Książki i czasopisma czytane na głos w tygodniu 2-8.10

Morskie bałwany. Natalia Przeździk.
Podróż się zakończyła. Przeczytaliśmy ostatnie cztery rozdziały, wspominając też naszą zeszłoroczną wizytę na zamku w Malborku.
Zdecydowanie książki pani Natalii Przeździk są warte polecenia. Nas wciągnęły. Związaliśmy się z bohaterami. Są czasem dla nas, jak dalsza rodzina czy przyjaciele. Czekamy już, żeby zacząć kolejną część,”Na końcu świata”.
Ale to już na Maderze ( To w sumie też taki „koniec świata”).
Walizki mamy wypchane książkami. Chociaż na pewno nie wystarczy nam lektur na cały pobyt. Będę tęsknić za naszą domową biblioteczką. Wspierać się będziemy audiobookami i ebookami.

Zerko czyli trzy dni w Karlikanii. Władimir Lowszyn.
Rozdział Kosmos w domu zachęcił nas do poszukiwania aktualnych wiadomości o Układzie Słonecznym. Bo ile w końcu jest tych planet? 9- jak w książce o nauce, którą mamy? Czy 8- jak w piosence NutkoSfery Cezika? I co z tym Plutonem? Wydanie Zerka, które czytamy jest z 1991r., a stan wiedzy naukowej nie jest jeden i niezmienny raz na zawsze. Pojawiają się nowe wyliczenia i fakty, dlatego warto zadawać sobie pytania i szukać na nie odpowiedzi.
Doczytaliśmy całą książkę do końca, żeby nie zostawiać tylu zaczętych książek w Polsce. Na wyjazd zabieramy starą książkę o geometrii z ilustracjami Bohdana Butenki.

Gang Bystrzaków, oszczędzanie to nasza misja, Paulina Piątkowska
Zdążyliśmy jeszcze zacząć powyższą książeczkę , którą Młodsza dostała od babci. Przeczytaliśmy rozdział o piesku ( którego bardzo chciała i też dostała).
Wrażenia? Hmm… Poprzednie książeczki „biedronkowe” były lepiej napisane.
I ta tematyka. Rozumiem, że dotyka czasu obecnego kryzysu, wzrostu cen i ma zachęcać do oszczędzania. Ale ta postać Biedronki ratującej bohaterów w różnych sytuacjach… Nie wiem, czy można to było lepiej napisać i zrobić. Dla mnie ta nachalność jest trudna do przełknięcia. Mimo, że sama jestem klientem tej sieci sklepów.

Dziś tylko tyle książek. To był tydzień domykania różnych spraw przed wyjazdem na Maderę. Kilka spotkań z rodziną i przyjaciółmi. Czytanie trochę odstawione na boczny tor. Choć Młodsza wczoraj na nocowanku u babci, czytała z nią różne książki.

A jakie książki u Ciebie, drogi Czytelniku, pojawiły się w tym tygodniu?
Polecenie (lub przestrogę) zostaw w komentarzu.

Jak spakować rodzinę na dłuższy pobyt za granicą?

Dłuższych, przynajmniej miesięcznych, wyjazdów już za nami kilka. Prawie wszystkie związane z lotem samolotem, a co za tym idzie również z ograniczeniami wagowymi bagażu.

Kiedy jeszcze druga pociecha była mała, korzystałam z listy rzeczy do spakowania. Miałam ją przygotowaną w Evernote. Szykując się do wyjazdu aktualizowałam ją i kompletowałam rzeczy, żeby nic nie pominąć, skrupulatnie odznaczając każdą włożoną do walizki.

Teraz, nauczona doświadczeniem kilku lat ( i sugestiami męża), wychodzę z założenia, że jak czegoś zapomnę, to dokupię na miejscu. W końcu nie wyjeżdżamy w dzicz, tylko do europejskiego kraju. Autonomiczny Region Madery daje możliwość kupienia prawie wszystkiego, co dla nas potrzebne.

Mimo tego wiozę ze sobą zwykle trochę rzeczy, które są mi potrzebne, a na miejscu nie mogę ich dostać. Są to zwykle kosmetyki ulubione (moje ulubione Purite), olejki eteryczne, jako część apteczki oraz wybrane przyprawy kuchenne.

Uwzględniam tym razem to, że po raz pierwszy lecimy już do siebie, do własnego mieszkania i trochę rzeczy swoich tam już zostawiliśmy.

