakrament do kaplicy adoracji, ale tym razem niewielu poszło. Nie wiem, czemu. Może dlatego, że większość wzięła przed Liturgią udział w drodze krzyżowej ulicami parafii?

Brakowało mi znowu kołatek, Grobu Pańskiego, pieśni „Odszedł Pasterz nasz”…

Widziałam w lokalnych wiadomościach, że w parafii katedralnej odbyła się procesja Pogrzebu Pańskiego. Te figury opisane wyżej były niesione procesyjnie ulicami Funchal w okolicach katedry.

Z kolei w miejscowości Camara de Lobos odbyło się wcześniej Misterium Męki Pańskiej- też tylko widziałam reportaż, nie braliśmy udziału.

W Wielką Sobotę zaskoczyły nas zamknięte kościoły w centrum miasta. Były otwarte rano, na ciemną jutrznię, ale jak się wybrałam z dziećmi około 11tej, oba główne (katedra i jezuitów) były zamknięte na głucho. Zaskoczyło mnie to. W Polsce to właśnie wtedy trwa festiwal koszyczków, ale jest też szansa na Adorację. Tu po prostu odbiliśmy się od drzwi.

A całe miasto było dostępne. Wszystkie sklepy, usługi działały każdego dnia, nawet w Niedzielę Zmartwychwstania do około 14tej. W Portugalii Wielki Piątek jest dniem wolnym ustawowo, ale nie dla wszystkich. W sumie nie dziwi mnie ta otwartość sklepów i usług na Maderze, która żyje z tłumów turystów, których trzeba przyjąć i obsłużyć również w Święta.

W Liturgii Wielkiej Soboty nie było wielu różnic.
Może tylko to, że już przed Liturgią przeniesiono Pana Jezusa do głównego tabernakulum.
I czytań było mniej niż w Polsce.
Wody święcono w misie mało. Chętni wierni mieli butelki z własną wodą do poświęcenia. Nie wiem, czy to zwyczaj wcześniejszy czy pokłosie pandemii.

W Niedzielę Zmartwychwstania procesja rezurekcyjna odbyła się na zakończenie mszy świętej. Żadnych figur, feretronów, chorągwi. Tylko służba liturgiczna, kapłan niosący Pana Jezusa w monstrancji pod baldachimem i wierni. Przy wyjściu z kościoła był ułożony kwietny dywan.

A wzdłuż ulicy kawiarnie, a w nich ludzie. Obserwujący procesję.

Przyznam, że brakowało mi tych elementów obchodów Wielkanocnych znanych z Polski. Symbolicznych, ważnych i wyczekiwanych każdego roku.
Jednak to, co najważniejsze, istota Liturgii tego czasu, była.
Mimo tęsknoty za Polską, był to dobry i ubogacający czas.
Mocno odarty z przyzwyczajeń, ale dobry.

Nie da się też ukryć, że był to czas spokojniejszy również dla mnie, jako gospodyni. Przygotowania w kuchni minimalne. Jedyny smak kojarzący się z Wielkanocą, który przygotowaliśmy, to sałatka jarzynowa i gotowane jajka. Jakieś słodkości z dziećmi. Ze znajomymi umówiliśmy się na świąteczne spotkanie w restauracji.
Miało to swój plus. Odpoczęłam i może byłam trochę przyjemniejsza dla bliskich niż w tym okresie w Polsce, gdy szykowanie potraw zabiera wiele czasu, a potem cierpimy z przejedzenia po dwóch dniach biesiadowania przy uginających się stołach, martwiąc się, jak to przejeść, by się nie zmarnowało 😉

Wspaniale jest świętować tradycyjnie w Polsce z rodziną i przyjaciółmi.
Doceniam też jednak tę odmianę tegoroczną i świętowanie na Maderze.

Poznaj nasze przygody czytelnicze 15/2023

Kolejny tydzień…
Jakby tu ten czas krótko podsumować?

Pascha
Oktawa Wielkiej Nocy
Rodzinne plażowanie na Formosie
Egzaminy Starszaka z biologii
Plaża w Seixal
Codzienność

Czytelniczych przygód odbyliśmy kilka. Każde z nas. I razem, i osobno.

Idziemy za Tobą przez Wielki Post do Zmartwychwstania. Kita M., Łoskot- Cichocka D.

Ostatnie przygody z tą książką to spotkania uczniów ze Zmartwychwstałym, które poznajemy jako ich świadectwa. To dzięki nim wiemy, że Jezus prawdziwie zmartwychwstał.

Raz, dwa, trzy, Piaskowy Wilk. Åsa Lind

Przygody, pytania i problemy Karusi urzekły córkę. Czytamy kilkakrotnie w ciągu dnia. Gdybym się zgodziła, przeczytałybyśmy ją w kilka dni ( a to zbiorcze wydanie trzech książek). Dozuję jednak po trochu. Do powrotu do Polski zdążymy przeczytać na pewno.

Dolina aniołów. Małgorzata Nawrocka

To akurat moja przygoda relaksacyjna z tego tygodnia. Wciągająca powieść, druga z serii, określanej przez autorkę, jako angel-fiction.
Bardzo dobra, podobnie, jak część pierwsza „Twierdza aniołów”.
Zatwierdzone przez nastolatka- bo to dla niego obie były kupione.
Fikcja, ale ze znajomymi postaciami świętych i aniołów, z wplecionymi faktami wiary chrześcijańskiej.

Harry Potter i Czara ognia. J. K. Rowling

Kolejna część przygód chłopca z blizną. Przeczytana przez Starszaka dwukrotnie od czasu pożyczenia od koleżanki. Czytałam jako młoda dorosła. Uważam, że dla człowieka w odpowiednim wieku to dobra powieść. Zwłaszcza pierwsze cztery części. Nie proponowałam wcześniej synowi, a sam nie pytał o nią. Dopiero ostatnio w Porto kupiliśmy ją po angielsku i łyknął od razu, niemal mnie zwracając uwagi, że nie jest w polskim tłumaczeniu.

W tym tygodniu może niewiele książek, za to w sporej objętości.

Poza nimi córka przesłuchała jeszcze po raz kolejny całą serię audiobooków o kocie Cukierku, Waldemara Cichonia, a Starszak po raz kolejny zagłębił się w serię książek historycznych Grażyny Bąkiewicz „Ale historia…”

Takie uroki posiadania skromnej polskiej biblioteczki na Maderze.
Chociaż w Polsce dzieci również wielokrotnie wracają do ulubionych książek (tak jak ja do kryminałów Agaty Christie z biblioteczki mojej mamy), więc może to nie o ograniczoność biblioteczki chodzi, ale o wracanie do znanych książek, jak do miłych przyjaciół?

Poznaj nasze cotygodniowe przygody czytelnicze 14/2023

Trwa Wielki Tydzień.
Lektury w tym tygodniu są dla nas pomocą dla głębszego przeżycia tego czasu.

