Wszystkie swoje siły twórcze wykorzystałam dziś na zachęcanie dzieci do współpracy. To był jeden z tych dni, kiedy wszystko chciały po swojemu. A jako rodzic mam jednak pewne obowiązki wobec nich i kwestie do zaopiekowania, które w danym momencie kłócą się z ich wolnością. Bywało trudno. Bywało burzliwie, nawet bardzo. Jednak jakoś dotrwaliśmy do wieczora w całości, dzięki Bogu!
Ostatkiem sił zrobiłam jeszcze PDF z tutorialem na taki oto szydełkowy koszyczek, na warsztaty, jakie mam przeprowadzić jutro dla koleżanek z Koła Gospodyń Wiejskich. Chyba pierwszy raz w życiu będę coś takiego prowadzić. Bo nie liczę warsztatów z zakresu pierwszej pomocy czy samobadania piersi prowadzonych w czasach nauki w Medyku. To było w innym życiu. Przeddzieciowym 😉
Ostatnio dużo się u nas dzieje i tak jakoś czuję, że czas mnie goni( albo ja gonię czas, już sama nie wiem). Za 15 dni lecimy na Maderę, a jeszcze parę spraw do dopięcia na Suwalszczyźnie zostało.
Pomaga mi skupienie się na dniu dzisiejszym. Na tym, co teraz do zrobienia. Jak czytam dzieciom, to czytam i nie zerkam w ekran smartfona. Jak się przytulam z córą, to całą sobą. Jak widzę coś pięknego, to oglądam jak najdokładniej.
Tu i teraz
to moje hasło na rok 2022
Nie zawsze mi się to jednak. udaje. Zdarzają się chwile zamartwiania tym, co może być (ale nie musi). Zdarza się przewijanie postów na Instagramie. Zdarza się zbyt długie planowanie i rozważanie różnych opcji, zamiast działania. Zdarza się skupianie na tym, co pilne i żądające mojej uwagi i czasu, choć wcale nie jest to ważne.
Dziś pomogło mi nabrać dystansu do pędzącego czasu przejrzenie zdjęć z ostatnich dni. Wiele pięknych chwili za nami🥰. A są za nami, wydarzyły się, bo dokonałam wyboru, żeby z planów stały się rzeczywistością, ale też dlatego, że pozwoliłam sobie na zatrzymanie się i zobaczenie ( i uwiecznienie) tych cudów i niespodzianek w codzienności. Częścią się tutaj podzielę.
Rodzinne drożdżówkiZnalezisko StarszakaPiknik w lesieZaskakujące grzybki w szyszcePusta łąka i onW świetle zachodzącego słońcaWróć do nas jutroPieskoterapiaPracowitośćPodrap mnie po brzuszkuJesienne mgłyZamglony zachódLecą żurawie.CN Kopernik Krakowskie Przedmieście- kościół Krzyża ŚwiętegoGaleria Sztuki Średniowiecznej MN w WarszawieGaleria sztuki XIXwDaj orzeszkaŁazienki KrólewskieRubens w Podchorążówce
Wczoraj do ciebie nie należy. Jutro niepewne. Tylko dziś jest twoje.
św. Jan paweł II
Jakie jest Twoje dziś?
Co możesz zrobić, żeby spoglądając na to „dziś” jutro, odczuwać wdzięczność?
Poniżej nasze lektury czytane na głos z ostatniego tygodnia, wybrane przez Młodszą lub zaproponowane przeze mnie. Może coś Cię zainspiruje?
