Ile czasu dziennie zajmuje nam edukacja domowa z pierwszoklasistką?

Nauka pisania cyfr przy okazji pakowania paczki do zwrotu.

Takie pytanie zadał mi niedawno znajomy z Teneryfy ( od tego roku szkolnego zaczęli ED ze swoimi dziećmi 1 i 3 klasa SP). I nie byłam w stanie na nie precyzyjnie odpowiedzieć. Bo nie trwa to u nas „od-do”. Jakoś tak bardziej, jak życie i dzień niesie. Staram się po śniadaniu taki czas na wspólną pracę i naukę zorganizować, ale nie codzień się udaje.

Bo np. Młodsza jest w tej chwili zajęta lepieniem z plasteliny i nie chce przestać. A w sumie dlaczego miałaby przestawać, skoro to lepienie poprawia sprawność jej dłoni i przygotowuje je do pisania?

Czasem nauki jest też u nas wspólne, głośne czytanie. Przeze mnie dzieciom. O dziwo, nie jestem w tym zbyt dobra, nie umiem nadawać głosów bohaterom, ale dzieciaki i tak to lubią, a ja bardzo cenię sobie ten czas. Przed spaniem czytam prawie codzień Młodszej. W ciągu dnia też zdarzają się nam takie „seanse”. Staram się zgadzać, kiedy tylko Młodsza mnie o to prosi. Starszy nie jest już za bardzo zainteresowany, woli czytać sobie sam, ale czasem się dosiada.

Lektury mamy bardzo różne. Dziś była gazetka Lego Explorer i rozdział książki „Morskie bałwany” Natalii Przeździk. Wczoraj trzy książeczki z Żubrem Pompikiem( To jest hit, bo wiedza o przyrodzie sama wchodzi do głowy). W poprzednim tygodniu „Zerko czyli Trzy dni w Karlikanii” Władimira Lowszyna- fajnie opisane niektóre koncepty matematyczne.

Zaskakuje mnie często, jak dużo Młodsza wynosi z takiego czytania głośnego, albo słuchania audiobooków. W sobotę zaskoczyła mnie w Muzeum Narodowym przy obrazie pod tytułem chyba „Rycerze grający w kości”, że ona wie, co to za gra, bo słyszała w książce „Zygmuncie, i kto tu rządzi?” Grażyny Bąkiewicz z cyklu „Ale historia…”

Do tego dochodzą jeszcze wspólne zakupy, załatwianie spraw różnych, prace domowe- to też czas nauki.

I rozmowy na różne tematy i odpowiedzi na niezliczone pytania– pod warunkiem, że jestem w stanie i chcę przerwać to, co akurat robię i poświęcić należną uwagę pytaniu czy stwierdzeniu małego myśliciela, odkrywcy i naukowca w jednym.

Dlatego właśnie tak trudno mi określić, ile czasu zajmuje nam nauka z Młodszą. Nie mamy godzin lekcyjnych i dzwonków. Chociaż byłoby to czasami wygodniejsze dla mnie. Zrobić swoje, omówić tematy, wykonać ćwiczenia- dwie, trzy godziny i koniec.

Na ten moment najbliższą prawdy odpowiedzią będzie chyba- od obudzenia się do zaśnięcia– chociaż w nocy nauka też trwa, kiedy mózg przetwarza doświadczenia całego dnia 😉

Mama potrzebna! Teraz!

Już siadałam do komputera, żeby zacząć pisać artykuł na bloga na inny temat. Taki czas dla mnie na koniec dnia. Ale zawołała mnie Młodsza z płaczem.

Zasypiała, zrobiło się smutno i potrzebna była mama. Tak czasem u nas jest, chociaż to już prawie 7latka. Zwłaszcza po kilkudniowym wyjeździe, na którym śpi ze mną lub z bratem w jednym pokoju. Po powrocie trzeba się znowu przyzwyczajać do swojego łóżka i swojego pokoju. Dla takiego małego człowieka 5 dni, to kawał czasu. A jeszcze wszystkie te wrażenia i emocje nazbierane podczas takiego wyjazdu. W końcu mogą ujść. W bezpiecznym miejscu, w obecności mamy.

