Już listopad. I już 3,5 tygodnia na Maderze. Płynie, płynie czas. Z perspektywy przeżytych lat- coraz szybciej. Ciekawe, jak ten czas odczuwa moja ukochana, prawie 84- letnia Babcia.
Trochę w tym tygodniu poczytaliśmy, choć dwa wieczory nam wypadły- nocowanko dzieci u znajomych było.
I kilka spotkań znowu. Tylko końcówka tygodnia chorobowa. Wspieraliśmy się podcastami i audiobookami.
Opowieści o świętych. Carey Wallace
Dobra lektura na listopad. Zaczęliśmy czytać w Uroczystość Wszystkich Świętych. Piękne ilustracje. Trochę baśniowe. Ale historie prawdziwych ludzi.
Supermocni kontra złodzieje zdrowia.
Książeczka z przepisami i z komiksami, do których Młodsza bardzo lubi wracać.
3 komiksy, 3 rysowników, 3 przygody ze zdrowym żywieniem w tle.
Na końcu świata. Natalia Przeździk.
Do codziennego czytania dodaliśmy szukanie w internecie miejsc, które zwiedza niebiesko-domowa rodzinka. Malinowa cerkiew w Blechnarce nas urzekła. Opowieści te mocno zostają w córce. Dziś wspominała jedną z przygód z części Morskie Bałwany.
Sprawdźcie sami… Mikroby. Sarah Hull
W tym tygodniu poczytałyśmy o grzybach- tych chorobotwórczych i tych służących ludziom. Grzyby są po prostu fascynujące.
Sobotnio- niedzielne gorączkowanie Młodszej minęło nam lżej dzięki słuchaniu. Były podcasty. A potem włączyłyśmy audiobooki. Kilka części „Basi” Zofi Staneckiej, czytanych przez Marię Seweryn, na rozgrzewkę. Następnie ruszyłyśmy z klasyką literatury dziecięcej.
Dzieci z Bullerbyn. Astrid Lindgren
Ze Starszym czytałam tę książkę na głos sama. Co najmniej dwa razy całą, bo tak się mu podobało. Później, jako samodzielny czytelnik wracał do niej po kilkakroć. Z Młodszą skorzystałyśmy z powyższego audiobooka. Interpretacja Edyty Jungowskiej jest świetna. Jak mówi Młodsza „fajowsko się słucha”.
Jestem wierną fanką książek papierowych. Takie czyta mi się najprzyjemniej. Jednak innymi formami też nie pogardzę. Ebooki to wiadomo, inny tylko nośnik słowa pisanego. Ale audiobooki, to już większa różnica. Mimo tego, znalazły w naszym domu swój czas i miejsce.
W naszym życiu i edukacji domowej przeżywamy często zmiany. Utrudniają nam one zachowanie pewnego stałego planu dnia i tygodnia sprzyjającego zbudowaniu nawyków dotyczących codzienności i nauki w domu.
Teraz zaczął się już czwarty tydzień od przylotu na Maderę. Powinniśmy już pewne nawyki sprzyjające nauce w nowym miejscu po raz kolejny wyrobić czy utrwalić. Jednak nic z tego. Nie ma tak łatwo. Są inne sprawy, które powodują, że nasz dzień dniowi nie podobny.
Goście w domu. Znajomi z Polski na wyspie. Z każdym chcemy się spotkać. Wyjść do restauracji na lokalne przysmaki. Umożliwić naszym dzieciakom utrzymywanie relacji z polskimi znajomymi. Chcemy pokazywać wyspę znajomym. I chcemy odkrywać ją razem z nimi.
A wszystko to wymaga czasu.
Dopasować się jeszcze musimy do pogody. Pada- zostajemy w domu. Nie pada- ruszamy w teren. Czasem w ciągu 15-30 min się zbieramy.
I plan dnia leży.
Łapiemy chwile na naukę tu i tam.
Trochę popisać, trochę poczytać, kilka zadań, film przedmiotowy na YouTube… Świetnie nadają się na takie chwile również podcasty.
Najbliższa Młodszej jest teraz przyroda, stąd nasze ostatnie odkrycie to podcast Dzikoprzygody- Anety Chmielińskiej, autorki książki „Dzikie opowieści”, o której pisałam tu i tu. Co dziwne, nie szukałam go po zapoznaniu się z książką. Dopiero ktoś znajomy w internecie podzielił się tym podcastem.
Podcast jest równie ciekawy jak książka. Jego formuła umożliwia utrwalenie świeżo usłyszanych ciekawostek. Dziś nasza pierwszoklasistka, po przesłuchaniu 3 odcinków rodzinnie przy śniadaniu, upraszała by mogła jeszcze posłuchać w swoim pokoju. A wieczorem opowiedziała mi o porostach. Po raz pierwszy się z opowieścią o tym rodzaju organizmów żywych spotkała. A była w stanie mi przekazać sporo faktów. Bardzo jej pasuje taki sposób poznawania świata przez opowieści.
Wcześniej, od zeszłego roku, słuchaliśmy podcastu przyrodniczego Bliżejlasu.pl. Bardzo pasował i Młodszej, i mi, jako mamie. Towarzyszył w wieczornym czasie relaksu przed snem. Niby też o przyrodzie, ale trochę inaczej niż Dzikoprzygody. Każdemu tematowi towarzyszył eksperyment do wykonania samodzielnie. A eksperymentowanie, wyciąganie własnych wniosków to, moim zdaniem, niezbędny element poznawania świata.
Wspaniale jest, że mamy wybór. Że wiele osób dzieli się swoją wiedzą i pasją również w formie podcastów. I że robią je w dobrej jakości, w przemyślany sposób.
Są dzieciaki chętniej przyswajające wiedzę „przez uszy” i opowieści. Dla nich materiały w tej formie to ogromne wsparcie. A że w edukacji domowej mamy swobodę wyboru środków, materiałów i pomocy do realizacji podstawy programowej i szerzej- do poznawania świata i rozwijania pasji członków rodziny- to chętnie z nich korzystamy.
Odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi w naszym przypadku: Tak! W nie tak dawnych czasach opowieści starszych czy doświadczonych osób były jednym z głównych sposobów przekazywania wiedzy między pokoleniami. Teraz mamy tych możliwości o wiele więcej. Warto jednak korzystać również z tej.
Korzystacie z podcastów? Lubicie? A może zupełnie Wam nie pasują?
Jeśli znasz jakieś wartościowe podcasty skierowane do dzieci lub rodzin, nie tylko przyrodnicze, lub chcesz się podzielić swoim doświadczeniem w korzystaniu z takiej formy nauki, zapraszam do podzielenia się w komentarzu.
Pozornie nic się nie zmieniło na Maderze od naszego wyjazdu na początku czerwca. Wyspa nadal jest piękna, kwiecista i zielona. Ale kwitną coraz to nowe rośliny i powietrze wypełnione jest nowymi zapachami. Nawet w czasie załatwiania formalności, jak kupno portugalskich numerów komórkowych, można nacieszyć oczy wspaniałościami. Wystarczy chcieć się zatrzymać i patrzeć.