Pompik Żubr. Wyprawy. Kryjówka Rysia; Nieśmiała salamandra. Tomasz Samojlik
Pompik Żubr. Odkrycia. Kropla wody. Tomasz Samojlik
Obie serie bardzo fajne. Młodsza bardzo lubi i chłonie z nich wiedzę, która dawkowana jest w sam raz i nie przytłacza. Charakterystyczne ilustracje Tomasza Samojlika są dodatkowym plusem. Pamiętam, jak szukałam Starszakowi komiksów do samodzielnego czytania, gdy miał ok 7 lat. Sprzedawca w sklepie z komiksami polecił nam „Ryjówkę przeznaczenia” Samojlika właśnie. Po pierwszym przeglądnięciu nie zgodziłam się na jej kupno, bo ilustracje wydały mi się dziwne ( sic!). Ale to było lata temu. W tej chwili mamy na półkach w domu chyba wszystkie komiksowe publikacje pana Samojlika, te pisane z panem Wajrakiem również. Białowieża to nasz drugi… a nie, jednak trzeci…dom, choć bywamy tam tylko kilka dni raz do roku. Oswoiliśmy ilustracje, Starszak był na kilku spotkaniach autorskich, teraz komiksy pana Tomasza to dla nas prawie rodzina 🙂
Morskie bałwany. Natalia Przeździk
Poznaliśmy w tym roku. To druga książka z serii Niebieski dom. Bardzo chętnie słuchana przez Młodszą. Idziemy sobie powolutku, rozdział po rozdziale poznając przygody rodzinki z piątką uroczych dzieci, a przy okazji ciekawe zakątki Polski.
Teoria względności i jej tajemnice. S. Kaid-Salah Ferrón, E. Altarriba
Sama dowiaduję się wiele z tej książki. Przekaz jest skierowany do dzieci, ale nie jest to infantylne. Naprawdę budzi zainteresowanie światem i szeroko pojętą nauką.
Lego Explorer Roboty– czasopismo- dla fanki klocków i robotów.
Kraina zwierząt– czasopismo- Człekokształtne- zainteresowanie zwierzakami nie słabnie wcale. A szczególnie kotami, bo gazetka została zakupiona przez Młodszą za własne oszczędności, ze względu na dodatek- kotki w kontenerku do zabawy.
Wierszyki 2- latka– wspominanie rymowanek 🙂 Córa twierdzi, że nigdy tej książki nie czytała, choć strony są posklejane taśmą, porysowane i miejscami oznaczone jedzeniem. Cóż- jaki był wiek czytelnika, takie i tego skutki dla książki.
Komiksy Kaczor Donald Gigant i Crafter– gazetki o grze Minecraft. Młodsza zaczęła się interesować półkami pełnymi komiksów i czasopism w pokoju starszego brata, stąd takie lektury, a nie inne 🙂
A jakie u Was lektury ostatnio? Podziel się w komentarzu.
A czy są w nauce szkolnej ucznia klasy VII szkoły stacjonarnej? Pewnie, że są.
Siódma klasa podstawówki to już taki moment, gdzie powinniśmy zbierać owoce pracy lat poprzednich w edukacji domowej. I po części tak jest. Zbieramy owoce, chociaż nie wszystkie są takie, jakich byśmy chcieli. Jest to związane też z wchodzeniem naszego Starszaka w wiek dojrzewania, nie tylko ze stricte edukacją domową.
Problem najbardziej aktualny na naszej domowej wokandzie to kwestia wolności, (gdzie się zaczyna, gdzie kończy) i odpowiedzialności (i dziecka za własny rozwój i naukę, i nas rodziców za jego edukację).
Nakłada się na to trochę mój problem, jeszcze nie do końca rozpracowany, ale ważne, że już uświadomiony. Osobiście świetnie się wpasowałam w system edukacji jako uczeń. Nauka przychodziła mi łatwo. Lubiłam podręczniki. Miałam bardzo dobre oceny z większości przedmiotów. Odrabiałam prace domowe. Chyba jedyne, co mi sprawiało trudność, to zabieranie głosu na forum klasy, trochę relacje rówieśnicze ( realia małego miasteczka- prawie ta sama grupa równolatków przez 8 lat szkoły podstawowej, a potem jeszcze przez 4 lata liceum, każdego dnia, oprócz weekendów, ferii i wakacji- ciągle te same osoby przez kilka godzin dziennie w jednym pomieszczeniu- miało to minusy, plusy może jakieś też, tylko nie wiem, czy dla samych dzieci), no i WF( niecierpiałam, migałam się jak mogłam- ach, te zwolnienia z biegania na Wfie „dzięki”skoliozie:)) Z powyższego wynikają moje oczekiwania, co do sposobu i przejawów nauki i uczenia się naszych dzieci.