I nie chcę dziś stawiać na swoim, walczyć o swój czas, o to, co zaplanowałam. Chcę stracić ten czas przy łóżku córeczki. A jak zaśnie spokojnie, może będzie jeszcze czas na dłuższe pisanie? Zobaczymy.

Czas to miłość.

bł. Stefan Wyszyński

A co w niedzielę w centrum Warszawy?

Dzień dzisiejszy z wieloma wrażeniami. Część zaplanowanych wczoraj, reszta to niespodziewanki.

Około 11 trafiliśmy na koncert Arki Noego na Placu Zamkowym. Młodsza to pierwszy raz słuchała na żywo. Ze starszym chyba raz parę lat temu byliśmy. Ale tak pod samą sceną, to po raz pierwszy. Fajnie było posłuchać kolejnego pokolenia dzieciaków pod przewodnictwem dziadka „Litzy”. Ciekawe, jak ta muzyka łączy już pokolenia, również słuchaczy.

Jako że Młodsza zmarzła, to musieliśmy się wycofać spod sceny prosto do kolejnego celu, na Eucharystię w kościele św. Anny, bliziutko. Po raz pierwszy byliśmy tam- córkę urzekły malowidła sufitowe.

Kolejny punkt obowiązkowy, jeśli jesteśmy blisko Starówki- obiad w barze mlecznym;) Ulubiona pomidorówka Starszaka.

W międzyczasie dołączył do nas w końcu, po tygodniu w rozjazdach, kochany Mąż i Tata.

Jako, że pokój w kolejnym hotelu jeszcze nie gotowy, odprowadziłyśmy Starszaka do metra- kolejna samodzielna wyprawa do kolegów-a my ruszyłyśmy do Ogrodu Saskiego. Czas na zbieranie i rozpoznawanie liści idealny, aczkolwiek krótki, bo blisko był plac zabaw. Mama miała czas na rozmyślanie i pisanie, a córka na nowe znajomości i zabawę w ruchu- w końcu się rozgrzała.

Kiedy mama z kolei zmarzła, zebrałyśmy się do hotelu. Po drodze trafiłyśmy na obchody przy Grobie Nieznanego Żołnierza- nie wypadało spacerować w czasie śpiewania hymnu narodowego- przy okazji Młodsza odkryła, że zna na pamięć tylko pierwsza zwrotkę i refren. W najbliższym czasie nadrobimy resztę.

Reszta dnia to odpoczynek w hotelu. Bajki wyczekane, i inspirujące. Dzięki ciekawskiemu George’owi, córa z motylimi skrzydłami z szala- dała się jeszcze wyciągnąć ( wyleciała?) na spacer po prowiant na kolację.

W drodze powrotnej krótka lekcja łaciny

– Sursum corda- W górę serca.

Nie dać się pokonać jakimś tam smutkom, obawom czy codziennym problemom.

Pamiętać w każdej chwili o celu 🙂

Muzeum Narodowe z pierwszoklasistką- czy warto?

Dzisiaj trzeci dzień naszego wyjazdu do Warszawy. Korzystamy z atrakcji stolicy tak, by się za bardzo nie przemęczyć, bo potem łatwo o zniechęcenie dzieciaków. I by każde z nas miało na tym wyjeździe coś dla siebie.

Rano zaczęliśmy od wyprawy na Ursynów, na plac zabaw z dinozaurami, przy metrze Ursynów. To jeden z ulubionych Młodszej. Spędziliśmy tam ponad 3h. Nawet w domu, na wsi, Młodsza rzadko spędza tyle czasu bez przerwy, w ruchu, na dworze.

Park Jurajski na Ursynowie

Po placu zabaw trochę odpoczynku i przekąska w kawiarnio- księgarni „Słowo Daję”. Zdążyliśmy też odwiedzić tuż obok kościół naszej poprzedniej parafii- Wniebowstąpienia Pańskiego na Ursynowie. Mieszkaliśmy niedaleko przez ponad 3 lata. Odwiedzamy te okolice i dawnych znajomych, jak tylko mamy możliwość. Dobrze się nam tu mieszkało.

Pompik ze „Słowo Daję”- lektura w sam raz na dłuższą przejażdżkę metrem

W końcu nadszedł czas na atrakcje dla mamy- zaprosiłam Młodszą do Muzeum Narodowego. Chciałam zobaczyć wystawę „Witkacy”.