Park Santa Catarina
Kolejka linowa Funchal- Monte
Pogoda w październiku jest zmienna. Codziennie czasem słońce, czasem deszcz. Mimo to warto zwiedzać. Nawet w niepewną pogodę. Najwyżej się trochę zmoknie, lub odbędzie romantyczny spacer w chmurach.
Miasto pod stopami
We środę ze znajomymi wybraliśmy się kolejką linową z centrum Funchal do Ogrodów Tropikalnych na Monte. Wybraliśmy bilety w dwie strony. Możliwy jest też powrót z góry autobusem, taksówką, toboganem ( sankami po asfalcie-część trasy) lub pieszo (to opcja dla wytrwałych, choć z górki idzie się zdecydowanie łatwiej niż pod górę)
Jadąc z dzieciakami wypatrujemy pod nami kotów, psów i owiec
Przejazd przez chmury
Teleférico do Funchal- widok ze stacji Monte
Ogrody Tropikalne Pałacu Monte
Po dotarciu do stacji końcowej pierwsze kroki skierowaliśmy do kawiarni pod kolejką. Dzieci zdążyły już zgłodnieć, a my daliśmy chwilę chmurom na ogarnięcie się. Pogoda nie była bardzo zachęcająca do zwiedzania Jardim Tropical Monte Palace. Po pół godzinie decyzja została podjęta- zwiedzamy.
Zdjęcia nie oddają całego piękna i blasku tych kamieni.
Naszej rodzinki to była już kolejna wizyta w tym ogrodzie. Pierwsze kroki skierowaliśmy na wystawę minerałów i kamieni szlachetnych- moje ulubione miejsce w tym ogrodzie. Sprawdziłam je już wiosną z dzieciakami. Mogłabym tam spędzić nawet godzinę. Co ważne- nawet w czasie deszczu na głowę nie pada.
Ogród podzielony jest na strefy z różnymi gatunkami roślin i rodzajami klimatycznych elementów architektury.
Co krok można natknąć się na dzieła sztuki.
A wszystko zanurzone w soczystej zieleni.
Przy dobrej pogodzie z tarasu przed pałacem jest piękny widok na zatokę Funchal. W czasie naszej wizyty chmurę na chwilę się podniosły, ale potem zaczął padać drobny deszcz i ze względu na dzieciaki, szybkim krokiem skierowaliśmy się do wyjścia. Na szczęście czekał na nas atrakcyjny zjazd kolejką z powrotem do centrum Funchal.
Po wyjściu z kolejki towarzystwo się rozdzieliło. Część pojechała do domu. Część ruszyła w miasto- na dole świeciło słońce- w poszukiwaniu obiadu dla dzieciaków.
Wybraliśmy restaurację ze względu na taras i możliwość wjazdu windą z wózkiem dziecięcym. Jak się okazało wybór nie był najlepszy. Po długim oczekiwaniu na złożenie zamówienia, części obsługi chwilami taktującej nas jak intruzów, jeszcze dużo dłuższym czekaniu na jedzenie, histerii najmłodszych ze zmęczenia i głodu, niezbyt smacznych potrawach i posiłku przerwanym przez tropikalną ulewę, wyszliśmy z tej restauracji z, de facto, niesmakiem. Nawet nie napiszę nazwy. Może inni klienci byli zadowoleni. Nam się nie podobało. Albo trafiliśmy na kiepski moment, tzw. godziny szczytu i ciszę przed burzą. Tylko w czasie ulewy obsługa szybko i sprawnie pomogła nam przenieść się z krawędzi tarasu do innego stolika w głębi sali. Minimalna jest szansa, że kiedyś tam jeszcze wrócimy. Na szczęście w Funchal wybór miejsc z jedzeniem jest duży.
Madeira Story Center
Ulewa nadal trwała w najlepsze. Rozdzieliliśmy się po raz kolejny. Nasi goście poszli do auta, uśpić swoje maluchy w czasie przejażdżki w poszukiwaniu słońca na wyspie. Ja z Młodszą trafiłam do pobliskiego muzeum historii i kultury Madery. Byłyśmy tam drugi raz. Centrum to istnieje chyba od 2005 roku. Na początku na pewno było bardziej atrakcyjne. Pomyślane jest jako wystawa interaktywna, gdzie można posłuchać, obejrzeć, dotknąć i powąchać elementy historii i kultury wyspy. Opisy do eksponatów są w 4 językach. W tej chwili część eksponatów nie działa. Całość sprawia wrażenie przestrzeni wyeksploatowanej i nie zadbanej. A wystarczyłoby naprawić niedziałające eksponaty. Bilety nie kosztują bardzo dużo- 5 e za dorosłego, 3 e za dziecko. Mogłabym zapłacić więcej i wracać częściej, gdyby ten dochód przeznaczano częściowo na odnowienie wystawy.
Kolejny polski (choć ten akurat hipotetyczny) akcent na MaderzeWizyta Krzysztofa Kolumba w Funchal
Plaża Formosa
To miejsca pojawiać się w moich artykułach będzie pewnie często. Jest to najbliższa dla nas plaża. Dobrze nam znana. Z gwarancją pięknych zachodów słońca przy dobrej pogodzie.
Piaszczyste części plaży służą motoryce małej…
…i nauce pisania.
Chodzenie po częściach kamienistych plaży stymuluje stopy i zmysł równowagi. Same plusy. Prawie. Bo bolesne zderzenia też się czasem zdarzają. Ale to w sumie też plus. Uczy wytrwałości i cierpliwości w znoszeniu niedogodności.
Przy kolacji ze znajomymi w knajpce przy plaży mogliśmy podziwiać zachodzące słońce.
Punkt widokowy Pico do Areeiro
W sobotę wyruszyliśmy na poszukiwanie wrażeń w centralnej części wyspy. Najpierw przystanek na kawę w Casa de Abrigo do Poiso. Mogliśmy przy okazji pooglądać przejeżdzające auta biorące udział w jakimś rajdzie.
Dalej zdecydowaliśmy się na jazdę w stronę Pico do Areeiro, ale z każdą minutą było coraz więcej chmur. Kiedy dotarliśmy na punkt widokowy przy samym szczycie , drugim najwyższym na `Maderze, była cały pokryty chmurami. Pierwszy raz byliśmy tam w taką pogodę. Wietrznie i zimno już bywało. Tym razem było jeszcze bardzo wilgotno. I pole widzenia bardzo skąpe.
Widok z trasy do Pico do Areeiro
Szarańcza? Pasikonik? wypatrzona przez Starszaka na parkingu pod szczytem.
Po krótkim cieszeniu się dzieciaków wspinaniem na sam szczyt punktu widokowego ruszyliśmy dalej.