Wracając do tematu wolności. Jest 3 tydzień września. W tym roku Starszak ma do zdania chyba z 11 egzaminów, w tym nowy język( wybrał francuski! Ulala! a mama go wcale nie zna i nie jest w stanie ani pomóc osobiście, ani nawet skontrolować wiedzy), i nowe przedmioty, fizyka i chemia. Mama ma już lekki stresik, jak to wszystko ogarnąć, a tu młody człowiek ma inne pomysły na spędzanie czasu, jak bicie rekordu w jak najdłuższym spaniu rano, czytanie komiksów po nocach i w każdej wolnej i nie wolnej chwili dnia, granie w gry, oglądanie filmów o grach, rysowanie postaci z gier i tworzenie gier na komputerze 😉 (o regularnych kłótniach z siostrą jako stałym elemencie dnia nie wspominając- cóż, chyba większość czytelników, posiadająca rodzeństwo, ma takie doświadczenia- ja mam)…
Mamowy stresik zmienia się stopniowo (lub nader gwałtownie) w polecenia, nakazy i zakazy, i już atmosfera sprzyjająca nauce zmienia się w sprzyjającą zdecydowanie mniej. A młody prosi, i żąda, że chce sam i po swojemu.
Do tej pory egzaminy końcowe zdawał. A mamy umowę, że egzamin ma być zdany, nieważne na jaką ocenę. Bo niezdane egzaminy skomplikowałyby nam sytuację- w obecnej chwili nie wchodzi w grę w ogóle przejście syna do szkoły stacjonarnej (konieczne przy dwóch niezdanych egzaminach końcowo-rocznych). Koliduje to z naszym rodzinnym planem życia na dwa kraje- w uproszczeniu: lato w Polsce, zima na ciepłej wyspie.
W tym roku pewnie w końcu też się wdroży w naukę, ale ten czas przejściowy między wakacjami ( długimi u nas), a intensywniejszą nauką i przygotowaniem do egzaminów jest trudny. `Bo ja bym chciała już, teraz i w tej chwili, widzieć efekty w postaci przeczytanych podręczników, napisanych prac, przeczytanych lektur, wykonanych zadań na platformie szkolnej i zrobionych projektów.
A młody człowiek potrzebuje czasu i przestrzeni na wzięcie odpowiedzialności za siebie.
Nauka pisania cyfr przy okazji pakowania paczki do zwrotu.
Takie pytanie zadał mi niedawno znajomy z Teneryfy ( od tego roku szkolnego zaczęli ED ze swoimi dziećmi 1 i 3 klasa SP). I nie byłam w stanie na nie precyzyjnie odpowiedzieć. Bo nie trwa to u nas „od-do”. Jakoś tak bardziej, jak życie i dzień niesie. Staram się po śniadaniu taki czas na wspólną pracę i naukę zorganizować, ale nie codzień się udaje.
Bo np. Młodsza jest w tej chwili zajęta lepieniem z plasteliny i nie chce przestać. A w sumie dlaczego miałaby przestawać, skoro to lepienie poprawia sprawność jej dłoni i przygotowuje je do pisania?
Czasem nauki jest też u nas wspólne, głośne czytanie. Przeze mnie dzieciom. O dziwo, nie jestem w tym zbyt dobra, nie umiem nadawać głosów bohaterom, ale dzieciaki i tak to lubią, a ja bardzo cenię sobie ten czas. Przed spaniem czytam prawie codzień Młodszej. W ciągu dnia też zdarzają się nam takie „seanse”. Staram się zgadzać, kiedy tylko Młodsza mnie o to prosi. Starszy nie jest już za bardzo zainteresowany, woli czytać sobie sam, ale czasem się dosiada.
Lektury mamy bardzo różne. Dziś była gazetka Lego Explorer i rozdział książki „Morskie bałwany” Natalii Przeździk. Wczoraj trzy książeczki z Żubrem Pompikiem( To jest hit, bo wiedza o przyrodzie sama wchodzi do głowy). W poprzednim tygodniu „Zerko czyli Trzy dni w Karlikanii” Władimira Lowszyna- fajnie opisane niektóre koncepty matematyczne.
Zaskakuje mnie często, jak dużo Młodsza wynosi z takiego czytania głośnego, albo słuchania audiobooków. W sobotę zaskoczyła mnie w Muzeum Narodowym przy obrazie pod tytułem chyba „Rycerze grający w kości”, że ona wie, co to za gra, bo słyszała w książce „Zygmuncie, i kto tu rządzi?” Grażyny Bąkiewicz z cyklu „Ale historia…”
Do tego dochodzą jeszcze wspólne zakupy, załatwianie spraw różnych, prace domowe- to też czas nauki.