Okazało się, że w sobotnie popołudnie jest dużo zwiedzających w Muzeum. Kolejka do kasy też była spora. Kupiłam jednak, za radę pani z obsługi muzeum, bilet przez internet, co przyspieszyło wejście. Koszt to 40zł za wejście na jedną wystawę czasową i wszystkie stałe. Córa jeszcze ma wejście darmowe.

Zaczęłyśmy od wystawy wzornictwa, bo wyglądała trochę jak sklep z zabawkami.

Potem Galerię Sztuki XIX wieku zwiedziłyśmy. Cel główny – „Bitwa pod Grunwaldem” Matejki. Niedawno słuchaliśmy rodzinnie audiobooka „Ale historia…Jadwiga kontra Jagiełło” i historia bitwy była Młodszej już troszkę znana.

Droga do „Bitwy pod Grunwaldem” i z powrotem jest dość długa- ułatwiło nam ją wyszukiwanie przez córkę zwierzaków w dziełach sztuki.

Potem przyszedł czas na wystawę czasową o twórczości Witkiewicza. Duży kontrast po tylu dziełach malarstwa realistycznego. Zadaniem było znalezienie ptaka(„orła”), którego widziałysmy przy wejściu.

Część wystawy szybko ominęłyśmy( nie nadawała się dla dziecka) Resztę oglądałyśmy nadal w kluczu szukania zwierzaków.

I nadwejściowego ptaka również odnalazła.

Stanisław Ignacy Witkiewicz
Fantazja-Bajka 1921-1922

Wniosek córki z tej wystawy w porównaniu do poprzedniej- XIX wieku- „Inne, ale też ładne”. Mnie nie urzekło, zdecydowanie bardziej wolę malarstwo realistyczne- jest dla mnie nieodmiennie fascynujące, jak malarz potrafi tak wiarygodnie oddać rzeczywistość. Niemal jak na zdjęciu, choć przecież wiem, że to nie to samo, co zdjęcie. Ze względu na długi proces tworzenia obrazu, nie jest to dosłowne zapisanie jednej chwili.

Po krótkiej przerwie na przekąskę zakończyłyśmy Galerią Sztuki Średniowiecznej. Po tłumach przy Witkacym, mogłyśmy odpocząć i pokontemplować. Starałyśmy się rozpoznawać znane nam sceny biblijne czy postaci świętych. Wbrew pozorom, nie było to łatwe. Język sztuki ludzi sprzed tylu wieków, nie zawsze był łatwy do odczytania.

Wyprawa była dość męcząca, Muzeum Narodowe jest duże i trzeba się sporo nachodzić. Jednak przerwałyśmy w porę, by się nie zniechęcić. Galerie Starożytności i Faras zostawiliśmy na kolejny raz.

Starszak dzień spędził na odwiedzaniu kolegów. Każde z nas miało coś dla siebie. Dzień uważam za bardzo udany.

Wracając do pytania tytułowego- warto odwiedzić Muzeum Narodowe, z dzieckiem w każdym wieku. Grunt, to jako klucz zwiedzania wybrać coś, co dziecko interesuje. I starać się nie przemęczyć siebie i dzieci. Lepiej zostawić coś na kolejny raz, niż zniechęcić młodego człowieka do zwiedzania muzeów.

Czy mogę nauczyć swoje dziecko pisania?

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że podążając za zainteresowaniami dziecka, naprawdę wiele można je nauczyć. I gdyby nie konieczność zdawania egzaminów z podstawy programowej prawdopodobnie podryfowalibyśmy w stronę unschoolingu. Na ten moment jest to w Polsce niemożliwe. Każde dziecko zobowiązane jest do przyswojenia zagadnień zawartych w podstawie programowej dla danej klasy i danego przedmiotu.

Doświadczenie dzisiejsze- Młodsza z własnej inicjatywy wyciągnęła moje pióro i przyszła do mnie z pytaniem, jak je trzymać i jak nim pisać ( a raczej wytwarzać linie). Nie ma jeszcze dość wprawy w palcach, ale trzyma chwytem w miarę poprawnym( ja tak trzymam pisak do tej pory;)) i szuka sposobu, by szło jej łatwiej.
Później zajęła się rysowaniem, a w pewnym momencie zaczęła przepisywać słowa z ekranu komputera, na którym ze Starszakiem omawiałam jakieś sprawy. I robiąc to z własnej woli, pisała chętnie i z poczuciem sensu. Na razie to pismo drukowane, owszem. Ale zaczęła też ćwiczyć zawijaski, pętelki, piórem właśnie.