Parque Temático da Madeira
Z powodu utrzymującego się zachmurzenia zrezygnowaliśmy ze spaceru Levada dos Balcões, którą można przejść nawet z wózkiem dziecięcym. Pojechaliśmy dalej, miejscami bardzo krętą i stromą drogą, do miejscowości Santana i znajdującego się tam parku rozrywki, skierowanego przede wszystkim do rodzin z dziećmi.
Czy to hobbitowe Shire? Tylko pagórki trochę większe. Baśniowe widoki na wjeździe do Santany.
W parku tematycznym byliśmy na pewno przy pobycie na Maderze w 2020. Przyznam, że trochę się tam zmieniło od tego czasu.
Jako pierwsze odwiedziliśmy kino z ruszającymi się fotelami, bo akurat miał się zacząć pokaz. Pod drzwiami musieliśmy jednak poczekać dodatkowe 15 min, bo przed nami weszła grupa zajmująca całą salę. Tzn. nie całą, tylko te 20 miejsc, które jednorazowo uruchamiają. Przy poprzednim pobycie był inny film, coś w stylu podróż poślubna i atrakcje Madery. Tym razem film był zrobiony á la gra komputerowa. Główny bohater zaliczając kolejne atrakcje zdobywał kolejne elementy stroju ludowego Maderczyka. Najfajniejszy był chyba moment zjazdu toboganem z Monte- poruszające się fotele dobrze oddawały dynamikę tego zjazdu. Może się nawet kiedyś skuszę w rzeczywistości.
Nową częścią jest mini zoo z wieloma zwierzakami. Dzieciaki podkarmiały je trawą. Poza widocznymi poniżej owcami i tabunem królików, są jeszcze lokalne krowy, kozy, ptactwo domowe i strusie. I staw pełen dużych ryb, ale te już były poprzednio. Jeszcze pawie przechadzały się po terenie parku. Dla dzieciaków radocha. Ja karmieniem czy głaskaniem futrzaków też nie pogardzę.
Nowy dla nas był też plac zabaw w hali. Z interaktywną częścią pokazującą, jak powstaje cukier z trzciny cukrowej i jak powstaje mąka. Z tą częścią, która miała pokazywać wytwarzanie cukru, mieliśmy małą wtopę. We czwórkę dorosłych uznaliśmy, że jest to element rzeczywiście interaktywny i że możemy w prasie leżącą obok trzcinę zmielić. Już miałam palcem spróbować sok, który udało się wycisnąć z trzciny mężowi, kiedy nagle pani bileterka od tej sali nas powstrzymała. Okazało się, że to raczej wszystko na pokaz leży. Można sobie popatrzeć, ale akurat niekoniecznie mielić. Trzcina rzeczywiście nie wyglądała na super świeżą, ale dla dobra nauki gotowa byłam się poświęcić. No cóż. Z głupimi uśmiechami poszliśmy dalej. Sam plac zabaw w porządku. Huśtawka. Małe linarium. Równoważnia. Ścianka wspinaczkowa. Drabinki. Dobra alternatywa na odpoczynek od drobnego deszczu padającego na zewnątrz. Zwłaszcza, że podwórkowe place zabaw, które pamiętaliśmy, jako bardzo fajne, były ogrodzone taśmą i nieczynne.
Była też chwila dla dzieciaków w labiryncie z krzewów. Sporo urósł od ostatniego razu.
Po tych atrakcjach mężczyźni się oddzielili, a my ruszyłyśmy jeszcze w podróż w poszukiwaniu Madery. Pawilon G, chyba. To miejsce już poprzednio zapamiętałam, jako bardzo fajne. Przejażdżka łódką po szynach, gdzie przez chwilę możesz poczuć się jak podróżnik i odkrywca wyspy.
Dzięki temu, że faceci już czekali przy wyjściu z parku, a my miałyśmy ich bilety, mogłyśmy z przejażdżki skorzystać dwa razy. Bardzo się dziewczynkom podobało. Gdybyśmy miały więcej biletów, pojechałybyśmy jeszcze raz.
Atrakcji na terenie parku jest więcej. Nie ze wszystkich tym razem skorzystaliśmy. Można trafić na pokazy pracy lokalnych twórców- wikliniarza, hafciarek, garncarza. Za 1 e można popływać łódką wiosłową po stawie. Są też symbole Madery w skali makro- fajne do robienia sobie zdjęć.
Z pobytu w parku wnioski różne. Mąż zapowiedział, że więcej już tam nie pojedzie. A ja w sumie, z dzieciakami, czemu nie. Tylko przy lepszej pogodzie i z zapasem prowiantu.
Restaurante Gale- Santana
Prosto z parku, wszyscy już nieźle wygłodniali (jak długo można się żywić bananami?), ruszyliśmy do Restaurante Gale w Santanie, oddalonej kilka minut jazdy autem. Tym razem podaję z nazwy, bo mogę śmiało polecić. Lokal niezbyt duży i niezbyt atrakcyjny wizualnie. Ale obsługa miła i zabawna. Zamówione jedzenie podawano sprawnie i smaczne. Do tego kucharz i właściciel lokalu w jednej osobie wychodził do nas dwa razy. Najpierw zapytać, czy nam smakuje, a na koniec pogadać o restauracji. Bardzo fajne doświadczenie.
Księżyc i gwiazdy nad Funchal
W niedzielę nasz zwyczajowy poranny spacer do kościoła. I kolejne miłe spotkania z futrzakami.
Koto-love
Potem pożegnanie jednych znajomych wracających do Polski, powitanie kolejnych, którzy przylecieli pierwszym bezpośrednim lotem WizzAir z Warszawy i popołudnie z Młodszą i jej koleżanką na basenie osiedlowym.
Tydzień zakończyliśmy oglądaniem zachodu słońca z tej skały na Formosie widocznej na pierwszym zdjęciu tego artykułu. Dzieciaki się wspinały, a my jedliśmy gorące kasztany, po raz pierwszy upieczone samodzielnie w domu.
Wiele jest pięknych miejsc na świecie. To które teraz najbliżej poznajemy, i którym chcę się dzielić w zdjęciach i opisach, to Madera.
Zachęcam do obserwowania mojego profilu na Instagramie. Umieszczam tam krótkie relacje z naszego poznawania wyspy. Dopiero uczę się mediów społecznościowych. I nie chcę ich używać nadmiernie. Doceniam jednak, że jest to fajny sposób na podzielenie się pięknem, które jest nam dane prawie na codzień oglądać.
Podczas naszego codziennego czytania, mamy książki, które towarzyszą nam dłużej i są elementem wieczornej rutyny przed spaniem. Mamy też takie, które czytamy dla konkretnej wiedzy czy inspiracji.
W tym tygodniu wróciliśmy do kilku książek z okienkami. Mimo formuły, nie są to książki dla maluszków. Ten sposób podawania wiedzy jest po prostu atrakcyjny. Nawet nasz nastolatek czasem zerka.