I rozmowy na różne tematy i odpowiedzi na niezliczone pytania– pod warunkiem, że jestem w stanie i chcę przerwać to, co akurat robię i poświęcić należną uwagę pytaniu czy stwierdzeniu małego myśliciela, odkrywcy i naukowca w jednym.
Dlatego właśnie tak trudno mi określić, ile czasu zajmuje nam nauka z Młodszą. Nie mamy godzin lekcyjnych i dzwonków. Chociaż byłoby to czasami wygodniejsze dla mnie. Zrobić swoje, omówić tematy, wykonać ćwiczenia- dwie, trzy godziny i koniec.
Na ten moment najbliższą prawdy odpowiedzią będzie chyba- od obudzenia się do zaśnięcia– chociaż w nocy nauka też trwa, kiedy mózg przetwarza doświadczenia całego dnia 😉
Już siadałam do komputera, żeby zacząć pisać artykuł na bloga na inny temat. Taki czas dla mnie na koniec dnia. Ale zawołała mnie Młodsza z płaczem.
Zasypiała, zrobiło się smutno i potrzebna była mama. Tak czasem u nas jest, chociaż to już prawie 7latka. Zwłaszcza po kilkudniowym wyjeździe, na którym śpi ze mną lub z bratem w jednym pokoju. Po powrocie trzeba się znowu przyzwyczajać do swojego łóżka i swojego pokoju. Dla takiego małego człowieka 5 dni, to kawał czasu. A jeszcze wszystkie te wrażenia i emocje nazbierane podczas takiego wyjazdu. W końcu mogą ujść. W bezpiecznym miejscu, w obecności mamy.
I nie chcę dziś stawiać na swoim, walczyć o swój czas, o to, co zaplanowałam. Chcę stracić ten czas przy łóżku córeczki. A jak zaśnie spokojnie, może będzie jeszcze czas na dłuższe pisanie? Zobaczymy.
Dzień dzisiejszy z wieloma wrażeniami. Część zaplanowanych wczoraj, reszta to niespodziewanki.
Około 11 trafiliśmy na koncert Arki Noego na Placu Zamkowym. Młodsza to pierwszy raz słuchała na żywo. Ze starszym chyba raz parę lat temu byliśmy. Ale tak pod samą sceną, to po raz pierwszy. Fajnie było posłuchać kolejnego pokolenia dzieciaków pod przewodnictwem dziadka „Litzy”. Ciekawe, jak ta muzyka łączy już pokolenia, również słuchaczy.
Jako że Młodsza zmarzła, to musieliśmy się wycofać spod sceny prosto do kolejnego celu, na Eucharystię w kościele św. Anny, bliziutko. Po raz pierwszy byliśmy tam- córkę urzekły malowidła sufitowe.
Kolejny punkt obowiązkowy, jeśli jesteśmy blisko Starówki- obiad w barze mlecznym;) Ulubiona pomidorówka Starszaka.
W międzyczasie dołączył do nas w końcu, po tygodniu w rozjazdach, kochany Mąż i Tata.
Jako, że pokój w kolejnym hotelu jeszcze nie gotowy, odprowadziłyśmy Starszaka do metra- kolejna samodzielna wyprawa do kolegów-a my ruszyłyśmy do Ogrodu Saskiego. Czas na zbieranie i rozpoznawanie liści idealny, aczkolwiek krótki, bo blisko był plac zabaw. Mama miała czas na rozmyślanie i pisanie, a córka na nowe znajomości i zabawę w ruchu- w końcu się rozgrzała.
Kiedy mama z kolei zmarzła, zebrałyśmy się do hotelu. Po drodze trafiłyśmy na obchody przy Grobie Nieznanego Żołnierza- nie wypadało spacerować w czasie śpiewania hymnu narodowego- przy okazji Młodsza odkryła, że zna na pamięć tylko pierwsza zwrotkę i refren. W najbliższym czasie nadrobimy resztę.
Reszta dnia to odpoczynek w hotelu. Bajki wyczekane, i inspirujące. Dzięki ciekawskiemu George’owi, córa z motylimi skrzydłami z szala- dała się jeszcze wyciągnąć ( wyleciała?) na spacer po prowiant na kolację.