W poprzednim wpisie, o podręcznikach, wspominałam o metodach nauki pisania, jakie stosowaliśmy ze Starszym i jakie planuję stosować. Na ten moment jeszcze nie przechodzę do nauki kaligrafii metodą Landowskiej, ponieważ ręka jest jeszcze ewidentnie zbyt słaba, aby wytwarzać takie litery. Ale ćwiczy codziennie- plastelina, lego, wycinanie, rysowanie, malowanie, pomoc w kuchni, samodzielne szczotkowanie zębów czy czesanie włosów- wszystko to zwiększa sprawność i precyzję ręki, i przygotowuje ją do pisania.

Jestem przekonana, że każdy jest w stanie nauczyć swoje dziecko pisać, a raczej to dziecko jest w stanie posiąść tę umiejętność, jak każdą do tej pory. Potrzebny jest czas, odpowiednia ilość ćwiczeń różnych, a przede wszystkim poczucie celowości i sensu, że warto pisać odręcznie i pięknie, by w ten sposób przekazywać informacje, myśli czy uczucia drugiej osobie. Już nie wspominając o faktach naukowych, że odręczne notowanie wspomaga zapamiętywanie, rozwija kreatywność, porządkuje myśli, uspokaja, poprawia koordynację itd. `Jednym słowem- warto.

A Ty?
Lubisz pisać ręcznie?
Zachęcasz do tego swoje dzieci?

Podręczniki w edukacji domowej- korzystać czy nie?

Na tytułowe pytanie w różnych okresach odpowiadaliśmy różnie.

Ze Starszym już chyba od wieku 4 lat korzystałam z tzw. boksów- książek z zadaniami dla dzieci w konkretnym wieku. Lubił je, a mi dawały poczucie, że nie zaniedbujemy nauki, że mimo, że nie chodzi do przedszkola, nic go w tej kwestii nie omija.

Podobnie było w klasach 1-3: korzystaliśmy z cyklu Lokomotywa( poleconego przez koleżankę- nauczycielkę, która swoje dzieci również miała w edukacji domowej).

Już wtedy jednak omijałam część materiałów, do nauki czytania i pisania. Czytać płynnie syn się nauczył przed 6 urodzinami. Dużo w domu czytaliśmy na głos i korzystaliśmy też z książeczek do metody sylabowej, tzw. szkoły krakowskiej.

Do nauki pisania wybrałam synowi inną metodę- „Nauka pisania metodą płynnego ruchu” Juliana Brudzewskiego, wyd. Harmonia. Obejmowało to podręcznik dla rodzica/nauczyciela, ćwiczenia koniczynowe, ćwiczenia ortograficzne oraz specjalne zeszyty ze zmniejszająca się liniaturą. Podobało się to mi o wiele bardziej niż metoda nauki pisania proponowana w podręcznikach. Sama dzięki tej metodzie poprawiłam swój sposób pisania. Synowi też szło nieźle, mimo pewnych problemów z napięciem mięśniowym.

Z perspektywy czasu wiem jednak, że popełniliśmy jeden poważny błąd w nauce pisania. Zbyt szybko zarzuciliśmy ćwiczenia kaligraficzne, pozwalając by pismo rozwijał syn dalej dowolnie. I z biegiem lat poszło niestety w kierunku dysgrafii.

Z Młodszą będziemy próbować innej metody nauki pisania, pani Ewy Landowskiej Elementarz do nauki pisania i czytania ułożony według metody nauki pisania. Poza elementarzem jest też przewodnik dla rodzica oraz zeszyty ćwiczeń. Zobaczymy, jak się nam to sprawdzi. Elementarz jest piękny. Metoda wydaje się logiczna i ciekawa, oparta też na doświadczeniach wielu pokoleń. Sam krój pisma jest miejscami podobny do tego z metody Brudzewskiego, jednak metoda jego wytworzenia jest inna. I nacisk kładzie się na wieloletnie ćwiczenia kaligraficzne, nawet, kiedy już dziecko ma wyrobiony własny charakter pisma.