Na końcu świata. Natalia Przeździk
Ta książka to towarzysz długodystansowy. Dozujemy sobie po rozdziale. Młodsza cieszy się przygodami dzieciaków w Beskidzie Niskim, części Polski nam jeszcze nie znanej. Ja wspominam nasze lato 2020, z covidem w tle, i nasze ukrycie w kilku pięknych miejscach na Suwalszczyźnie. Też tytułowy „koniec świata”, tylko na innym krańcu Polski. Najpierw pod litewską granicą nad urokliwym jeziorkiem, w okolicach Puńska. Potem w chatkach w dwóch miejscach nad ulubioną rzeką, rzeką dzieciństwa, Czarną Hańczą.
Czy wiesz, po co jesz? Książka z okienkami. Emily Bone, Stefano Tognetti
Książeczka, która 4 miesiące przeleżała samotnie na Maderze. Teraz Młodsza znowu ją wyciągnęła. Przypominamy sobie budowę układu pokarmowego, jakich pokarmów potrzebuje ciało by być zdrowym i rosnąć, pojawiają się tematy bakterii jelitowych, zatruć czy alergii pokarmowych. Różne ciekawostki z zakresu odżywiania i trawienia. Dobrze jest wiedzieć, po co się je.
Sprawdźcie sami… Mikroby. Książka z okienkami. Sarah Hull
Twoje dziecko interesują bakterie? Wirusy? Grzyby? A może pierwotniaki? O tych mikrobach można poczytać w tej książeczce. A także, o tym, jak nam ludziom pomagają albo szkodzą. Jest też ciekawy rozdział pokazujący, jak nasze ciało jest świetnie przygotowane do obrony przed niechcianymi intruzami.
Nam książka podoba się bardzo. Jest kolorowa, ale nie aż tak, żeby zamazać istotne informacje. Fakty są ciekawie i dość prosto przedstawione. Jak każda książka opierająca się na faktach naukowych, może się z czasem zdezaktualizować. Zachęca to dodatkowo, do sprawdzania, czy dana ciekawostka jest aktualna, albo do szukania, jak rzeczywiście wyglądają mikroby przedstawione na ilustracjach.
Garfield. Tłusty Koci Trójpak. Tom1. Jim David
Z kocią fanką czytamy i takie lektury. Chociaż ta konkretnie należy do Starszego. To dzięki niemu, fanowi komiksów, poznałam wielu świetnych rysowników i powieści graficznych. Dla mnie nie stoją już na niższej pozycji niż książki. Jest to po prostu zupełnie inny rodzaj twórczości. Często równie wartościowej.
Garfielda lubimy za żarty i odniesienia do rzeczywistości- nie wszystkie zrozumiałe, bo odnoszące się w chwili powstania do konkretnego czasu i kraju. Również za możliwość śledzenia ewolucji rysunkowej bohaterów komiksu. I za kotowatość tytułowego bohatera.
Jeśli chciałabyś/ byś podzielić się jakimś wartościowym tytułem, zostaw komentarz pod tekstem.
Szykujemy się do zamówienia pierwszej paczki z książkami z Polski na Maderę i szukamy dobrych książek, które mogłyby zasilić naszą tutejszą biblioteczkę.
We wtorek, 25.10.2022, odbyło się pierwsze czytanie poselskiego projektu (z 20.10) ustawy o zmianie ustawy – Prawo oświatowe oraz niektórych innych ustaw w komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży.
Uczyć można się wszędzie Madeira Story Center
Wspominałam o proponowanych zmianach, szkodliwych dla szkół i rodzin ED w tekście sprzed tygodnia.
W czasie pierwszego czytanie usunięto część propozycji negatywnie wpływających na szkoły specjalizujące się we wspieraniu rodzin z dziećmi spełniającymi obowiązek szkolny poza szkołą.
Zostały do dalszego procesu legislacyjnego te utrudniające życie i działanie rodzinom i dzieciom ED.
rejonizacja- szkoła w województwie zamieszkania dziecka lub ościennym.
„Zezwolenie, o którym mowa w ust. 1, może być wydane, jeżeli:”, – po pkt 1 dodaje się pkt 1a w brzmieniu: „1a) przedszkole, inna forma wychowania przedszkolnego lub szkoła, do których dziecko zostało przyjęte, znajduje się na terenie województwa, w którym zamieszkuje dziecko, lub na terenie województwa sąsiadującego z tym województwem;”,
Nie będziemy mogli, jako rodzice, wybrać szkoły, której działanie i wsparcie nam, jako rodzinie, najbardziej odpowiada, ale jest w innym województwie niż zameldowania i dalej niż w sąsiednim.
To dyskryminacja. Rodzice korzystający ze szkół stacjonarnie mogą wybrać dowolną szkołę na terenie Polski.
A jeśli chodzi o uniemożliwienie istnienia dużych placówek wspierających ED, jak na przykład Szkoła w Chmurze, która w jednym miejscu „gromadzi” 10000 uczniów? Dopóki rodzice otrzymują dla swoich dzieci od tej szkoły wsparcie w edukacji domowej zgodne z ich oczekiwaniami; dopóki kontakt ze szkoła jest sprawny; dopóki zatrudniają tylu nauczycieli i pracowników, że dziecko i rodzic otrzymuje wsparcie w każdej chwili, a do tego dotychczasowe kontrole nadzoru pedagogicznego i finansowego przechodzą bez większych błędów czy problemów, to moim zdaniem wszystko jest w porządku. Zostawmy tę decyzję rodzicom. Niech sami decydują, której szkole chcą powierzyć swoje podatki w formie subwencji oświatowej.
Ograniczony czas na złożenie przez rodziców wniosku o ED od 1 lipca do 21 września
„1a. Wniosek, o którym mowa w ust. 1, składa się w terminie od dnia 1 lipca do dnia 21 września roku kalendarzowego, w którym dziecko ma rozpocząć spełnianie obowiązku, o którym mowa w art. 31 ust. 4, obowiązku szkolnego albo obowiązku nauki odpowiednio poza przedszkolem, oddziałem przedszkolnym w szkole podstawowej, inną formą wychowania przedszkolnego lub szkołą.”,
Są sytuacje trudne, kiedy później niż do 21 września okazuje się, że dziecko ma poważne problemy zdrowotne, szkolne czy inne, na które jednym rozwiązaniem jest zabranie dzieci ze szkoły i danie im możliwości nauki w bezpiecznej przestrzeni domu i rodziny. To powinno zależeć od decyzji rodziców, a nie polityków. Tylko oni mają prawo i obowiązek decydować, jak zatroszczyć się o swoje dzieci.
Egzaminy klasyfikacyjne w szkole i z nadzorem kuratorium
„Egzaminy klasyfikacyjne są przeprowadzane w szkole, której dyrektor zezwolił na spełnianie obowiązku szkolnego lub obowiązku nauki poza szkołą.”
„Dyrektor szkoły informuje organ sprawujący nadzór pedagogiczny o terminie i miejscu przeprowadzania egzaminów klasyfikacyjnych, o których mowa w ust. 4, co najmniej 14 dni przed terminem przeprowadzenia tych egzaminów.”