W drodze powrotnej krótka lekcja łaciny
– Sursum corda- W górę serca.
Nie dać się pokonać jakimś tam smutkom, obawom czy codziennym problemom.
Dzisiaj trzeci dzień naszego wyjazdu do Warszawy. Korzystamy z atrakcji stolicy tak, by się za bardzo nie przemęczyć, bo potem łatwo o zniechęcenie dzieciaków. I by każde z nas miało na tym wyjeździe coś dla siebie.
Rano zaczęliśmy od wyprawy na Ursynów, na plac zabaw z dinozaurami, przy metrze Ursynów. To jeden z ulubionych Młodszej. Spędziliśmy tam ponad 3h. Nawet w domu, na wsi, Młodsza rzadko spędza tyle czasu bez przerwy, w ruchu, na dworze.
Park Jurajski na Ursynowie
Po placu zabaw trochę odpoczynku i przekąska w kawiarnio- księgarni „Słowo Daję”. Zdążyliśmy też odwiedzić tuż obok kościół naszej poprzedniej parafii- Wniebowstąpienia Pańskiego na Ursynowie. Mieszkaliśmy niedaleko przez ponad 3 lata. Odwiedzamy te okolice i dawnych znajomych, jak tylko mamy możliwość. Dobrze się nam tu mieszkało.
Pompik ze „Słowo Daję”- lektura w sam raz na dłuższą przejażdżkę metrem
W końcu nadszedł czas na atrakcje dla mamy- zaprosiłam Młodszą do Muzeum Narodowego. Chciałam zobaczyć wystawę „Witkacy”.
Okazało się, że w sobotnie popołudnie jest dużo zwiedzających w Muzeum. Kolejka do kasy też była spora. Kupiłam jednak, za radę pani z obsługi muzeum, bilet przez internet, co przyspieszyło wejście. Koszt to 40zł za wejście na jedną wystawę czasową i wszystkie stałe. Córa jeszcze ma wejście darmowe.
Zaczęłyśmy od wystawy wzornictwa, bo wyglądała trochę jak sklep z zabawkami.
Potem Galerię Sztuki XIX wieku zwiedziłyśmy. Cel główny – „Bitwa pod Grunwaldem” Matejki. Niedawno słuchaliśmy rodzinnie audiobooka „Ale historia…Jadwiga kontra Jagiełło” i historia bitwy była Młodszej już troszkę znana.
Droga do „Bitwy pod Grunwaldem” i z powrotem jest dość długa- ułatwiło nam ją wyszukiwanie przez córkę zwierzaków w dziełach sztuki.
Potem przyszedł czas na wystawę czasową o twórczości Witkiewicza. Duży kontrast po tylu dziełach malarstwa realistycznego. Zadaniem było znalezienie ptaka(„orła”), którego widziałysmy przy wejściu.
Część wystawy szybko ominęłyśmy( nie nadawała się dla dziecka) Resztę oglądałyśmy nadal w kluczu szukania zwierzaków.
Kilka się znalazło, w tym ulubione koty.
I nadwejściowego ptaka również odnalazła.
Stanisław Ignacy Witkiewicz Fantazja-Bajka 1921-1922
Wniosek córki z tej wystawy w porównaniu do poprzedniej- XIX wieku- „Inne, ale też ładne”. Mnie nie urzekło, zdecydowanie bardziej wolę malarstwo realistyczne- jest dla mnie nieodmiennie fascynujące, jak malarz potrafi tak wiarygodnie oddać rzeczywistość. Niemal jak na zdjęciu, choć przecież wiem, że to nie to samo, co zdjęcie. Ze względu na długi proces tworzenia obrazu, nie jest to dosłowne zapisanie jednej chwili.
Po krótkiej przerwie na przekąskę zakończyłyśmy Galerią Sztuki Średniowiecznej. Po tłumach przy Witkacym, mogłyśmy odpocząć i pokontemplować. Starałyśmy się rozpoznawać znane nam sceny biblijne czy postaci świętych. Wbrew pozorom, nie było to łatwe. Język sztuki ludzi sprzed tylu wieków, nie zawsze był łatwy do odczytania.