Po raz drugi przeżywamy Triduum Paschalne poza Polską.

Pierwszy raz był 11 lat temu, kiedy zrezygnowaliśmy z wynajmowania mieszkania w Warszawie i rozdaliśmy, sprzedaliśmy lub daliśmy rodzicom na przechowanie większość rzeczy.
Resztę spakowaliśmy w jeden bagażnik samochodu.
I ruszyliśmy z prawie 2,5 letnim pierworodnym do Toskanii, by spróbować tam życia( cała rodzina) i pracy przez internet( to mój mąż).
Eksperyment zakończył się po ponad miesiącu, kiedy konieczność założenia firmy pod działalność w internecie zmusiła nas do powrotu do kraju. Potem mieliśmy roczny epizod suwalski.

W tym roku , na Maderze, jeszcze bardziej jest to świętowanie odarte ze znanych nam zwyczajów, bo nawet jajek nie malujemy i nie święcimy, choć znajoma załatwiła tu taką możliwość.

Skupiliśmy się na liturgii w naszej tutejszej parafii. I przyglądamy się, jak Kościół lokalny przeżywa ten czas. Najłatwiej wyłapać nam różnice. To co dobrze znamy z Polski, a czego tu nam brakuje. Ale o tym będzie kolejny tekst.

Idziemy za Tobą przez Wielki Post do Zmartwychwstania. M. Kita, Łoskot- Cichocka D.

Już kończymy Wielkopostną drogę z tą książką. To już kolejny rok razem. Nadal nam służy, mimo zmieniającego się wieku i dojrzałości dzieci. Zdecydowanie nie jest infantylna. Dorośli również z tych krótkich rozważań skorzystają.

Biblia w komiksie

Dość wiernie oddająca Słowa Pisma Świetego.

Formuła komiksu wymusza pewne uproszczenia- m.in. 4 Ewangelie połączone są w jedną opowieść.

Ale służy nam, zwłaszcza z młodszymi dziećmi, jak teraz z siedmiolatką. Z synem czytałam jeszcze wcześniej, 4-5 rok życia.

Mój Wielki Tydzień. Nie ma większej miłości. Ewa Monastyrska

Mała książeczka z dłuższymi opowiadaniami na każdy dzień Wielkiego Tygodnia, od Niedzieli Palmowej.

Opowiadania są skierowane do grupki dzieci( jakby w formie katechezy) i stanowią pewna całość. Kolejny rozdział odwołuje się do poprzednich.

Raz, dwa, trzy, Piaskowy Wilk. Åsa Lind

To nasze drugie podejście z Młodszą do tej książki. Od początku jej się podobała, ale po rozpoczęciu w zeszłej wiosny, została na Maderze i dopiero teraz do niej wróciliśmy.

Ze starszym czytałam ją w podobnym wieku, może wcześniej nawet.

Bardzo fajne opowiastki. Za każdym razem można porozmyślać nad czymś ciekawym lub inaczej, o czymś niby zwykłym.

Kamila i konie. tom 3. Na łonie przyrody. Lili Mésange , Turconi

Czytanie serii zakończone. Przy dłuższym czytaniu i bliższym poznaniu komiksy te zyskały. Polubiliśmy je.

Nie wiem, czy są i będą wydane po polsku kolejne części. Ale jeśli tak, pewnie po nie sięgniemy.

Korzystając z okazji,
na ten czas świętowania Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa,
przez Oktawę i cały pięćdziesięciodniowy okres wielkanocny,
chciałabym życzyć moim Czytelnikom
błogosławieństwa Bożego, radości i pewności, że
śmierć została pokonana
i od tej konkretnej chwili w Jerozolimie, prawie 2000 lat temu,
nie jest już końcem, ale początkiem życia bez końca.

Co ciekawego w naszej edukacji domowej w marcu?

Marzec na Maderze w tym roku był zdecydowanie cieplejszy niż w zeszłym. Korzystaliśmy ze świata zewnętrznego, ile się dało, próbując nie zaniedbać i innych spraw. W tym szkolnych. Bo koniec roku coraz bliżej, a dla możliwości kontynuacji realizacji obowiązku szkolnego poza szkołą, konieczne jest zdanie egzaminów klasyfikacyjnych.

Do Porto wyskoczyliśmy na kilka dni, by pozwiedzać je po raz pierwszy. Wrażenia ogólnie pozytywne. Szczególnie Młodsza chciałaby tam wrócić.

Zmotywowani kręceniem filmu ze świata Star Wars na Maderze, po raz pierwszy pojechaliśmy w centrum zachodniej części wyspy. Jakoś nam do tej pory nie po drodze było. Fanal było idealnie zamglone. Nie mam pojęcia, jak w takich warunkach mogli kręcić jakiekolwiek sceny do filmu.
Ale w drodze do Fanal skorzystaliśmy z pięknych widoków, zachęceni do zatrzymania się przez stado krów malowniczo wylegujące się na mini łączkach między kolczastymi krzakami. Próbowaliśmy do stadka podejść, ale nie udało nam się znaleźć ścieżki między tymi żółtokwitnącymi krzewami.
A wcześniej jeszcze spotkaliśmy się ze znajomymi na farmie zwierzaków w Prazeres.

W tym miesiącu na Maderze tylko jedno muzeum zwiedziliśmy, Muzeum Elektryczności. Mój plan „jedno muzeum tygodniowo” trochę zwolnił.
Może to i dobrze? Na dłużej wystarczy.

Kilka wyjść spowodowały Targi Książki w Funchal. Lubię oglądać książki. Dzieciaki też. Nie kupowaliśmy ich wiele ( w odróżnieniu od mojego zachowania na targach książki w Polsce). Znajomość portugalskiego jest jeszcze u nas za mała na swobodne czytanie. A anglojęzyczna literatura jest dość droga. Bez 20 euro do książki nie podchodź.
Oprócz książek, zaopatrzyłam się w kilka plakatów z mapami. W końcu coś pasującego nam salonu, by ściany trochę ożywić.

Przydarzyło się nam trochę miłych spotkań.

Młodsza poszalała z sąsiadami i polską koleżanką mieszkającą na Maderze. To na zdjęciach, to tylko mały fragment. Były jeszcze długie spacery- z psem i bez psa. Setki skoków do basenu. Domy dla jaszczurek z lego. Strzelanie z łuku…

Starszy radzi sobie sam. Głównie na treningach kajakowych i zbiórkach ministrantów. Ale ostatnio przez siostrę poznał też nowego kolegę, Chorwata.

A całorodzinnie było między innymi plażowanie ze znajomymi na Formosie oraz Święto Trzciny Cukrowej w Canhas. Tam jedliśmy szaszłyki wołowe (espetada) przygotowane w takich warunkach, że bez SANEPIDu nie podchodź. Ale smaczne były. I przeżyliśmy 😉

Działo się w kuchni sporo.
Przełamywanie niechęci do hałasu blendera.
Eksperymentowanie z aquafabą z cieciorki. Miał być mus czekoladowy, wyszły ostatecznie smaczne babeczki.
Pierwsze, prawie samodzielne ciasto na naleśniki Młodszej.
Akceptowanie kolejnych nowych smaków.