A co z dzieciakami z większymi potrzebami edukacyjnymi, chorymi czy niepełnosprawnymi, dla których dojazd na egzamin do szkoły nawet w tym samym województwie jest zbyt trudny, a obecność dodatkowej osoby z kuratorium na egzaminie bardzo stresująca?
Co z dzieciakami podróżującymi większość roku poza Polską z rodzicami, którzy płacą podatki w Polsce, więc subwencja i dostęp do oświaty im się należą?
Czy na klasówkach ( z których oceny wpływają na ocenę końcową ucznia) jest obecny kurator?
Dlaczego jednym nauczycielom mamy ufać a innym nie?
Uważam, że egzaminy klasyfikacyjne przeprowadzone online/zdalnie/z pomocą środków przekazu/ przez internet w obecnych czasach są formą słuszną i wiarygodną- można je udokumentować w formie audio i video. Skoro studia i egzaminy na nich mogą być w formie online, to dlaczego nie egzaminy dla uczniów w edukacji domowej? To oszczędność czasu na dojazdy. Zmęczenia dla dziecka. Oszczędność paliwa ( w obecnych czasach bardzo istotna). Zapewnienie komfortu dzieciom z większymi potrzebami edukacyjnymi zdawania egzaminu w bezpiecznym dla nich środowisku domowym.
A dzieci podróżujące z rodzicami mogą pozostać w polskim systemie edukacji i wrócić do Polski, by tam studiować, żyć i pracować, nawet jeśli rodzice swoje życie i pracę opierają na częstych podróżach poza Polską. Bo przylot do Polski z innego kraju dodatkowe kilka- kilkanaście razy w ciągu roku na egzamin, to duży wysiłek logistyczny, fizyczny ( zmęczenie dziecka długą podróżą) , finansowy, energetyczno-paliwowy( zanieczyszczenie środowiska) dla dziecka i rodziców.
Jeśli państwo potrzebuje większego nadzoru, pracownik z kuratorium mógłby również jako obserwator być dodawany do egzaminów klasyfikacyjnych online. My jako rodzina edukująca dzieci domowo nie mamy nic do ukrycia.
To dopiero pierwsze czytanie. Proces legislacyjny trwa. Druk zmian wprowadzonych po pierwszym czytaniu w linku poniżej.
Jak dla mnie wszystkie powyższe proponowane zmiany dotykające edukacji domowej powinny zniknąć.
Ewentualnie można by dodać, że egzaminy klasyfikacyjne mogą być również w formie zdalnej, zgodnie, zgodnie z potrzebami dziecka. Czy też wprowadzić zapis o legalnym unschoolingu, jak np. w Wielkiej Brytanii. Ale to na obecne warunki w Polsce jest to propozycja mocno życzeniowa.
We czwartek po porannym deszczu i przy wietrznej pogodzie wybraliśmy się z naszymi gośćmi na plażę Formosa.
Kilka razy przy niej mieszkaliśmy i lubimy tam być. Widoki są piękne. Plaża jest czarna. Częściowo kamienista, miejscami piaszczysta. Przy spokojnym oceanie można się kąpać. Tym razem, ze względu na spory wiatr, ograniczyliśmy się do zabawy z falami przy brzegu. Przy plaży jest kilka restauracji i barów. Jest również zaplecze sanitarne i prysznice.
Po plażowaniu pojechaliśmy na Cabo Girão– na punkt widokowy ze szklanym tarasem. Podobno drugi, co do wysokości n.p.m., na świecie. Zrobiliśmy sobie tam piknik z lokalnymi wypiekami i owocami.
Pogoda nam sprzyjała, więc skończyliśmy kąpielami i opalaniem na basenie przy bloku. Baseny „osiedlowe” to bardziej w tym klimacie standard niż coś niezwykłego. W Polsce w tym miejscu byłby pewnie plac zabaw.
Plaża w Calhecie (Praia da Calheta)
Kolejny dzień również był początkowo deszczowy. Około południa dołączyli do nas następni goście z Polski.
Po miłym spotkaniu ruszyliśmy na zachód, do miejscowości Calheta. Jest to jedno z najczęściej odwiedzanych przez nas miejsc na wyspie. Jest tu sztuczna plaża z żółtym piaskiem (a nawet dwie ) osłonięte falochronem, bezpieczne dla dzieciaków. Obok pełen węzeł sanitarny. Hotele, plac zabaw, restauracje przy porcie i przy plaży, a nawet spory sklep Pingo Doce.
W 2020 bywaliśmy tam bardzo często, bo przez miesiąc mieszkaliśmy w domu w Estreito da Calheta.
Mamy tam ulubioną restaurację, Essência do Atlântico. Danie popisowe to tuńczyk, którego samodzielnie się piecze na rozgrzanym kamieniu. Próbowaliśmy też innych dań. Jeszcze ani razu nas nie zawiedli. Ceny przystępne w porównaniu z Warszawą.
Na koniec polecam krótki spacer wzdłuż mariny i niewielkiego parku. I lody w Manifattura di Gelato, tuż obok restauracji Essência.
Prazeres
Sobota była dniem pełnym wrażeń. Pogoda nam sprzyjała, więc wyruszyliśmy już po śniadaniu.
Jako, że gościmy małego wielbiciela zwierzątek pierwszym celem było Prazeres, a w nim Quinta Pedagógica dos Prazeres. To taka farma, mini zoo, ogród znajdujące się blisko kościoła.
Wstęp 1 e od osoby dorosłej, za kolejne 1e można kupić torebkę karmy, a najlepiej w kawiarni dwa rodzaje karmy, dla ptaków i innych zwierząt w minizoo. To największa frajda tego miejsca.
Mój mąż ma tam swoją ulubienicę- lamę- zawsze karmi ją nie tylko karmą, ale też słodkimi słówkami 😉 Mi chyba najbliżej do ptaków. Tym razem zachwycił mnie struś swoim spojrzeniem. I loczko-piórami na głowie. I wielkimi otworami usznymi. Dzieciaki biegają zwykle od zwierzaka do zwierzaka, od zagrody do zagrody.
W kawiarnii przy wejściu można kupić też wyroby z tej Quinty: dżemy, nalewki, zioła…
Jeszcze jednym miejscem, które sprawdziliśmy jest kawiarnia XS Cafe, na skrzyżowaniu przy kościele, pokazana nam przez koleżankę, która mieszka w Prazeres.
Pyszna kawa palona na Maderze, domowe ciasta, czekoladki, tosty i świeżo wyciskane soki.
Ciekawostka- nazwę Prazeres można przetłumaczyć jako „przyjemności” i rzeczywiście coś w tym jest.
Ponta do Pargo
Po zwierzęcych atrakcjach ruszyliśmy do Ponta do Pargo nasycić oczy pięknymi widokami. Byliśmy przy latarni morskiej( którą można zwiedzać, ale tym razem odpuściliśmy sobie). Widok na ocean i klify rozpościera się stamtąd przepiękny, a od spojrzenia w dół może zakręcić się w głowie.