Sowa, którą ptaszki trzymają za „uszy”Maryja w scenie Zwiastowania przedstawiona z jednorożcem( wczesnochrześcijański symbol czystości)A znaczenia tych zwierzaków jeszcze nie odkryłyśmy.
Wyprawa była dość męcząca, Muzeum Narodowe jest duże i trzeba się sporo nachodzić. Jednak przerwałyśmy w porę, by się nie zniechęcić. Galerie Starożytności i Faras zostawiliśmy na kolejny raz.
Starszak dzień spędził na odwiedzaniu kolegów. Każde z nas miało coś dla siebie. Dzień uważam za bardzo udany.
Wracając do pytania tytułowego- warto odwiedzić Muzeum Narodowe, z dzieckiem w każdym wieku. Grunt, to jako klucz zwiedzania wybrać coś, co dziecko interesuje. I starać się nie przemęczyć siebie i dzieci. Lepiej zostawić coś na kolejny raz, niż zniechęcić młodego człowieka do zwiedzania muzeów.
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że podążając za zainteresowaniami dziecka, naprawdę wiele można je nauczyć. I gdyby nie konieczność zdawania egzaminów z podstawy programowej prawdopodobnie podryfowalibyśmy w stronę unschoolingu. Na ten moment jest to w Polsce niemożliwe. Każde dziecko zobowiązane jest do przyswojenia zagadnień zawartych w podstawie programowej dla danej klasy i danego przedmiotu.
Doświadczenie dzisiejsze- Młodsza z własnej inicjatywy wyciągnęła moje pióro i przyszła do mnie z pytaniem, jak je trzymać i jak nim pisać ( a raczej wytwarzać linie). Nie ma jeszcze dość wprawy w palcach, ale trzyma chwytem w miarę poprawnym( ja tak trzymam pisak do tej pory;)) i szuka sposobu, by szło jej łatwiej. Później zajęła się rysowaniem, a w pewnym momencie zaczęła przepisywać słowa z ekranu komputera, na którym ze Starszakiem omawiałam jakieś sprawy. I robiąc to z własnej woli, pisała chętnie i z poczuciem sensu. Na razie to pismo drukowane, owszem. Ale zaczęła też ćwiczyć zawijaski, pętelki, piórem właśnie.
W poprzednim wpisie, o podręcznikach, wspominałam o metodach nauki pisania, jakie stosowaliśmy ze Starszym i jakie planuję stosować. Na ten moment jeszcze nie przechodzę do nauki kaligrafii metodą Landowskiej, ponieważ ręka jest jeszcze ewidentnie zbyt słaba, aby wytwarzać takie litery. Ale ćwiczy codziennie- plastelina, lego, wycinanie, rysowanie, malowanie, pomoc w kuchni, samodzielne szczotkowanie zębów czy czesanie włosów- wszystko to zwiększa sprawność i precyzję ręki, i przygotowuje ją do pisania.
Jestem przekonana, że każdy jest w stanie nauczyć swoje dziecko pisać, a raczej to dziecko jest w stanie posiąść tę umiejętność, jak każdą do tej pory. Potrzebny jest czas, odpowiednia ilość ćwiczeń różnych, a przede wszystkim poczucie celowości i sensu, że warto pisać odręcznie i pięknie, by w ten sposób przekazywać informacje, myśli czy uczucia drugiej osobie. Już nie wspominając o faktach naukowych, że odręczne notowanie wspomaga zapamiętywanie, rozwija kreatywność, porządkuje myśli, uspokaja, poprawia koordynację itd. `Jednym słowem- warto.
A Ty? Lubisz pisać ręcznie? Zachęcasz do tego swoje dzieci?
Na tytułowe pytanie w różnych okresach odpowiadaliśmy różnie.
Ze Starszym już chyba od wieku 4 lat korzystałam z tzw. boksów- książek z zadaniami dla dzieci w konkretnym wieku. Lubił je, a mi dawały poczucie, że nie zaniedbujemy nauki, że mimo, że nie chodzi do przedszkola, nic go w tej kwestii nie omija.
Podobnie było w klasach 1-3: korzystaliśmy z cyklu Lokomotywa( poleconego przez koleżankę- nauczycielkę, która swoje dzieci również miała w edukacji domowej).