Powyższe też w kuchni. Zamówiłam rybę w filecie na obiad.
I dostaliśmy do nich dodatkowo głowy. W sumie super- ważone całe ryby przed filetowanie, zapłaciłam za nie(głowy), czyż nie?
Spontaniczne badanie anatomii ryby było bardzo udane.
Dzięki wytrwałości Młodszej dowiedzieliśmy się, że ryba ma okrągłą soczewkę. I to podwójną jakby. W kulce galaretowatej jest druga kulka, twarda. Ja przy pierwszej kulce się ucieszyłam, że to takie ciekawe, bo nigdy nie widziałam oka ryby w środku. A córka postanowiła drążyć ( ciąć) dalej i znalazła tą drugą.
Do mózgu ciężko było się dostać, ale się udało. Po raz pierwszy bez zniszczenia organu.
Jakoś się złożyło, że to pierwsze takie badania z córką. Ze starszym mieliśmy nawet przygodę z głowami kaczek i kur ( przy zamawianiu mięsa wioskowego).

Młodszej zabawy z odbiciem

Wśród przygotowań do egzaminów jest też czas na szukanie talentów, Tego, co lubimy robić. Co sprawia, że czujemy, że żyjemy.
Córka lubi się bawić aparatem. Stąd na moim smartfonie pojawia się sporo zdjęć jej autorstwa.

A Starszak rysuje w wolnych chwilach (kiedy nie czyta, nie gra, nie programuje…). Dla przyjemności. Często w jego zeszytach ( jak już zechce zadanie szkolne w nich zapisać) warstwa rysunkowa zdecydowanie dominuje nad tekstową. Nieważne, czy to matematyka, polski, czy geografia.

Na początku miesiąca Starszak miał swoje pierwsze zawody kajakowe międzyklubowe. A 19 marca, na świętego Józefa, w portugalski Dzień Ojca, był dzień otwarty w klubie syna i większość rodziny mogła skorzystać z kajaków i popływać po zatoce funszalskiej.

Nasz tryb życia tutaj, jakoś nie sprzyja rutynie szkolnej.
Wiem z doświadczenia, że jest łatwiej o te nudniejsze zadania, jak ćwiczenia pisania (tu więcej) czy liczenia, kiedy robi się je regularnie, każdego dnia po trochu.
Ale są takie okresy, że nijak nie idzie. Nie da się usadzić dzieciaka nad zeszytem ćwiczeń. I koniec.
Wtedy pocieszam się, że napisany list do mamy i wysłany samochodem lego, to też ćwiczenie pisania. Książki czytane na dobranoc z mamą i komiksy samodzielnie w toalecie, to nauka czytania. A przeliczenie składników na zrobienie naleśników, to też ćwiczenie matematyczne.

hodowla kryształów

Za pieniądze zaoszczędzone z kieszonkowego, Młodsza kupiła wyczekiwany zestaw do hodowli kryształów.
Pierwsza próba była nieudana. Kryształy urosły na dnie jajka, a nie na dinozaurze.
Po wyciągnięciu wniosków i szukaniu możliwych błędów, druga próba już udana. Kryształy rosły prawie w oczach. A dzięki przezroczystemu pojemnikowi można było je łatwo podglądać.

Przyrodnicze obserwacje to coś, co lubimy. I są możliwe nie tylko na spacerach. Ale też w domu.
Uprawa truskawek na balkonie uczy cierpliwości.
A podglądanie mrówek (regularnie atakujących naszą kuchnię na różne sposoby) pomaga je rozumieć (mimo wypędzania z kuchni, nawet morderczymi sposobami)

Poza tym wiosna, wiosna, wiosna… a nie, przepraszam, już lato maderskie.
Marzec pachnie tym kwiatkiem po prawej. Bardzo intensywnie. Kiedyś mama moja miała pachnący tak samo kwiat w doniczce- Stephanotis. Pachnie ładnie. Ale, jak dala mnie, tylko z dużej odległości. A tu sporo ogrodzeń jest tym obsadzonych.
Kolor marca to z kolei niebiesko-fioletowe jakarandy zaczynające kwitnienie.

Takie to wyjątki z naszego marca.
Część z tych przyjemniejszych.
Bo były też chwile trudniejsze. Słabszego samopoczucia. Niechęci Młodszej do współpracy. Dyskusji z nastolatkiem i niekończącego się ustalania zasad. Zmęczenia codziennością. Różnie.

Ale i tak z marca wychodzimy na tarczy. Dobra było zdecydowanie więcej. I co najważniejsze, nasze rodzinne relacje umacniały się w tych trudniejszych sytuacjach.
Dlatego wdzięczna jestem za wszystko.

A jak Twój marzec?
Co ciekawego, dobrego, pięknego się wydarzyło?
Za co jesteś wdzięczna/y?

Poznaj nasze przygody czytelnicze 13/2023

Upalny tydzień Targów Książki w Funchalu się kończy, a nasze przygody czytelnicze dalej trwają.
Dokupiliśmy tylko kilka książek do naszej biblioteczki.
Dwie po portugalsku dla córki, dwa komiksy po angielsku dla syna i trzy portugalsko- angielskie albumy o Maderze dla mnie.
Ale przyjemności z przeglądania książek na stoiskach mieliśmy duuużo więcej.

O senhor cavalo-marinho. Eric Carle

Książeczka znanego autora ilustrowanych książek dla dzieci. Książeczek w niepodrabialnym, wyjątkowym stylu. Czytaliśmy ich kilka, jak córka była mała, wypożyczanych z biblioteki.
Teraz tak ją urzekły ilustracje, że postanowiliśmy poczytać ją w języku portugalskim.

Detektyw Wróbel i złamane pióro. T. Samojlik, A. Wajrak

My już wiemy, kto jest odpowiedzialny za złamane pióro. A Ty?
Zostało nam jeszcze do poznania kilka rozdziałów ciekawostek o ptakach w mieście.

Garfield. Tłusty koci trójpak. Tom 3, Jim Davies

Kolejny koci komiks odnaleziony w czeluściach pokoju starszego brata po dłuższej przerwie.
Po odnalezieniu zdążył stać się kością niezgody o prawo pierwoczytania.
Konflikt zażegnano po udanych negocjacjach w towarzystwie mediatora.
Towarzyszy córce w czytaniu samodzielnym i wspólnym z mamą.

Biblia w komiksie

Czytamy prawie codziennie przed zaśnięciem.
Dobre wprowadzenie w wydarzenia Wielkiego Tygodnia.