Wracając do podręczników. Wczoraj poświęciłam kilka godzin na przyjrzenie się dostępnym opcjom dla klasy I SP. Chciałam korzystać z Lokomotywy, wyd. GWO, skoro przy Starszym nam się sprawdziła. Problem w tym, że po przejrzeniu tzw. flipbooków na stronie wydawnictwa, okazało się, że Młodsza większość materiału ma opanowanego. Materiał elementarzowy odpada, bo zaczyna już czytać( metodą sylabową się wspieraliśmy, ale później niż ze starszakiem, i aż tak bardzo nie podpasowała Młodszej). Pisanie będzie z metodą pani Landowskiej. A z matematyki trochę podstaw już opanowała dzięki elementom metody Montessori i książkom- powieściom- opowieściom matematycznym.

Summa summarum- zamówiłam jej dwa zeszyty ćwiczeń z matematyki z Lokomotywy wyd. GWO oraz łamigłówki „Dzień odkrywców” i „Teczkę artysty Plastyka” wyd. Nowa Era. Wybrałam to, bo córa domaga się zadań z książek. Jak będziemy chcieli koniecznie skorzystać z podręcznika, to zerkniemy do wyżej wspomnianego flipbooka na tablecie.

U Starszego, od 4 klasy używamy podręczników przedmiotowych, bo skoro na egzamin klasyfikacyjny obowiązuje dzieci opanowanie podstawy programowej, a w podręczniku jest rzeczona podstawa opracowana, to nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy z tego ułatwienia nie korzystać.

Minus- konieczność wożenia podręczników ze sobą w czasie podróży. Przy życiu na dwa kraje sprawdza się to tak sobie. W tym roku z nowej szkoły Starszaka dostaniemy podręczniki w formie ebooków, to sprawę trochę ułatwi. Aczkolwiek syn lubi czytać podręczniki. Po prostu. Może coś dokupimy z przedmiotów, którego go bardziej zaciekawią. (Może z czasem dodam, z jakich podręczników konkretnie korzystaliśmy, bo nie zawsze braliśmy te udostępniane przez szkołę)

Postaram się też napisać część kolejną z innymi materiałami, z których korzystaliśmy lub nadal korzystamy. Wiadomo, że każde dziecko i każda rodzina ma inne potrzeby, możliwości, style uczenia się, może jednak nasze doświadczenia również komuś się przydadzą.

Znajdź to, co Cię karmi…

Dziś dzień z tych dość rzadko zdarzających się- wychodne dla mamy.

Dzięki zaopiekowaniu dzieci przez babcię( dziękuję, Mamo!) mogłam wyskoczyć na 3 h na pokaz kosmetyków wegańskich i „mini spa” do koleżanki.

Jeden z punktów programu-relaksik z pachnącą solą.

To był dla mnie cenny czas przebywania w gronie kobiet ( młodszych i starszych), i nowe doświadczenie zaopiekowania kosmetycznego. Dobry czas bycia razem.

Kolejne cenne doświadczenie dnia dzisiejszego: choćbym miała długą listę rzeczy do zrobienia, jak tylko trafi się okazja do jakiegoś DIY, naprawy, chwili pracy ręcznej( np z kombinerkami czy śrubokrętem); a jak jeszcze problem do rozwiązania nie jest konwencjonalny- typu wbicie gwoździa czy zawieszenie zdjęcia- wchodzę w to, jak w masło. Mogę nie jeść, nie pić, ale działam. Dziś tak miałam z uszkodzonym ukulele.

Pół roku biedne leżało w szafie, po tym, jak urwał mu się most( zimny dom i mocno naciągnięte struny).
Miałam wysłać na gwarancję.
Miałam znaleźć lutnika lub specjalistę od napraw instrumentu.
Aż dziś wpadłam na pomysł, że zrobię to sama.

Jak wyschnie, to się okaże, czy utrzyma nowe struny. Zobaczymy. Ale co poszalałam, to moje 🤣

Burza w domowej szklance wody?Wyjdźcie na spacer!