Już wtedy jednak omijałam część materiałów, do nauki czytania i pisania. Czytać płynnie syn się nauczył przed 6 urodzinami. Dużo w domu czytaliśmy na głos i korzystaliśmy też z książeczek do metody sylabowej, tzw. szkoły krakowskiej.
Do nauki pisania wybrałam synowi inną metodę- „Nauka pisania metodą płynnego ruchu” Juliana Brudzewskiego, wyd. Harmonia. Obejmowało to podręcznik dla rodzica/nauczyciela, ćwiczenia koniczynowe, ćwiczenia ortograficzne oraz specjalne zeszyty ze zmniejszająca się liniaturą. Podobało się to mi o wiele bardziej niż metoda nauki pisania proponowana w podręcznikach. Sama dzięki tej metodzie poprawiłam swój sposób pisania. Synowi też szło nieźle, mimo pewnych problemów z napięciem mięśniowym.
Z perspektywy czasu wiem jednak, że popełniliśmy jeden poważny błąd w nauce pisania. Zbyt szybko zarzuciliśmy ćwiczenia kaligraficzne, pozwalając by pismo rozwijał syn dalej dowolnie. I z biegiem lat poszło niestety w kierunku dysgrafii.
Z Młodszą będziemy próbować innej metody nauki pisania, pani Ewy Landowskiej Elementarz do nauki pisania i czytania ułożony według metody nauki pisania. Poza elementarzem jest też przewodnik dla rodzica oraz zeszyty ćwiczeń. Zobaczymy, jak się nam to sprawdzi. Elementarz jest piękny. Metoda wydaje się logiczna i ciekawa, oparta też na doświadczeniach wielu pokoleń. Sam krój pisma jest miejscami podobny do tego z metody Brudzewskiego, jednak metoda jego wytworzenia jest inna. I nacisk kładzie się na wieloletnie ćwiczenia kaligraficzne, nawet, kiedy już dziecko ma wyrobiony własny charakter pisma.
Wracając do podręczników. Wczoraj poświęciłam kilka godzin na przyjrzenie się dostępnym opcjom dla klasy I SP. Chciałam korzystać z Lokomotywy, wyd. GWO, skoro przy Starszym nam się sprawdziła. Problem w tym, że po przejrzeniu tzw. flipbooków na stronie wydawnictwa, okazało się, że Młodsza większość materiału ma opanowanego. Materiał elementarzowy odpada, bo zaczyna już czytać( metodą sylabową się wspieraliśmy, ale później niż ze starszakiem, i aż tak bardzo nie podpasowała Młodszej). Pisanie będzie z metodą pani Landowskiej. A z matematyki trochę podstaw już opanowała dzięki elementom metody Montessori i książkom- powieściom- opowieściom matematycznym.
Summa summarum- zamówiłam jej dwa zeszyty ćwiczeń z matematyki z Lokomotywy wyd. GWO oraz łamigłówki „Dzień odkrywców” i „Teczkę artysty Plastyka” wyd. Nowa Era. Wybrałam to, bo córa domaga się zadań z książek. Jak będziemy chcieli koniecznie skorzystać z podręcznika, to zerkniemy do wyżej wspomnianego flipbooka na tablecie.
U Starszego, od 4 klasy używamy podręczników przedmiotowych, bo skoro na egzamin klasyfikacyjny obowiązuje dzieci opanowanie podstawy programowej, a w podręczniku jest rzeczona podstawa opracowana, to nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy z tego ułatwienia nie korzystać.
Minus- konieczność wożenia podręczników ze sobą w czasie podróży. Przy życiu na dwa kraje sprawdza się to tak sobie. W tym roku z nowej szkoły Starszaka dostaniemy podręczniki w formie ebooków, to sprawę trochę ułatwi. Aczkolwiek syn lubi czytać podręczniki. Po prostu. Może coś dokupimy z przedmiotów, którego go bardziej zaciekawią. (Może z czasem dodam, z jakich podręczników konkretnie korzystaliśmy, bo nie zawsze braliśmy te udostępniane przez szkołę)
Postaram się też napisać część kolejną z innymi materiałami, z których korzystaliśmy lub nadal korzystamy. Wiadomo, że każde dziecko i każda rodzina ma inne potrzeby, możliwości, style uczenia się, może jednak nasze doświadczenia również komuś się przydadzą.