Kamila i konie. Tom 3 Na łonie przyrody. Lili Mésange, Turconi

Coraz bardziej zżywamy się z bohaterami tej serii.
Pomysły Anais są śmiesznie zaskakujące, a jej miłość do kucyka Pompona rozbrajająca.
Chociaż córka wynajduje też niekonsekwencje autora w budowaniu charakteru różnych postaci.

Idziemy za Tobą przez Wielki Post do Zmartwychwstania. M. Kita, D. Łoskot- Cichocka

W tym tygodniu zbliżaliśmy się do miasta.
Już widać Jerozolimę i jej świątynię na wzgórzu Moria.
Przed nami wydarzenia Wielkiego Tygodnia.

Targi, targami, ale nie da się wszystkich książek wpakować do domu.
Choć osobiście nie miałabym nic przeciwko, by wszystkie ściany mieszkania wypełniały biblioteczki pełne ksiąg, książeczek, tomów, woluminów, rękopisów… A nawet nie tylko ściany- wszelkie blaty, stoły i stoliki też. To jest moja opcja preferencyjna w dekoracji wnętrz.

Miło popatrzeć na tyle ciekawych książek.
A jeszcze ciekawiej przeczytać którąś.

Lepsza jest książka, którą czytasz,
niż ta stojąca na półce.

PS. Audiobooki też w tym tygodniu były. Jakżeby inaczej.
Astrid Lindgren, Pippi i Dzieci z Bullerbyn- to zawsze miłe towarzystwo.

Museu de Electricidade- Casa Luz, Funchal

Na moją propozycję wybrania się do muzeum elektryczności usłyszałam od dzieci(głośniej od nastolatka), że nie chcą tam iść. Wymagało to ode mnie trochę przekonywania, by się zgodziły wybrać.

Muzeum Elektryczności- Dom Światła w Funchalu na Maderze

Dotarliśmy tam chwilę przed 14 tą, na ponowne otwarcie. To muzeum, jak wiele urzędów i instytucji na Maderze, ma przerwę obiadową 12:30-14:00. Dobrze jest to sprawdzać, zanim gdzieś się wybierzemy.

Wstęp kosztował dla mnie 2,70 euro, dzieci weszły za darmo.

Ekspozycja znajduje się na dwóch piętrach budynku, w którym do roku 1989 funkcjonowała elektrociepłownia. W tej chwili, oprócz muzeum i kawiarenki, jest tam oddział EEM ( Przedsiębiorstwa elektrycznego Madery) w zaadaptowanej dawnej przestrzeni- można tu załatwić jakieś sprawy związane z elektrycznością.

Całe muzeum to kilka przestrzeni tematycznych.

Przy wejściu hol pokazujący zmiany oświetlenia ulicznego.

Po prawej różne potężne maszyny z czasu, gdy produkowano tu prąd.

A po lewej sala z makietami pokazującymi m. in. rozwój sieci elektrycznej w archipelagu Madery.

Przy jednej z makiet zaczepiła mnie po angielsku starsza pani, poruszająca się o kuli, zwiedzająca muzeum z małżonkiem. Widząc mnie z córką, obserwującą z zaciekawieniem eksponaty, chciała mi opowiedzieć o swojej siedmioletniej wnuczce, która na jakiejś wyprawie z dziadkami do „magicznej góry” (elektrownia?) była bardziej zaciekawiona niż jej starszy brat.

Obok był eksponat z wysokim manekinem ( który mnie na wejściu przestraszył), odgrywającym pracownika centralki, który ( z tego, co rozumiem) w dawniejszych czasach przełączał kable, aby prąd płynął we właściwe miejsca.
Brytyjska dama wspomniała, że swego męża, inżyniera elektryka, poznała właśnie w takim miejscu, przy takiej pracy -choć nie był tak wysoki, jak ten (manekin), dodała.

Zapytała mnie jeszcze, skąd jesteśmy. Na odpowiedź, że z Polski, usłyszałam historię, że oni nigdy w Polsce nie byli, ale w „Welsh”( tak to usłyszałam), gdzie mieszkają, jest wielu Polaków, są znaki i szyldy po polsku na ulicach, i polskie sklepy. Wspomniała, że po wojnie był tam szpital polski. Poznała tam jednego oficera, który urzekł ją szarmanckim zachowaniem i ucałowaniem dłoni na powitanie. Widać było, że miło to wspomina.

Wczoraj spędziłam chwilę na szukaniu tego „Welsh”. Okazało się, że to nie jest chyba nazwa miasta konkretnego, ale odmiana słowa Walia (Wales), Walijskie (Welsh). I rzeczywiście mieszka tam wielu Polaków. Przy okazji pokrótce poznałam powojenne historie polskich generałów, zdemobilizowanych w Wielkiej Brytanii.

Bardzo cenię sobie spotkania z seniorami, żywymi świadkami przeszłości, bogatymi w doświadczenia.
Przeszłość mnie ciągle woła i wabi, i domaga się mojej uwagi, nawet w takich „przypadkowych” spotkaniach.

Od polskich losów powojennych, cofnijmy się jeszcze bardziej wstecz, do energii, którą człowiek nauczył się wykorzystywać, jako pierwszą, do ognia. Bo ze słońca korzystał od początku, ale raczej biernie.
Ciekawa jest ta powyższa linia czasu. Trochę nam zajęło okiełznanie różnych źródeł energii. A co jeszcze przed nami?

Na piętrze muzeum jest taka część interaktywna, z kilkunastoma eksperymentami z prądem i energią do przeprowadzenia. Wszystkie są bezpieczne. Chociaż Młodsza, słysząc efekty prac badawczych Starszaka- wycie syreny alarmowej- sama miała duże obiekcje przed eksperymentowaniem i potrzebowała wsparcia mamy. Nie lubi głośnych dźwięków. Ale ten sam eksperyment można było przeprowadzić z użyciem tylko światła.

Oglądnęliśmy też zdjęcia na wystawie fotografii. Nasz cel- znaleźć fotografię autorstwa Polaka.

W czasie wizyty w takich miejscach, nie jest moją ambicją zrobienie zdjęć wszystkich eksponatów.
Warto przyjechać i samemu zwiedzić.
Poeksperymentować trochę.
I zobaczyć, jakimi maszynami przez 100 lat w tej elektrociepłowni w Funchalu prąd produkowano.

Żadne z moich dzieci nie chciało szybko wychodzić z tego miejsca. Starszy odwołał słowa niechęci i przyznał, że fajnie, że tu przyszliśmy. Gdyby nie głód, pomyszkowalibyśmy tam jeszcze trochę.
Ale odrobina niedosytu sprawia, że może jeszcze tam wrócimy. Ja wrócę chętnie.

PS. Nie było to moim celem, ale na zdjęciu wystawy oświetlenia uchwyciłam to brytyjskie małżeństwo, zwiedzające muzeum i odbywające nostalgiczną podróż do początków znajomości. Miłe było to spotkanie i rozmowa. Chciałam zostawić tu jego ślad.