Dziewczynki znalazły sobie o wiele ciekawszą atrakcję- super przyjaznego sierściucha do wygłaskania.
Porto Moniz
Kolejnym naszym celem były baseny naturalne w Porto Moniz. Ocean był wystarczająco spokojny by z nich skorzystać. Kilka razy, kiedy tam byliśmy, fale spektakularnie rozbijały się i przelewały do basenów, jednak kąpiel nie była możliwa. Dobrze jest mieć buty basenowe, albo być bardzo ostrożnym przez wchodzeniu do wody, ponieważ stopnie są idealnie śliskie od glonów, przynajmniej latem.
Baseny naturalne Porto Moniz
Chcieliśmy zjeść też obiad w jednej z knajpek. Jednak kiepsko trafiliśmy i czekaliśmy tak długo, że zrezygnowaliśmy. Musiały nam wystarczyć przekąski ze spożywczaka.
Plaża w Seixal
Jako, że dzień był jeszcze młody, w drodze powrotnej zajechaliśmy na plażę w miejscowości Seixal na północy wyspy. Po raz pierwszy trafiliśmy tam w maju. Poleciły nam to miejsce panie z banku, w czasie załatwiania ubezpieczenia na auto. jak również kilka innych plaż, które mieszkańcy wyspy odwiedzają z dziećmi. Plaża jest dość duża. Z czarnym piaskiem i łagodnym zejściem wgłąb. Na jednym krańcu jest też niewielki wodospad. Są prysznice i toalety. Na miejscu jest też klub sportowy, w którym odbywają się lekcje surfowania. Parking jest w pobliżu.
Plaża w Seixal
Najlepsze są jednak widoki. Kiedy tam jestem, odpoczywam patrząc na tę głęboką, soczystą zieleń. Najbardziej lubię dni bezsłoneczne na takie plażowanie.
Mniejsze dzieciaki bawiły się w piasku, jedno przespało całe plażowanie w wózku. Nasz nastolatek natomiast cieszy się przez ponad godzinę skakaniem w fale. Cieszył się tak bardzo, że równie mocno był niechętny do wyjścia z wody, jak na początku było niechętny do przyjazdu na tę plażę w ogóle.
Po plażowaniu czekało nas jeszcze 40 min jazdy do ulubionej restauracji na mocno wyczekaną obiadokolację. Spotkał nas jednak zawód, bo nasza ulubiona restauracja mięsna w Câmara de Lobos– Viola- była zamknięta. Na szczęście mamy niewiele dalej jeszcze jedną sprawdzoną restaurację Santo António. Jedyny minus- nie mają przepiórek, ulubionego dania naszej Młodszej.
Zakończyliśmy sobotę ucztą- espetada ( wołowe i drobiowe mięso pieczone na grillu na szpadzie), z sałatką prostą i pyszną (pomidor, sałata, cebula cukrowa, sos), frytkami (batatas fritas) i smażoną polentą z kukurydzy (milho frito). Było pysznie. Jak będziecie na Maderze, polecamy to danie z dodatkami.
Katedra w Funchal
W niedzielę wybrałam się z dzieciakami na mszę do katedry w Funchal (Sé Cathedral). Jakoś się złożyło, że to był nasz pierwszy wyjazd w stronę centrum w czasie tego pobytu. Zwykle korzystamy z komunikacji miejskiej. Tym razem wzięliśmy taksówkę, żeby zdążyć na czas.
Katedra w Funchal jest piękna. Ma ponad 500 lat. Jej historię i wystrój opiszę w osobnym artykule. Bo jest po prostu wspaniałym dziełem sztuki sakralnej i architektury.
Czujemy się w tym kościele, jak u siebie, też dlatego, że w jednym z ołtarzy jest obraz św. Jana Pawła II. A przy wejściu do katedry jego pomnik- pamiątka po jego wizycie na Maderze.
Prosto z kościoła Starszak samodzielnie wrócił do domu. Ja z Młodszą ruszyłam na spotkanie z nowymi koleżankami, Polkamipoznanymi i mieszkającymi na Maderze. To był dobry czas rozmowy, wymiany doświadczeń. Młodsza bawiła z koleżankami w podobnym wieku. Był też duży, przytulaśny pies i dwa koty, więc poziom szczęścia był wysoki.
Ajuda
Kolejne dni, to był czas trochę odpoczynku od zwiedzania, a trochę pracy i nauki. Nasi goście w tym czasie korzystali z uroków wyspy.
Jeszcze jednym miejscem do odwiedzenia w mieście z dzieciakami, jeśli będziecie w okolicy centrum handlowego Forum Madeira, jest park i ogród Ajuda ( Jardins d’Ajuda). Ładnie utrzymana roślinność. Jest tam też placyk zabaw dla mniejszych dzieci, boisko do koszykówki, stoły do tenisa stołowego. Bywamy dość często, choć to spacer prawie półgodzinny od nas.
Dla starszych dzieci też coś się znajdzie.
Dopiero poznajemy dokładniej wyspę. Mimo kilku pobytów mamy świadomość, że jeszcze niewiele widzieliśmy. Mamy apetyty na o wiele więcej. ale nie musimy się spieszyć i wszystko w swoim czasie.
Jeśli któreś miejsce szczególnie Ci się spodobało, podziel się w komentarzu.
Możesz też zostawić swój adres e-mail, by dostawać opisy kolejnych atrakcji Madery prosto na swoją skrzynkę.
To był tydzień pod hasłem „Gość w dom, Bóg w dom”.
Wynikiem tego jest ogrom czasu spędzanego w domu w powiększonym składzie dwurodzinnymi, w tym z ponad roczniakiem na pokładzie. Młodsza miała towarzystwo koleżanki całymi dniami. Sporo było też wycieczek i wspólnych wyjść.
Udało się nam jednak każdego wieczoru przeczytać po rozdziale książki 🙂
Jednego dnia była to stylizowana historyjka o wikingach z Komiksu Kaczor Donald.
Tajemnica białego kota. Baśnie o kotach z całego świata. Käthe Recheis, Friedl Hofbauer
Z tej książki przeczytaliśmy piękną bajkę z Japonii: Kot mądrego człowieka i ogromny szczur.
Na końcu świata. Natalia Przeździk.
Ta książka towarzyszyła nam przez pozostałe wieczory. Taki element stałości i przewidywalności. Dotarliśmy do wakacyjnego celu książkowej rodzinki. Dalsze przygody w kolejnych rozdziałach.
Kolejny tydzień przed nami, nadal z gośćmi. W planach sporo wycieczek. Zobaczymy, co uda się nam przeczytać.
20 października pojawił się projekt zmian w ustawie o oświacie. Część z proponowanych zmian brzmi niepokojąco dla rodziców z dziećmi spełniającymi obowiązek szkolny poza szkołą czy przedszkolem lub tych chcących dołączyć do takiej formy edukacji. Szczególnie dla rodzin z dziećmi w edukacji domowej, które ze względu na pracę i podróże większość roku szkolnego spędzają poza Polską, bo uderzają w swobodę wyboru terminu egzaminów czy zdawanie egzaminów online.