Są takie dni, kiedy tylko wyjście z domu na dłuższy spacer, jest w stanie przywrócić spokój na jakiś czas.

Do teraz zadziwia mnie, jak daliśmy radę przesiedzieć miesiąc w izolacji, z Covidem, w mieszkaniu w Warszawie, w marcu 2021, bez uszczerbku na zdrowiu i strat w ludziach;)

Z naszymi charakterkami i zaczynającymi szaleć hormonami u Starszaka, zdarzają się dni, w których w domowej szklance wody jest burza za burzą.

Niby znam już swoje ograniczenia, i wiem, że powinnam się zamknąć w łazience na klucz,
z książką w garści ( i słuchawkami wygłuszającymi na uszach),
i nie wyłazić przynajmniej przez godzinę,
ale nie mogę zostawić dzieciaków bez opieki( bo mąż na wyjeździe służbowym)…

I tak trwa to błędne koło, aż zarządzę rodzinne wyjście na spacer. W końcu dorosła jestem. Muszę podjąć konkretną decyzję i znaleźć rozwiązanie. Spacer jest zawsze dobrym pomysłem. Niezależnie od pogody. Grunt to zmienić miejsce. I przewietrzyć głowę.

Plany planami, a życie życiem

Jakoś ten dzień się mi dzisiaj trochę posypał. Aż sobie tu popiszę, żeby sprawdzić, czy naprawdę tak mi przeciekł przez palce, jak mi się wydaje, czy jednak wartość jakąś miał.

Poranek- przymrozek, piękny widok, aż wyszłam na mini spacer w szlafroku. Zobaczyłam czaplę siwą odlatującą znad stawu naszego i sarnę chodzącą po łące.

Potem okazało się, że Starszak obudził się bez apetytu i ze stanem podgorączkowym, to plany naukowe trzeba było odłożyć. Mimo to, zdołał sobie trochę powtórzyć na Busuu angielski i francuski, i wysłuchał webinaru ze Szkoły w Chmurze. Znalazł się też czas na Avengersów z tatą( podobno, jak się ogląda lub gra, to się nie czuje, że się źle czuje- coś w tym na pewno jest). Jakoś przetrwał syn ten dzień, ale widzę kolejny dowód stawania się mężczyzną- stan podgorączkowy zwala go z nóg j niemalże czyni „umierającym”. Może kiedyś jakiś fizjolog czy patofizjolog mi wyjaśni, czy i jakie to ma podłoże biologiczne u mężczyzn.

Młodszą kolejny dzień ciężko było zachęcić do codziennych ćwiczeń logopedycznych i sylabowej nauki czytania. W końcu zaproponowałam-pobawimy się w szkołę domową. Entuzjazm był, plecak został szybko spakowany i spotkałyśmy się w salonie na „lekcje”. Udało się nam zrobić kilka zadań. Potem była przerwa ( na cukierka przyniesionego w plecaku). A potem pani Nauczycielka wypadła z roli, bo trzeba było zmienić się w kucharkę i ziemniaki na obiad obrać. Uczennica była bardziej wytrwała i sama dokończyła kolejne zadanie. Logopedyczne udało się też w końcu zrobić, choć dopiero popołudniu i w nowej konwencji- każdy schodek na poddasze to była seria jednego ćwiczenia, a w nagrodę( wymyśloną przez córę) z najwyższego stopnia mógł zeskoczyć skoczek-zabawka. Tu również zaskoczyła mnie swoją wytrwałością, bo ja chciałam zaproponować 5-6 ćwiczeń, a ona chciała ćwiczyć na każdym stopniu aż do szczytu (kilkanaście ich było).

Cóż jeszcze? Kominiarza się udało przyjąć i komin wyczyścić( i piec w końcu rozpalić- ach, błogie ciepełko). I po zakupy z Młodszą do miasteczka skoczyć. I rosołu nagotować. I pastę czekoladową z nerkowców zrobić. I jeszcze kąpiel wziąć na koniec dnia.

Naprawdę źle nie było. To był bardzo wartościowy dzień. Jakby jeszcze odjąć te kilka razów zaglądania na instagrama, to czas na coś wartościowego by sie jeszcze znalazło( Np. na napisanie tego tekstu wcześniej niż o 22:45) No cóż. Daj Boże, będzie kolejny dzień, będzie szansa, żeby nad tym popracować.