Poznaj nasze cotygodniowe przygody czytelnicze 12/2023

W Polsce zaczęła się w tym tygodniu wiosna, a na Maderze lato. Jest zdecydowanie cieplej i suszej.

Podjęliśmy też już decyzję, kiedy wracamy do Polski na dłuuugie wakacje. Bilety na samolot już kupione.

Zostaje cieszyć się Maderą przez najbliższy miesiąc, pomagać dzieciakom w przygotowaniach do egzaminów i cierpliwie czekać na wypoczynek i czas z rodziną w pięknej Polsce.

A w najbliższym czasie przygotować się na pierwsze świętowanie Wielkanocy na Maderze, bez większości polskich smaków i zwyczajów kojarzących się z tym czasem. Bez wielkosobotniej święconki. Bez malowania jajek nawet, bo nie wzięłam swoich przyborów do ich woskowania.
Wstępnie miałam jeszcze w marcu być w Polsce i przy okazji wziąć rzeczy wielkanocne, by podtrzymywać tradycję rodzinną.
Poradzimy sobie jednak bez, a w czasie wakacji postaram się o duplikaty, by mieć zestaw w obu domach.

Skupimy się na tym, co najważniejsze w Świętach Paschalnych- na Liturgii.

Poczytaliśmy w tym tygodniu trochę. Sporo komiksów córka też poczytała sama. Wprawia się w czytaniu coraz bardziej i ma apetyt na więcej. Cieszy mnie to.
Syn, z niedoboru książek, sięgał w tym tygodniu po lektury młodszej, od których wcześniej stronił.

A w Funchalu od wczoraj trwają tygodniowe Targi Książki ( 49a Feira do Livro, Avenida Arriaga, Funchal). Będziemy mogli uzupełnić biblioteczkę o kilka nowych pozycji w promocyjnych cenach, angielskojęzycznych raczej niż portugalskich..

Nauka. To lubię. Jak działa człowiek. Tomasz Rożek

Z tej ciekawej książeczki poznawaliśmy tym razem mięśnie. To, jak umożliwiają nam poruszanie się i działanie naszych organów wewnętrznych. Mieliśmy też lekcję praktyczną na skrzydełkach i udkach kurczaka przed upieczeniem. Potem córka dzieliła się z koleżanką tym, czego się dowiedziała. Działanie ciała człowieka jest fascynujące.

Idziemy za Tobą przez Wielki Post do Zmartwychwstania. D. Łoskot- Cichocka, M. Kita

W tym tygodniu przysłuchiwaliśmy się przypowieściom Jezusa i przykładaliśmy je do swojego życia. Niesamowite, że kończymy już czwarty tydzień Wielkiego Postu.

Gdzie dzwoniec dzwoni i pluszcz się pluszcze. Wierszyki króciutkie i trochę dłuższe. Kalina Jerzykowska

Bardzo fajna książeczka z wierszykami wspomagającymi wymowę. Urozmaicają nam codzienne ćwiczenia logopedyczne. Podobają się nam ilustracje oraz to, że wierszyki są nie tylko naszpikowane konkretnymi wyzwaniami językowymi, ale też są logiczne, ciekawe, czasem zabawne. Książeczka jest podzielona na cztery pory roku, z którymi wierszyki są tematycznie związane.

Niepojęty. 100 opowiadań o Bogu i nauce. Louie Giglio

Jutro kończymy tę książeczkę. Zostało nam jedno opowiadanie. Będzie mi brakowało tej książeczki w wieczornym czytaniu. Za każdym razem dowiadywaliśmy się czegoś ciekawego o świecie, a przede wszystkich ukierunkowywaliśmy się na Stwórcę świata i Jego słowo.

As festas cristãs. A. Lacassagne, E. Chandelier

Świeżutki nabytek prosto z księgarni wydawnictwa Paulinas. Z rabatem z okazji przedednia Święta Książki. Trochę się przełamuję do czytania po portugalsku.
A skoro i tak mam się uczyć, to mogę też na książkach dziecięcych.
Bardzo ładna jest ta książeczka. Opisuje główne święta chrześcijańskie, przedstawia też portugalskie zwyczaje z nimi związane. Bardzo użyteczna dla nas na ten czas. Ma też ciekawe aktywności wbudowane. Ukryte okienka, ruchome elementy, itp. Bardzo się córce podoba.

Rezar na Quaresma.

To taka niewielka książeczka z rozważaniami na Wielki Post, dzięki której, poza korzyściami duchowymi, mam też codzienną porcję ekspozycji na język portugalski.
Z użyciem aplikacji DeepL tłumaczę tekst ze zdjęcia strony ( nawet nie muszę przepisywać!), słucham tekstu czytanego po portugalsku, czytam razem z odtwarzanym głosem, zapisuję znaczenie słów, których jeszcze nie znam.
Dzięki tym prawie codziennym ćwiczeniom znacznie zwiększyło się moje rozumienie tekstów napisanych po portugalsku. Z rozumieniem ze słuchu jest trudniej, a z wymową najtrudniej. Ale coś już jestem z stanie zrozumieć i czasem coś „wydukać”.

Podręcznik do nauczania pisma szkolnego dla nauczycieli i rodziców. Ewa Landowska

To kolejna moja lektura z tego tygodnia. Uczę się już kolejnej metody nauczania pisma szkolnego. Więcej na ten temat w tym tekście.

Karlsson z dachu. Astrid Lindgren

Tegotygodniowi towarzysze zabaw mojej córki, to znowu Braciszek i Karlsson, przeżywający razem najdziwniejsze przygody. W wykonaniu ulubionej lektorki, pani Edyty Jungowskiej.

Najbliższy tydzień zapowiada się ciekawie dla moli książkowych obecnych w Funchalu. Z wielu propozycji spotkań z autorami książek, krytykami literackimi i innymi nie skorzystamy przez barierę językową zniechęcającą dzieci, ale po stoiskach księgarni i wydawnictw zamierzamy pobuszować. Jak moglibyśmy nie skorzystać z okazji, kiedy tyle książek jest zgromadzonych w jednym miejscu. W zeszłym roku też byliśmy tutaj na targach książki.

Najmilej z tego typu wydarzeń wspominam Targi Książki Katolickiej, odbywające się w Warszawie w Arkadach Kubickiego, gdzie byłam kilkukrotnie, ostatni raz jeszcze z córką korzystającą z wózka. Co proste nie było przy tej ilości stoisk, książek i odwiedzających. Mimo tego było wspaniale.

Zachęcam do udziału w takich imprezach i targach książek. Można poznać ciekawe wydawnictwa, a nawet zdobyć autograf ulubionego autora.

PS. To już osiemdziesiąty wpis na blogu.
Dziękuję, że tu jesteś i korzystasz z mojej twórczości i doświadczeń.
Jeśli chcesz, podziel się tym miejscem z innymi.
W mediach społecznościowych lub po prostu wysyłając link do tego bloga ” burnevel.com ” w wiadomości czy e-mailu.
Możesz się też zapisać na stronie głównej na moją listę mailową, by posty trafiały ode mnie prosto do Ciebie.
Dziękuję.