Mieliśmy plan latać tylko z małym bagażem podręcznym po kupnie mieszkania na Maderze. Żeby prawie nic nie przewozić ze sobą. Jednak okazało się, że nasz Nastolatek i Młodsza, tak szybko rosną, że ciuchy i buty, które teraz bym zostawiła w Polsce, po powrocie wiosną byłyby już za małe. Więc lecą z nami. A wiosną w Polsce kupimy większe. Ja też mam swoje ulubione ciuchy, z którymi nie chcę się rozstawać.

Z edukacji domowej wynika procentowy udział książek w naszych walizkach- wagowo wychodzi z 30-40%. Jeszcze nie sprawdzaliśmy kupowania przez internet książek z Polski na Maderę. Jest to możliwe oczywiście, tylko czasochłonne, a na portugalsko-języczną literaturę nie jesteśmy jeszcze gotowi. I nie chcę też dublować całej biblioteczki, którą latami kompletowałam. To co nam teraz potrzebne, wyciągam z półek i wciskam w walizy, ile wlezie. Jak trzeba, to dociskam kolanem, zostawiam na noc, a kolejnego dnia dokładam coś jeszcze.

Mimo dużego doświadczenia w pakowaniu, te ostatnie dni przed wyjazdem, to dla mnie trudny czas. W każdym pomieszczeniu piętrzą się stosiki rzeczy do spakowania. A do mnie należy staranne i umiejętne spakowanie tych wszystkich dobroci w niewielkie walizki. To takie moje Tetris level hard. Tym razem bierzemy ze sobą jedną średnią walizkę i trzy małe jako bagaż rejestrowany, oraz mini walizkę ze sprzętem elektronicznym i jedną zmianą ubrań dla mnie i dzieci, jako bagaż podręczny ( plus plecaki dzieci, które one pakują sobie).

Tylko raz leciałam bez zmiany ubrań w podręcznym bagażu. W czerwcu tego roku. Z Madery. I właśnie ten jeden raz bagaż rejestrowany nam zaginął, a ja skończyłam samotną podróż z dwójką dzieci i opóźnionymi lotami, kupując po 21ej w Złotych Tarasach synowi ciuchy na zmianę.
Kolejnego dnia ok 10:00 miał egzaminy końcowe z polskiego i matematyki w Grodzisku Mazowieckim.
Dobrze, że Młodsza została wtedy u znajomych na noc i tam pożyczyła ciuszki od koleżanki( dzięki, Aga i Lila:))

O, nie! Właśnie sobie uświadomiłam, że nie uwzględniłam w walizkach miejsca na Ptasie Mleczko! Jutro dokupię i sprawdzę, czy się zmieści. Tylu osobom na Maderze obiecaliśmy przywieźć ( pani w portugalskim banku, panu z salonu samochodowego, sąsiadom…) W najgorszym wypadku kupię na Okęciu i będę się z tym tłuc w czasie przesiadki w Lizbonie. Albo dodatkową walizkę dopakuję- ciekawe, czy się zmieści w bagażniku na dojazd do Warszawy?

A jakie są Twoje patenty na pakowanie rodziny na dłuższy wyjazd? Wolisz minimalistycznie czy ledwo mieścisz się w limicie bagażu?

10 rzeczy, które zaskoczyły mieszczucha po przeprowadzce ze stolicy na podlaską wieś.

Wiosenny zachód nad łakami

Poniżej subiektywna lista po 1,5 roku życia na wsi:

  1. Ilość pracy przy utrzymaniu domu. Starego domu i wielkiego terenu. Musieliśmy znaleźć osoby do pomocy. I w domu, i w terenie.
  2. Trawa, liście, mycie okien (jak często można myć 12 okien?!), warzywniak ciągle zarastający zielskiem i w upały domagający się wody. Choć fajnie mieć swoje. warzywa i owoce.
  3. Muchy i różne inne owady i zwierzątka lubiące zasiedlać stare, drewniane domy. Zaskroniec pod szalunkiem czy w garażu? Żabka pod prysznicem czy w zlewie? Proszę bardzo!
    O mrówkach już nie wspominam, bo w mieście w mieszkaniu na parterze też się nam zdarzały naloty. Ale tu mamy przegląd różnych gatunków i rozmiarów. Szczególnie upodobały sobie sypialnie córki. Na szczęście gatunek nie gryzący.
  4. Myszy! Z końcem lata pragnące skolonizować nasz dom. A zakamarków jest mnóstwo. Już sama czasem nie wiem, gdzie trutki wykładać. Zaczynam się czuć chwilami, jak Popiel.
  5. Ogrzewanie- samemu trzeba się zatroszczyć o ciepłą wodę i miłą temperaturę w domu. Jak nie napalisz, to nie masz. Zwłaszcza przy starym piecu, który ( na szczęście?) zepsuł się po miesiącu od przeprowadzki. Wymiana na nowy- koszt ogromny- ale przez jedną zimę mieliśmy wygodę z paleniem. Tylko dwa razy w tygodniu trzeba było napełnić zbiornik pelletem ( pięknie pachnącym, czysto sosnowym). W tym roku już trochę gorzej- cena tony pelletu 3x wyższa niż w tamtym roku (prawie 3000 za tonę). W mieście chyba nigdy aż takiej podwyżki cen nie doświadczyliśmy. Dobrze, że na zimę wyprowadzamy się do ciepłego kraju. Dom pusty będziemy ogrzewać tylko do max 15*. Stary jest i nie docieplony, przy niższej temperaturze rury mogą nam zamarznąć. Mam nadzieję, że 2 tony nam wystarczą- jedną mieliśmy z tamtego roku, drugą dokupimy. W lutym dopiero, bo dopiero na luty dostaliśmy wolny termin z firmy robiącej certyfikowany pellet ( ten pięknie pachnący;)). 5 miesięcy oczekiwania! Powtórzę- nawet dobrze, że wyjeżdżamy.
  6. Odpady- nie dość, że trzeba je posegregować, to jeszcze mieć miejsce do składowania (a to lubią znowu myszki, i czasem szczury- trutka to towar pierwszej potrzeby na wiosce). Segregowane odpady odbierane są raz w miesiącu. Zmieszane w ciepłe miesiące co 2 tygodnie. A mieszczuchy (tzn. my) przyzwyczajeni do wygody i codziennego odbioru odpadów, za bardzo ich ilości ograniczyć nie umiemy. Aha. Worki trzeba wystawić w wyznaczonym dniu odbioru najpóźniej do godziny 6:00 rano, bo mogą nie zabrać. Zdarzyło się wstawać o 5:30, bo wieczorem dnia poprzedniego się zapomniało i było już zbyt ciemno.
  7. Jeszcze mniej ciekawe niż odpady- ścieki. Też o tę kwestię trzeba się zatroszczyć. Stara oczyszczalnia, działała fatalnie, musieliśmy wybudować nowy zbiornik szamba szczelnego dalej od domu. I co? I to, że zbiornik ten nie mówi, na ile jest zapełniony.
    I jak mąż spacerując w sobotnie popołudnie odkrywa wyciek z rzeczonego zbiornika, a obdzwonione firmy mogą przyjechać dopiero w poniedziałek rano, to kończy się niedzielą prawie bez mycia( się) i spuszczaniem wody tylko po nr.2. Na szczęście w miarę ciepło, to przynajmniej osobnicy męscy mogli korzystać z natury w celu wiadomo jakim. I wiadomo- każde przyjechanie specjalnego wozu- 350zł.
  8. Opłaty. Po samej przeprowadzce wydawało mi się, że koszty będziemy mieli prawie żadne, w porównaniu z czynszem za wynajmowane w Warszawie mieszkanie- 3000zł/mc plus opłaty. Ale jak tak byśmy podsumowali, to chyba wyszło by nam drożej na wiosce. Zwłaszcza uwzględniając koszty jakie musieliśmy ponieść na piec, szambo, niewielki remont na początek. O większych kosztach z burzenia budynków po-gospodarczych nie wspominając już.
  9. Nie możemy po prostu zamknąć domu na 4 spusty i sobie wyjechać na 2 tygodnie czy miesiąc. Ktoś musi doglądać z 2 razy w tygodniu. Przynajmniej by piec doładować i myszy przegonić.
  10. Śnieg. Może zasypać drogę i na kilka dni nawet uniemożliwić możliwość wyjazdu. Nam się nie zdarzyło jeszcze. Ale rodzicom mieszkającym w tym domu wcześniej już tak. Dobrze jest mieć trochę zapasu jedzenia i środków higienicznych zimą.

Mieszkanie na wsi jest wspaniałe.
Ta przestrzeń, cisza, spokój, przyroda.
Minusy jednak i utrudnienia swoje też ma.
Dobrze o nich wiedzieć, zanim się podejmie decyzję o wyprowadzce z miasta.

Dlaczego zdecydowaliśmy się na edukację domową naszych dzieci?