W środowisku ED w internecie huczy. Wiele wsparcia w trudnej sytuacji. Równie dużo wzajemnego obwiniania. Staram się zachować spokój, choć gdyby przyjęto te wszystkie zmiany, to musielibyśmy i my dużo zmienić, i zrezygnować z części tej wolności, jaką daje nam korzystnie z edukacji domowej w obecnej formie. Chyba jedyna lepsza forma dla nas od obecnej, to legalny unschooling.
Nam bardzo zależy na utrzymaniu dzieciaków w polskim systemie edukacji, ponieważ chcą one, jak dorosną, wrócić do Polski. Jednak w tej chwili nie chcemy latać do Polski kilka razy w ciągu roku na egzaminy, czy na zdawanie kilkunastu egzaminów w jednym tygodniu.
Dlatego w wolności wybraliśmy szkołę, która nam te kwestie ułatwia. Uważam, że wprowadzenie takich zmian byłoby atakiem na prawa i wolność wyboru przez rodziców formy kształcenia dla ich dzieci.
Póki co, czytam, co piszą inni. Obserwuję sytuację. Pierwsze czytanie w Sejmie we wtorek 25 października.
Madera to piękna wyspa, licznie odwiedzana przez cały rok przez turystów spragnionych ciepła, spokoju, pięknych widoków, dobrego jedzenia, sportu czy wędrówek.
Jednak nasze życie na niej nie wygląda, jak ciągłe wakacje. Codzienność z dziećmi w edukacji domowej rządzi się swoimi prawami. Pewne rzeczy muszą być zrobione. Sprawy załatwione. Na moje pisanie czas zostaje późnym wieczorem. Tak późnym, że czasem nawet z publikacją tekstu nie zdążam przed północą w polskiej strefie czasowej 😉
Wymyśliłam, że raz w tygodniu podzielę się takim jakby podsumowaniem, co nam się udało zobaczyć i zrobić na wyspie. Trochę pokazuję to na Instagramie, ale tu chciałabym zachęcać do zwiedzania konkretnych miejsc. Sprawdzonych z dzieciakami. Już nie malutkimi, co prawda, ale z takimi podróżuje się chyba częściej nawet niż z maluchami.
Pierwszego dnia po przylocie udało się nam skoczyć do Câmara de Lobos. Lubimy tam jeździć ze względu na urokliwy port rybacki i restauracje z pysznymi potrawami.
Jest spory parking przy porcie. Można też przyjść pieszo z Funchal od plaży Formosa. Często wybieramy tę opcję, bo spacer jest malowniczy. Choć dość długi. Tym razem byliśmy autem i wybraliśmy na szybką przekąskę knajpkę Gavião do Ilhéu. Polecamy tu pyszne grillowane małże (lapas grelhadas) i ryby. Dzieciaki nie są jeszcze gotowe na takie smaki. Zwykle biorą makaron z sosem bolognese 😉 Smakuje im tutejsza wersja. Po jedzeniu można przejść się po miasteczku. Prosto z restauracji ruszyliśmy pod górę, przez Galerię Sztuki Ulicznej. Cała uliczka jest udekorowana różnymi dziełami.
Na trasie jest też plac zabaw, ukryty jakby w budynku. Po prawej stronie, jeśli idziemy od Gavião. Tym razem ominęliśmy. Na końcu uliczki jest kościół św. Sebastiana. Swego czasu trafiliśmy na malowniczą procesję w dniu jego święta. Za kościołem jest plac z widokiem na potężny klif Cabo Girão.
Jeszcze chwila wzdłuż wybrzeża i wracamy na parking mijając miejscowych panów (wydaje mi się, że rybaków), którzy zwykle popołudniami spotykają się przy porcie i grają m.in. w gry karciane.
Po drodze zdążyliśmy zajść na lody( dzieciaki z tatą) i zajrzeć do ślicznego kościółka(ja).
Jeszcze powrót do Funchal i piękna tęcza na koniec dnia.
Kolejnego dnia dokonaliśmy nowe odkrycia, co do zwyczajów panujących na wyspie (a może w całej Portugalii?).
Dzięki konieczności zwiedzania wielu sklepów z artykułami do domów odkryliśmy z zaskoczeniem, że na Maderze sezon na bożonarodzeniowe dekoracje w sklepach zaczyna się niemal 2,5 miesiąca przed Świętami. To jeszcze wcześniej niż w Polsce. Ubawiło mnie to spostrzeżenie szczerze. Narzekamy czasem, że jak tylko znikną w Polsce znicze ze sklepów, to wjeżdżają bombki. Ale przynajmniej mamy ten czas zniczy 😉 Tu już „coraz bliżej święta”.
W sumie nie powinno mnie to aż tak dziwić. Widzieliśmy dwa razy w styczniu skalę, w jakiej są udekorowane sklepy, domy i ulice na Boże Narodzenie. Znikają dopiero dobrze po Trzech Królach. Czyli, tak na dobrą sprawę, Maderczycy cały kwartał żyją z ozdobami Bożonarodzeniowymi w przestrzeni najpierw komercyjnej, potem publicznej.
W piątek udało się nam jeszcze spotkać z koleżanką i jej dzieciakami, którzy półtora roku mieszkają na Maderze. Wybraliśmy bardzo fajny park w odległości 10-minutowego spaceru. Quinta Magnolia. Zadbany ogród z pięknymi roślinami. Plac zabaw z tyrolką. Bar. Restauracja. Korty tenisowe. Oraz woliery ze zwierzątkami ukryte wśród roślin- puszystymi królikami i kolorowymi papużkami.
Madera jest wyspą niedużą, ale bardzo urozmaiconą widokowo i przyrodniczo.
Jak już wspominałam w poprzednim artykule, w niedzielę, korzystając z pięknej pogody przed zapowiadanymi deszczami, i z wolnego dnia męża ( bo ja jeszcze poza miasto sama nie kieruję autem) wyskoczyliśmy w góry. Niedobór paliwa w baku zmusił nas do zatrzymania się na spacer wcześniej niż planowaliśmy. Zatrzymaliśmy się przy Casa de Abrigo do Poiso. Jest to bar, restauracja i spory parking. Miała być levada, była las i chaszcze. Ale wspaniały las i urokliwe chaszcze 🙂 Las piękny, majestatyczny, przejrzysty. Mogliśmy grzyby poobserwować. A potem ścieżka przez krzaczory, która wyglądała na uczęszczaną głównie przez kozy czy owce, wnioskując po rozsianych na niej bobkach i tropach kopytek. Trochę nie przygotowani byliśmy pod kątem obuwia. Zapomnieliśmy, że na szlakach często bywa ślisko. Ale daliśmy radę.
Powrót zaczęliśmy w idealnej chwili, kiedy okolica zachmurzyła się i przez chwilę mieliśmy jazdę po krętych drogach w chmurach.