Czy po czterdziestce można nauczyć się pisma szkolnego?

Wybierając dla naszych dzieci edukację  domową mieliśmy świadomość, że przejmujemy na siebie odpowiedzialność za wszystko, czego w kontekście edukacji szkolnej się nauczą.

Drogi do realizacji tego są różne. Możemy korzystać z różnych narzędzi czy posiłkować się wsparciem innych osób.

Wraz z wyborem edukacji domowej zdecydowaliśmy, że to głównie ja będę z dziećmi przerabiać materiał szkolny i przygotowywać je do egzaminów klasyfikacyjnych w szkołach.

Z pewnymi elementami, jak nauka czytania, szło dość łatwo, bo książki i czytanie to mój żywioł. Inne musiałam najpierw sama poznać, by przekazać je dziecku.

Tak jest z nauką pisania.

Moje własne pismo, wypracowane w szkole podstawowej, jest bardzo zbliżone do osławionego pisma lekarskiego z czasów, kiedy lekarze wypisywali recepty odręcznie. I nie sądzę, by wpływ miały na to studia na Akademii Medycznej.
Już w liceum starać się musiałam bardzo, by moje prace pisemne były możliwe do odczytania przez nauczyciela. Co jednak mi nie przeszkadzało w pisaniu dziesiątek listów do znajomych ( czasy sprzed telefonów komórkowych;).

Pismo wyniesione z własnej edukacji szkolnej, kiedy piszę szybko, ale chcę by dało się odczytać (przynajmniej przeze mnie ;))

Obecnie też tak piszę, kiedy piszę tylko dla siebie, kiedy się spieszę, kiedy chcę wylać myśli na papier. Odczytanie listy zakupów w sklepie, to czasem loteria.

Zabierając się za naukę pisania z pierworodnym, w 2016r., na podstawie własnych doświadczeń, rozmów z innymi rodzicami ED i wiedzy w internecie, zdecydowałam, że nie będziemy korzystać z kroju pisma obecnego w zeszytach ćwiczeń z zadaniami dla klas 1-3.

Wspominałam już na tym blogu o metodach nauki pisania, wykorzystywanych w naszej edukacji domowej w jednym z pierwszych tekstów: Podręczniki w edukacji domowej- korzystać czy nie?.

Osobiście, żadnego innego pisma do nauczania dzieci, poza tym wyuczonym w szkole, nie znałam. A żeby nauczyć dziecko praktycznej umiejętności, jak pisanie konkretnych kształtów liter, sama najpierw musiałam nauczyć się je pisać.

Przechodząc po raz pierwszy, z synem, proces nauki pisania wybrałam metodę nauki pisania metodą płynnego ruchu. Przeszliśmy oboje, i ja, i syn, przez cały proces. Od ćwiczeń wprowadzających, utrwalających sekwencję ruchów, przez ćwiczenia koniczynowe, po ćwiczenia liter i ich połączeń. Sprawdziło się nam to do pewnego momentu.
Efektem ubocznym była poprawa mojego pisma. Pamiętam, jak mój mąż był zaskoczony, kiedy w czasie zwiedzania Opactwa w Tyńcu, wpisywałam się do jakiejś księgi i on był w stanie odczytać to, co piszę.

Ale już w klasie czwartej u syna pojawiło się ryzyko dysgrafii ( o czym się dowiedzieliśmy na, obowiązkowych w tamtych czasie dla uczniów ED, badaniach w poradni psychologiczno-pedagogicznej).
Poza fizjologicznymi czynnikami przyczyniło się do tego również to, że po względym opanowaniu kroju pisma i sposobu pisania przez syna w klasie 3, odpuściliśmy zupełnie ćwiczenia kaligraficzne.
A jeszcze dokładając do tego niechęć syna do pisania odręcznego… efekt jest, jaki jest.
Dobrze, że sprawność manualna, to nie tyko pisanie. Syn lubił i nadal lubi rysować.

Pozostałości w moim piśmie z czasu nauczania pisania Starszaka metodą płynnego ruchu

Do swojego pisma przejęłam wiele liter z nauki pisania metodą płynnego ruchu. Kiedy chcę napisać coś ładnie i czytelnie, korzystam z tych liter.

Mieliśmy jeszcze w czwartej klasie syna moment z Ortograffiti, poleconym w poradni, i wprowadzaniem u syna tzw. pisma bibliotecznego, uproszczonego, ale nie była to próba udana.

Nawiązanie do pisma bibliotecznego polecanego w metodzie Ortograffiti dla zagrożonych dysgrafią. Litery bez łączników

Minęło kilka lat i teraz druga pociecha jest w pierwszej klasie szkoły podstawowej.

W metodzie „pętelkowej” (płynnego ruchu) z czasem dostrzegłam kilka wad. Wśród nich są trudne połączenia niektórych liter ( do tej pory nie udało mi się ich wprowadzić do własnego pisma). W związku z tym dla córki szukałam czegoś innego.

Nowe wydawnictwo i metoda pani Ewy Landowskiej bardzo mnie zaciekawiły. Już w przedsprzedaży kupiłam w wydawnictwie cały zestaw do nauki pisania, z dodatkowymi zeszytami ćwiczeń dla mnie.

Po zapoznaniu się z podręcznikiem, okazało się jednak to wszystko dość przytłaczające dla mnie. Tyle nowych pojęć, zasad, i z góry założony długi, kilkuletni czas ćwiczeń trochę mnie zniechęciły.
Jednak w końcu zdałam sobie sprawę, że w tej chwili nic lepszego na rynku nie ma. I że nie potrzebuję innej, lepszej metody, ale włożenia wysiłku we własną naukę kolejnego wzoru pisma, a potem przekazanie tego córce.

Nie muszę od razy idealnie pisać tym pismem. Wystarczy, że będę o kilka kroków przed córką, aby móc ją prowadzić.

Zaczęłam ostatnimi dniami czytać podręcznik i wprowadzać wzory tych liter do mojego pisma. Teraz jeszcze zostało odnalezienie moich zeszytów ćwiczeń i ruszam dalej z regularnymi ćwiczeniami.

Pierwsza moja próba pisania liter z Podręcznika do nauczania pisma szkolnego p. Ewy Landowskiej

Wracając do pytania tytułowego- można uczyć się pisma szkolnego i przed czterdziestką, i po czterdziestce.
To uroki edukacji domowej, w której uczą się nie tylko dzieci, ale też rodzice.
I to różnych rzeczy.
Czasem takich, których nie wybraliby, gdyby nie edukacja domowa.
Np. tabliczka mnożenia powyżej 5×5 , na palcach dłoni. Znałam tylko sposób mnożenia przez 9 na palcach.