Szybko czy powoli…ważne, że do celu.

Cofnijmy się do roku 2014.
Obowiązek przedszkolny (zerówka) dotyczył wtedy dzieci urodzonych w 2009.
Nasz pierworodny w momencie rozpoczęcia roku szkolnego nie miałby ukończonych jeszcze 5 lat. I ze względu na pewne trudności i brak gotowości do nauki w szkolnej ławce, naszym zdaniem ( a zdanie rodziców najważniejsze- nikt nie zna Waszego dziecka tak, jak Wy), nie powinien był iść wtedy do zerówki.
Z przedszkola wcześniej też nie korzystaliśmy. Trochę ze względów finansowych (ceny przedszkoli prywatnych w Warszawie powalały), trochę ze względu na zmiany miejsca zamieszkania (Warszawa->Toskania->Suwalszczyzna->Warszawa), trochę ze względu na podróże.

Szukaliśmy różnych opcji, jak to pójście do szkoły odroczyć, ale też grupy dzieciaków do bardziej regularnych spotkań. Dotychczasowy krąg znajomych, to były rodziny posyłające swoje dzieciaki do placówek, więc czas na spotkanie był tylko popołudniami, i to nie za często, bo zajęcia dodatkowe itd.

Jakimś „cudem” trafiliśmy na osoby zainteresowane edukacją domową z różnych powodów. Dla nas to był nowy temat.
Spotykaliśmy się przy przedszkolu „Owieczka.Asia” na Kabatach, której właściciel chciał dać rodzicom możliwości prowadzenia edukacji domowej własnych dzieci.
Jedną z osób tam przychodzących była Angelika, która znała temat edukacji domowej z gruntu amerykańskiego (jej mąż pochodzi z USA).
Dzięki działaniu i znajomościom Angeliki ostatecznie znaleźliśmy jednak swoje miejsce pod skrzydłami Chrześcijańskiej Szkoły i Przedszkola Daniel, dla której współpraca z rodzicami w ramach edukacji domowej też była nowością.

Coś, co miało być dla nas możliwością na przetrzymanie syna „w domu” przez rok, żeby miał szansę się rozwinąć i nabrać gotowości szkolnej, zmieniło się w styl życia i trwa już wiele lat. W sumie już 9 rok.

W międzyczasie były wzloty i upadki. Poznawaliśmy oprócz plusów, również minusy tej formy edukacji. Bywały chwile, gdy byliśmy gotowi z jednym dniem wysłać Pierworodnego do szkoły ( najlepiej z internatem;)).
Jednak wolność od systemu edukacji, jakiej doświadczyliśmy, sprawiła, że przygodę z ED kontynuujemy też z drugą pociechą.

Tak jednym zdaniem, to bym określiła edukację domową (formalnie „spełnianie przez dziecko obowiązku szkolnego poza szkołą”) jako wolność i odpowiedzialność.

Edukacja domowa to wolność i odpowiedzialność.

Młodsza pociecha, nasza aktualna pierwszoklasistka, bez problemu odnalazłaby się w systemie edukacji. Ma ku temu predyspozycje albo raczej brak jakichkolwiek przeciwwskazań. Dobrze odnajduje się w grupie. Od małego lubiła pozostawać pod opieką obcych osób.
Tym razem wybór edukacji domowej dla niej jest podyktowany naszym rodzinnym stylem życia.
Chcemy móc wyjeżdżać, kiedy i gdzie chcemy, a nie czekać na ferie czy wakacje, albo nadrabiać materiał, wyjeżdżając w roku szkolnym.
Nie chcemy być przywiązani do jednego miejsca szkołą.
Mamy dom na Suwalszczyźnie i mieszkanie na Maderze i chcemy przemieszczać się między nimi, kiedy i jak nam pasuje.

A że wiemy już, że jesteśmy w stanie zapewnić naszym dzieciom warunki do rozwoju i nauki, to nic nas nie powstrzymuje.
Znamy realia edukacji domowej w Polsce.
Wiemy, jak spełnić jej wymogi formalne obowiązujące w kraju.
Znamy szkoły przyjazne edukacji domowej. Już 4 sprawdziliśmy na sobie ( dwie od tego roku).
Wiemy też, że nie jest to opcja dla każdego.
Każda rodzina sama musi zbadać swoje „za” i „przeciw”, jeśli poważnie myśli o ED.
Niemalże ile rodzin, tyle powodów podjęcia się trudu edukacji domowej własnych pociech.