Codziennie istotnym elementem planu dnia było też oczywiście zatroszczenie się o czas na obowiązki i naukę dzieci. Szło nam to w tym tygodniu trudno. Jakoś nas rozbiła ta podróż i przeprowadzka. Niełatwo jest w nowe miejsce wcisnąć te same schematy dnia. Bo rozjechały się godziny snu wszystkim domownikom, posiłki, aktywności.
Mam nadzieję, że stopniowo dojdziemy do jakiejś rutyny w tej kwestii. Chociaż przez najbliższe dwa tygodnie mamy gości z małymi dziećmi. Przeszlibyśmy pewnie siłą rzeczy na „unschooling”, podążanie za zainteresowaniami dzieci i podróżami , gdyby nie konieczność zdawania egzaminów klasyfikacyjnych z podstawy programowej.
Jako puenta niech wystarczy, że mimo, że był to dla nas trudny tydzień, było w nim też wiele wzajemnej dobroci, prawdziwych odkryć i pięknych chwil.
Gdziekolwiek do tej pory przebywaliśmy dłużej, staraliśmy się uczestniczyć w liturgii niedzielnej. Zwykle wybieramy się do najbliższego kościoła katolickiego, lokalnej parafii. Najdalsza wyprawa była w Bułgarii, w 2019 roku bodajże. Coś około 1,5 h jazdy. autem w jedną stronę. Bliżej nic nie znalazłam. Za to trafiliśmy na mszę do polskich misjonarzy. To była niedziela Zesłania Ducha Świętego. Dobrze pamiętam.
Bardzo cenne dla mnie jest uczestniczenie w liturgii w różnych krajach, w różnych językach. Mogę doświadczać wtedy z dziećmi Kościoła powszechnego. I wszędzie czuć się u siebie. Prawie w domu. A jednocześnie ubogacać się różnicami w prowadzeniu Liturgii, w wyrazach pobożności, w sztuce religijnej czy w przeżywaniu tej samej wiary.
W Funchal, od kiedy mieszkamy u siebie, staramy się w niedzielę być w naszej parafii (ze względu na miejsce zamieszkania). Wcześniej jeździliśmy częściej do parafii katedralnej- Sé do Funchal. Msze do wyboru mamy dwie, 9:00 i 11:30, a że po pierwsze lubię najważniejszy punkt dnia przeżyć rano, a po drugie, chcę uniknąć upału, to budzę dzieciaki przed wschodem słońca. (Wyjątkowo, bo zwykle dzięki edukacji domowej mogą się wysypiać zgodnie z potrzebami). Szybkie śniadanie i pieszy spacer do kościoła Nazaré. Brzmi fajnie, ale na Maderze prawie żaden spacer nie jest łatwy (Chyba, że wzdłuż Avenida do Mar w Funchal, wzdłuż nabrzeża). W lini prostej mamy z domu do kościoła ok 400m. W rzeczywistości 1,4 km z przewyższeniem 70 m. Droga „tam” jest w większości pod górkę. Mamy po drodze ciekawe schodki i spory kawałek wzdłuż lewady, więc przynajmniej Młodsza traktuje to jak przygodę. Dojście zajmuje nam ok 25 min. Zwłaszcza teraz, kiedy nogi nam odwykły od chodzenia po skosach.
Sam kościół Nazaré jest dość nowoczesny, parafia ma ponad 50 lat dopiero. Ludzi przychodzi sporo. Porównywalnie do parafii w Polsce, w których bywam. A w kontraście do np. Włoch czy Niemiec, to dużo. Inne różnice, które zauważyłam do tej pory, w porównaniu z Polską, opiszę przy okazji.
Udział w Liturgii niedzielnej mszy świętej, poza wymiarem duchowym, daje nam też możliwość poczucia wspólnoty z mieszkańcami tej okolicy. Jest też okazją do zanurzenia się w żywym języku portugalskim. Ja i Starszak dużo korzystamy z tekstów wyświetlanych na dużym ekranie, zarówno pieśni, jak i „Chwała na wysokości”, i „Wierzę w Boga”. Czytania liturgiczne czytamy w tym samym czasie, co lektorzy, po polsku z aplikacji Pismo Święte. Pomagam dzieciom śledzić tekst, na tyle, na ile nadążam za portugalskim. Przeważnie mam też ze sobą wydrukowany mini mszał z częściami stałymi po portugalsku. O wiele łatwiej jest mi wtedy coś zrozumieć, kiedy jednocześnie widzę napis. Język portugalski jest dość trudny do rozumienia ze słuchania, przez skracanie samogłosek i dużą ilość głosek szeleszczących. I piszę to jako osoba, której rodzimym językiem jest język polski, podobno jeden z trudniejszych do nauczenia się na świecie.
W drodze powrotnej zachodzimy zwykle do cukierni, na nasze ulubione serniczki (Queijadas) i pastel de nata. Potem już tylko przyjemny spacerek z górki.
Dziś udało się nam zaraz po powrocie wyskoczyć w wyższe partie Madery, na spacer do lasu. Wspaniale jest móc w ciągu 20 min zupełnie zmienić otoczenie i mikroklimat. Na takie wypady warto mieć ze sobą w aucie bluzę (różnica temperatur dziś z 8 stopni) i obuwie odpowiednie na śliskie szlaki ( nie sandały, jak moje dzisiejsze). Oczywiście w drodze tam i z powrotem pokonać musimy szalone maderskie drogi pełne zakrętasków i dziwnych przewężeń, szczególnie w mieście.
Las wzywa nasKolczaste krzaki zabrały nam kapelusze
Niedziela to u nas czas świętowania, odpoczynku, bycia razem rodzinnie, ale też staram się znaleźć chwilę na tematy religijne. Skoro każdego dnia czegoś się uczymy, to i w niedzielę chwilę na to znajdujemy. Jako rodzic przejmujący pełną odpowiedzialność za edukację swoich dzieci, poza świadectwem i przekazem wiary, staram się też pomóc dzieciom zdobyć wiedzę o religii katolickiej i innych.
Starszak przygotowuje się z pomocą podręcznika do egzaminu z religii rzymsko-katolickiej w szkole. Uważam, że to ważne, aby temat wiedzy o religii traktował równie poważnie, jak inne przedmioty. Z Młodszą czerpiemy na razie wiedzę z czasopism dla dzieci o tematyce religijnej, a ostatnio też z zeszytów ćwiczeń do katechezy Dobrego Pasterza.
Nie każda niedziela (Domingo, po portugalsku) jest taka sama, ale staramy się te najważniejsze punkty zachowywać. Jest też czas na zabawę, oglądanie filmów, gry czy inne rozrywki.
Zachęcam do pozwolenia sobie na jeden dzień w tygodniu inny od pozostałych. Na danie sobie czasu na odpoczynek dla duszy i ciała. Nie koniecznie przez tzw. nic-nie-robienie, ale przez zmianę aktywności i może nabranie dystansu do doświadczeń poprzedniego tygodnia?
Podziel się swoimi sposobami na świętowanie niedzieli w komentarzach 🙂
Skomentuj