Ale to już opowieść na inny raz.

Poznaj nasze cotygodniowe przygody czytelnicze 11/ 2023

Po powrocie z Porto zaskoczyło nas, że już tak ciepło na Maderze i pogodnie. W porównaniu z zeszłorocznym marcem, kiedy spadł nawet śnieg, widoczny na górach nad Funchalem, jest bardzo przyjemnie.

Zaczął się jednocześnie sezon na prawie codzienne kąpiele w basenie najmłodszej pociechy z córką sąsiadów. A potem nie można ich rozdzielić, więc dużą część dnia spędzają razem u nas lub u nich.

Mimo to znajdujemy czas na czytanie. Czy rano, czy wieczorem czy jakieś chwile w ciągu dnia- dzieci spędzają z książką w ręku ( lub uchu;)).

Garfield. Tłusty koci trójpak. Tom 1. Jim Davies

Do tego komiksu lubi wracać i Starszak, i Młodsza. Córce służy do nauki czytania, bo teksty są w nim samymi dużymi literami. Ale ostatnio chce też bym ja jej czytała na dobranoc.

Idziemy za Tobą przez Wielki Post do Zmartwychwstania. D. Łoskot- Cichocka, M. Kita

Już połowa książki za nami. Połowa Wielkiego Postu. Teraz czytamy wieczorem, a nie rano, jako element wieczornej modlitwy.

Detektyw Wróbel i złamane pióro. T. Samojlik, A. Wajrak

Tu nowość w naszej biblioteczce. Prezent od taty, przywieziony z Polski.

Nowa książka zgranego duetu, panów Samojlika i Wajraka. Całą wcześniejszą serię o Nie-umarłym lesie( Puszczy Białowieskiej) znamy i cenimy.

Nowa seria jest o ptakach w mieście. Mi, jako ptakolubowi, pasuje.

Komiksowe przygody ptaków autorstwa pana Samojlika są zabawne, a teksty pana Wajraka merytoryczne i poszerzające wiedzę o ptakach.

SeaLife Porto. The Guide to fantastic discoveries!

Krótka książeczka z akwarium odwiedzonego w Porto. Poszerzamy wiedzę o oglądanych zwierzakach, a przy okazji ćwiczymy angielski.

Niepojęty. 100 opowiadań o Bogu i nauce. Louie Giglio

Czytanie tej książeczki zbliża się zdecydowanie ku końcowi. Zostało nam chyba na tydzień opowieści. W kolejne części zaopatrzymy się dopiero w czasie wakacyjnego pobytu w Polsce. Oj, ciężkie walizeczki znowu będą.

Kamila i konie. Tom 2. Mistrzowie. L. Mésange, Turconi

To też ostatni prezent od taty. Opowieści w drugim tomie są na tyle zabawne i zachęcające do jazdy konnej, że planujemy rodzinną naukę jazdy konnej w wakacje. Mam nadzieję, że uda się ten plan zrealizować.

Astrid Lindgren. Audiobooki.

Czasowi wolnemu i zabawom manualnym z plasteliną i klockami, w tym tygodniu towarzyszyła n znowu Pippi oraz rodzinka i przyjaciele z wyspy Saltkrakan.

Nie da się ukryć, że wspomnienia dzieciństwa mojej córki będą mocno nasączone historiami Astrid Lindgren i głosem Edyty Jungowskiej.

Dobrze, że istnieją książki. Umilają nam czas, poszerzają wiedzę, odstresowują, czasem ładnie pachną. Nie wiem, czy mają jakiekolwiek wady.

Chyba, że fakt, iż autor może w nich umieścić to, co szkodzi człowiekowi. Ale w tym już rola nas, rodziców, by wychować świadomego czytelnika, potrafiącego dokonywać wyboru dobrych lektur.

Porto- po raz pierwszy i ostatni?

Po dłuższym, ciągłym pobycie na Maderze wybraliśmy się w końcu na kontynent.

Wybór padł na Porto. Po pierwsze, bo dość blisko. Po drugie, bo mamy tam loty bezpośrednie liniami TAP Portugal ( a od zeszłego roku mamy tak jeszcze trochę pieniędzy zamrożonych w voucherach po odwołanym wyjeździe). Po trzecie, bo jeszcze tam nie byliśmy.

Przed wylotem mieliśmy możliwość podziwiania pięknego wschodu słońca. Przez bardzo brudne szyby lotniska. Mimo tego, widowisko było spektakularne.

Po sprawnym, dwugodzinnym locie, dotarliśmy do Porto. Szybkie zameldowanie w hotelu w pobliżu Starówki, pozostawienie bagażu i wyruszyliśmy w poszukiwaniu posiłku, do knajpki z polecenia recepcjonisty hotelu.

Najbardziej znaną w tej chwili potrawą w Porto jest Francesinha, kanapka z pieczywa tostowego z kilkoma rodzajami mięsa i sera, polana sosem na bazie piwa. Taki lokalny fastfood. Bardzo sycący, ale ciężki. Jak dla mnie, to jednorazowa przygoda kulinarna.

Pod koniec, zaciekawieni, co też inni goście jedzą z żeliwnych garnuszków, dostaliśmy jeszcze do degustacji kolejną lokalną potrawą. Tripas. Czyli w sumie nasze flaczki. Z dodatkiem fasoli, kiełbasy, mięsa wieprzowego. Nawet smaczniejsze niż kanapka, ale już nie mieliśmy siły tego zjeść.

azulejos

W sumie byliśmy w Porto pięć dni. To naprawdę dużo czasu na wiele kilometrów spacerów. Nie mieliśmy ambicji zwiedzenia wszystkich atrakcji turystycznych, ale udało się sporo. Mimo niesprzyjającej pogody. Dwa dni dość mokre były.

Jedną z głównych atrakcji są kościoły z fasadami, ale też wnętrzami ozdobionymi obrazami w odcieniach błękitu, na płytkach ceramicznych, azulejos. W naszych spacerach napotkaliśmy ich kilka. Tylko do niektórych udało się  zaglądnąć.

Katedrę zwiedziliśmy dopiero za drugim podejściem. Pierwszego dnia było tak wietrznie, że tylko przeszliśmy obok i ruszyliśmy w dół, zagłębiając się w wąskie uliczki Ribeiry.

Sama katedra zaskoczyła mnie w sumie surowością i prostotą wnętrza. Tylko ołtarze były bogato zdobione. A pozostałe ściany wewnątrz i na zewnątrz to dominująca szarość. Ale przyjemna. Dzięki niej dało się odczuć wieki przeszłe. Wspięliśmy się też na wieżę, po dość wymagających schodach.

Po katedrze zwiedziliśmy jeszcze sąsiadujący dawny Pałac Biskupi. Z czasów, kiedy urząd biskupa, był niemal równy z urzędem księcia. Reprezentacyjna klatka schodowa urzekła mojego męża.