Jeśli rozważasz edukację domową w swojej rodzinie, daj znać w komentarzu, jakie jest Twoje największe ZA?

Książki i czasopisma czytane na głos w tygodniu 25.09-1.10

Dzikie opowieści. Aneta Chmielińska
Przeczytaliśmy rozdziały o grzybach, drzewach, wodzie i powietrzu . Mnóstwo nowych dla nas ciekawostek, choć przyrodą interesujemy się dość mocno. My- bo nie tylko Młodsza, ale i ja bardzo lubię oglądać i poznawać świat i jego mieszkańców.

Ptaki Polski, A.Kruszewicz
Poczytaliśmy o Dzięciole zielonym, po tym, jak Młodsza wypatrzyła takiego na dębie przy naszym domu. Podglądaliśmy też inne ptaki. Są fascynujące i piękne.

Morskie bałwany, Natalia Przeździk
Nadal podróżujemy z sympatyczną rodzinką nad Bałtykiem. Czekamy na kolejną część. Ale zachowamy ją sobie już na pobyt na Maderze, który już bardzo niedługo ( stresik).

Zerko czyli trzy dni w Karlikanii, Władimir Lowszyn
Tym razem przeczytaliśmy rozdział Podziemny ułamkowiec o ułamkach okresowych..

O chłopcu, który spotkał anioła. Ewangeliczne przygody Daniela. Karolina Garlej- Zgorzelska.
Po dłuższej przerwie wróciliśmy do tej książki. Jakoś zagubiła się nam w koszyku z książkami. A jest bardzo wartościowa. Konkretne życiowe problemy odnosi do Słowa Bożego.

ETNOGADKI. Opowiastki o dawnych zwyczajach i obrzędach, M. Michaluk, W.Przewoźny, M. Stachowiak.
Książka ta towarzyszy nam przez cały rok. Przeczytaliśmy ostatnio o jesiennej równonocy i jesiennych pracach na wsi. Dowiedzieliśmy się, skąd nazwa miesiąca październik, co to wysłanej oraz darcie pierza. Opowieści i ilustracje są ciekawe i ładne. Do tego wpadające w ucho rymowanki i towarzyszące przez cały rok kociaki na kolejnych ilustracjach, za każdym razem przyciągające oko Młodszej.

To tyle u nas w tym tygodniu. O komiksach z Kaczorem Donaldem już nie wspominam.

A co Ty przeczytasz dzieciom w nadchodzącym tygodniu?

Podziel się w komentarzu 🙂

Warto być członkiem Koła Gospodyń!

Za mną pierwsze poprowadzone przeze mnie warsztaty z szydełkowania.

Miałam okazję podzielić się ze wspaniałymi kobietami w różnym wieku tym, co lubię robić w wolnych chwilach.

To było niesamowite, oglądać, jak początkowe trudności kończą się własnym dziełem. Rękodziełem.

Dziewczyny były wytrwałe, zainteresowane nabyciem nowej umiejętności, nabierające pewności siebie i na koniec zadowolone ze swojej pracy.

Dobry czas bycia razem i wspólnej pracy. Taki częsty jeszcze z 40- 50 lat temu, może mniej. Te wspólne wieczory jesienne i zimowe, kiedy spotykano się po domach wieczorami by wspólnie pracować, śpiewać i rozmawiać, czy słuchać opowieści.

Zdecydowanie warto do tego wracać.( Pisze to nadwrażliwa introwertyczka, która najlepiej czuje się sam na sam z książką w jakimś przytulnym kąciku. Jeśli ja mogłam się ruszyć, to Ty, Drogi Czytelniku/ Droga Czytelniczko, również możesz:)) Rozrywka w samotności czy w ograniczeniu tylko do własnej rodziny, moim zdaniem, szkodzą nam, jako społeczności.

Bo kiedy się w końcu spotkamy i zrobimy coś razem, to mimo różnic, okazuje się, jak wiele nas łączy. Nawet, a może przede wszystkim , te proste codzienne sprawy- gotowanie, prowadzenie domu, wychowywanie dzieci, zaspokajanie potrzeb podstawowych.

To ogromne ubogacenie, które mnie spotkało po przeprowadzce z Warszawy na wieś. Oczywiście tu też nie wszyscy chcą wyjść do drugiego. Niektórzy, tak jak i w mieście, tkwią w swoich domach. Ale jest trochę osób, którym się chce i bardzo cieszę się, że mogłam je poznać i dołączyć do Koła Gospodyń Wiejskich „Marycha”.