Wniosek z powyższego prosty: to, że mi się wydaje, że dzień zmarnowałam, bo nie zrealizowałam większości swoich planów, zapisanych na liście „do zrobienia” wcale nie znaczy, że tak jest. Te chwile, kiedy byłam tu i teraz, miały ogromną wartość, mimo, że były inne niż plany. Były po prostu darem. Jak ten moment, kiedy chciałam sobie przeczytać artykuł z gazety na smartfonie i dopiero po chwili się zorientowałam, że Młodsza siedzi obok mnie i z zapałem opowiada, co stworzyła na iPadzie, co narysowała. Odłożyłam telefon i mogłam zobaczyć, jaka jest przejęta, jak dotyka dłonią swojego serca i pokazuje mi swoje dzieło. Jestem wdzięczna, że chciała się tym ze mną podzielić i że znalazłam w sobie dość uważności, by zrezygnować ze swojej potrzeby odpoczynku przy czytaniu i skupić się na córce.

Plan codziennego pisania i spacer po lesie

Wymyśliłam, że będę starać się tu pisać codziennie. Dla wprawienia się i nabrania płynności w pisaniu, dla poznania WordPressa, dla wdrożenia się w systematyczność, dla samozachęty do docenienia codzienności naszej edukacji domowej i tego, jak bardzo jesteśmy obdarowani. ( Coś dużo „dla” w ostatnim zdaniu, ale cóż- rodowita Podlasianka jestem;))

Dziś dzień słodko- gorzki. Trudno mi dać sobie i dzieciom czas na wdrożenie się w systematyczną naukę. Jakieś ciśnienie sama na sobie czuję i na dzieci je przenoszę. Można się domyślić, do czego to prowadzi w kontakcie z nastolatkiem i nie znoszącą nacisków siedmiolatką. A czasem wystarczy przeczekać. Wsłuchać się w potrzeby swoje i dzieci. Zupełnie inaczej reagują, jak w spokojnej chwili przedstawi się im problem. Same błyskawicznie znajdują i proponują rozwiązanie. Zobaczymy, jak z realizacją.

Dziś konieczność kontroli u ortoptyka zawiodła nas do Suwałk. Wracając zatrzymaliśmy się w Krzywym, gdzie jest ścieżka edukacyjna LAS i ścieżki przy Sucharach, tajemniczych leśnych jeziorkach w Wigierskim Parku Narodowym. Ostatni raz, o dziwo, byliśmy tam późną wiosną, jeszcze śnieg miejscami leżał od drzewami.

Propozycja spaceru, nie była jakoś ze szczególnym zachwytem przez Starszaka przyjęta, ale jakoś udało się razem wybrać. Pogoda jest jeszcze piękna na Suwalszczyźnie i temperatura w dzień przyjemna, to skorzystaliśmy.

Ścieżka LAS w Krzywym

Po spacerze ścieżką LAS wylądowaliśmy na pomoście na jeziorze Krzywe. Porobiliśmy trochę łódek z liści i patyczków, wygrzewając się na słońcu i sycąc pięknymi widokami. Nie obyło się oczywiście bez drobnych kłótni o to, kto, co i jak, i po co. Ale mimo wszystko był to dobry czas.

Jezioro Krzywe

Z nad jeziora ruszyliśmy jeszcze nad Suchary. To bardzo przyjemna i krótka ścieżka. Z kolejnymi pięknymi widokami. I zwalonymi drzewami, na które koniecznie trzeba wleźć, ryzykując kąpiel w Sucharze. Widzieliśmy wiewiórki, i ważki, i kilka ptaków, ale nie udało się ich rozpoznać- w ostrym słońcu były jak czarne plamki. Jeden zaskoczył and swoim lotem. Przypominającym w sumie lot trzmiela. Małe, korpulentne ciałko, dość wolno przemieszczające się, ale skrzydłami machał tak szybko, że były niewidoczne.

Przy Sucharze

Udało nam się przejść trasę w całkiem dobrych humorach, mimo początkowej niechęci, głównie dzięki temu, że ja trochę spuściłam z siebie napięcia i pozwoliłam sobie i dzieciom na wygłupy i zabawę.