Zakończyliśmy spacerkiem przez słynny most Luis I ( walcząc z porywami wiatru) na punkt widokowy przy dawnym klasztorze Serra do Pilar, obecnie wykorzystywanym do celów wojskowych. Ciekawszy okazał się jednak spory plac zabaw w sąsiednim parku.

Widok z okna pałacu na Ponte Luis I

W czasie pieszych wędrówek po Porto można zobaczyć wiele ciekawych detali. Wystarczy mieć oczy otwarte i uważne spojrzenie.

Początek marca to już w Porto istna wiosna. Na skwerach i w parkach nacieszyć można oczy pięknymi kolorami i kształtami.

Jako, że nie samymi zabytkami rodzina żyje, w czasie wycieczki z dziećmi uwzględniać należy też inne atrakcje. My zdecydowaliśmy się na akwarium Sea Life nad oceanem.

Miło spędzone dwie godzinki. Koszt dla rodziny jest spory, ponad 50 e. Ale bilet jest całodzienny. Teoretycznie można wyjść i wejść, ile razy się chce.

Trafiliśmy na opowieść o mieszkańcach dużego akwarium, w którym rządzi 21 letnia żółwica. Specjalnie dla nas miła pani opowiedziała po angielsku, a potem zaczęła opowieść po portugalsku dla grup szkolnych.

Plus, w trakcie zwiedzania można było wyjść na zewnętrzny plac zabaw.

Przyjemnie było pooglądać płaszczki bawiące się w odkrytym basenie. Pierwszy raz widziałam, żeby pływała na plecach, częściowo wynurzona, chlapiąc wodą.
Dopiero w domu z kupionej książeczki dowiedzieliśmy się, że płaszczki bardzo mocno gryzą. W końcu to kuzynki rekinów!
Dobrze, że oparliśmy się pokusie włożenia ręki do basenu. A pokusa była duża, zwłaszcza, że nikogo z obsługi w tej sali nie było.

A najfajniejsza była możliwość dotknięcia w małym basenie skalnym jeżowca, rozgwiazdy i „ogórka morskiego”. Nigdy nie miałam okazji dotknąć tych zwierząt. A widząc je w naturze, szerokim łukiem je omijałam, bojąc się ich po prostu.

Jedyny minus, jak w większości takich miejsc, to przy wyjściu sklepik i mini sala zabaw ( małpi gaj), z której bardzo ciężko było wyjść najmłodszej uczestniczce wyprawy.

Jakby chodzenia w akwarium było mało, zafundowaliśmy sobie kilkugodzinny spacer powrotny wzdłuż wybrzeża oceanu, a potem brzegiem rzeki Duoro.
Dobrze, że trafiliśmy na miłą kawiarnię, w której podreperowaliśmy siły, a po kolejnych kilometrach wsparliśmy się opakowaniem 12 mini lodów z marketu, które to dzieci najmilej wspominają.

Jakby tego było mało, zamiast taksówki, wybraliśmy azymut na Kryształowy Pałac, kopułę widoczną na wzgórzu w oddali.


Był to spacerek pod górę. Brukowaną drogą przypominającą mi rzymską ( z czasów cesarstwa) drogę we Włoszech. Ciekawa okolica, z ładnymi widokami. Sam Kryształowy Pałac okazał się czymś w rodzaju hali wystawienniczej, z punktem widokowym na górze. Ale widoków mieliśmy już dość. Zadowoliliśmy się czytaniem gazety na ławce ( nastolatek), podziwianiem pawi (rodzice) i wspinaniem na drzewa ( najmłodsza).

Jako, że okazało się, iż od hotelu dzieli nas już tylko 20 minut pieszo, ruszyliśmy dalej. Tym razem w dół, mijając tylko i ignorując kolejne atrakcje turystyczne: Wieżę Kleryków i księgarnię Lello.

Jeden dzień poświęciliśmy na wyprawę do Bragi. Wybraliśmy się z dworca São Bento, który jest pięknie udekorowany obrazami z płytek, niebieskich i kolorowych.

Zaskoczył nas koszt biletów. Bardzo pozytywnie. 13,3 euro za przejazd w dwie strony dla całej rodziny. Fakt, że podróż trwała 1:20 w jedną stronę, a nie 45 min, jak autem. Jednak podróż była o wiele ciekawsza i przyjemniejsza.

Jak się później okazało, pociąg był główną atrakcją dnia.

W Bradze zwiedziliśmy tylko dziedziniec katedry. Do samej katedry nie mogliśmy wejść, akurat trwała celebracja.

Potem jeszcze spacer po mieście, przekąska, i dwa place zabaw i byliśmy gotowi do podróży powrotnej pociągiem.

Ostatniego dnia lot mieliśmy dopiero wieczorem. Po wymeldowaniu się z hotelu, z dwiema walizkami ruszyliśmy na kolejną wyprawę, w kierunku jasnych plaż nad Atlantykiem i dużego parku miejskiego wypatrzonego na mapie Porto.

Podróż autobusem, piętrowym, również miała swój urok. Tu już cena przejazdu w porównaniu z tą pociągu, nie była tak miła. 2,5 euro za bilet kupiony na pokładzie autobusu dla każdej osoby.

Po wyjściu z autobusu zaskoczył nas deszcz. Zrobiliśmy sobie krótką przerwę w knajpce. Rozpogodziło się i poszliśmy nad ocean. Widoki piękne, plaża ogromna i jasna. Tylko ten wiatr. Nie dało się zbyt długo spacerować. I tak zakończyło się zaprószeniem jednego oka piaskiem i długim płaczem córki.

Dobrze, że na koniec dotarliśmy do parku. Tam było o wiele bardziej zacisznie. Zielono, trzy jeziorka, ptaki, kwiaty. Miło spędzony czas. Przypomniała mi się Polska. Morza i oceany są piękne, ale czas nad spokojną, słodką wodą też ma swój urok.

Po długim spacerze, z walizkami, udało się nam wyjść z parku i zamówić Bolta na lotnisko.

Jeszcze tylko 3 h spacerowania po lotnisku i kolejny sprawny lot na Maderę. Tym razem też udało się bez opóźnień.

Podsumowując, wycieczka do Porto była dość udana. Miło spędziliśmy czas, mimo niezbyt sprzyjającej pogody.

Porto jednak nas jakoś szczególnie nie urzekło. Nie na tyle, by zwiedzać je po raz kolejny. Może kiedyś, późniejszą wiosną czy latem, bym się tam jeszcze wybrała, zobaczyć, jak wygląda zielone i ciepłe.

Ewentualnie jeszcze mogłabym się wybrać, by coś załatwić. Na przykład zakupy w sklepie „Gastronomia słowiańska”, gdzie dzieci chciały kupić każdy produkt z polską etykietą, mi marzyła się kiszona kapusta( od Ptasiego Mleczka dzielnie odwróciłam wzrok), a kasjerka mówiła do nas po polsku (wzrusz).

.