A jak u Ciebie? Jakie masz pomysły na wspólne działanie z innymi ludźmi? Czy korzystasz z jakiejś formy bycia i działania razem?

Granice wolności i siły twórcze

Wszystkie swoje siły twórcze wykorzystałam dziś na zachęcanie dzieci do współpracy. To był jeden z tych dni, kiedy wszystko chciały po swojemu. A jako rodzic mam jednak pewne obowiązki wobec nich i kwestie do zaopiekowania, które w danym momencie kłócą się z ich wolnością. Bywało trudno. Bywało burzliwie, nawet bardzo. Jednak jakoś dotrwaliśmy do wieczora w całości, dzięki Bogu!

Ostatkiem sił zrobiłam jeszcze PDF z tutorialem na taki oto szydełkowy koszyczek, na warsztaty, jakie mam przeprowadzić jutro dla koleżanek z Koła Gospodyń Wiejskich. Chyba pierwszy raz w życiu będę coś takiego prowadzić. Bo nie liczę warsztatów z zakresu pierwszej pomocy czy samobadania piersi prowadzonych w czasach nauki w Medyku. To było w innym życiu. Przeddzieciowym 😉

Koszyczek ze sznurka bawełnianego

Niedzielne rozmyślania

Ostatnio dużo się u nas dzieje i tak jakoś czuję, że czas mnie goni( albo ja gonię czas, już sama nie wiem). Za 15 dni lecimy na Maderę, a jeszcze parę spraw do dopięcia na Suwalszczyźnie zostało.

Pomaga mi skupienie się na dniu dzisiejszym. Na tym, co teraz do zrobienia. Jak czytam dzieciom, to czytam i nie zerkam w ekran smartfona. Jak się przytulam z córą, to całą sobą. Jak widzę coś pięknego, to oglądam jak najdokładniej.

Tu i teraz

to moje hasło na rok 2022

Nie zawsze mi się to jednak. udaje. Zdarzają się chwile zamartwiania tym, co może być (ale nie musi). Zdarza się  przewijanie postów na Instagramie. Zdarza się zbyt długie planowanie i rozważanie różnych opcji, zamiast działania. Zdarza się skupianie na tym, co pilne i żądające mojej uwagi i czasu, choć wcale nie jest to ważne.

Dziś pomogło mi nabrać dystansu do pędzącego czasu przejrzenie zdjęć z ostatnich dni. Wiele pięknych chwili za nami🥰. A są za nami, wydarzyły się, bo dokonałam wyboru, żeby z planów stały się rzeczywistością, ale też dlatego, że pozwoliłam sobie na zatrzymanie się i zobaczenie ( i uwiecznienie) tych cudów i niespodzianek w codzienności.
Częścią się tutaj podzielę.

Wczoraj do ciebie nie należy.
Jutro niepewne.
Tylko dziś jest twoje.

św. Jan paweł II

Jakie jest Twoje dziś?

Co możesz zrobić, żeby spoglądając na to „dziś” jutro, odczuwać wdzięczność?

Najlepszego „tu i teraz”!

Książki i czasopisma czytane u nas na głos w tygodniu 18-24.09.2022

Poniżej nasze lektury czytane na głos z ostatniego tygodnia, wybrane przez Młodszą lub zaproponowane przeze mnie. Może coś Cię zainspiruje?

Pompik Żubr. Wyprawy. Kryjówka Rysia; Nieśmiała salamandra. Tomasz Samojlik

Pompik Żubr. Odkrycia. Kropla wody. Tomasz Samojlik

Obie serie bardzo fajne. Młodsza bardzo lubi i chłonie z nich wiedzę, która dawkowana jest w sam raz i nie przytłacza. Charakterystyczne ilustracje Tomasza Samojlika są dodatkowym plusem.
Pamiętam, jak szukałam Starszakowi komiksów do samodzielnego czytania, gdy miał ok 7 lat. Sprzedawca w sklepie z komiksami polecił nam „Ryjówkę przeznaczenia” Samojlika właśnie. Po pierwszym przeglądnięciu nie zgodziłam się na jej kupno, bo ilustracje wydały mi się dziwne ( sic!).
Ale to było lata temu. W tej chwili mamy na półkach w domu chyba wszystkie komiksowe publikacje pana Samojlika, te pisane z panem Wajrakiem również.
Białowieża to nasz drugi… a nie, jednak trzeci…dom, choć bywamy tam tylko kilka dni raz do roku. Oswoiliśmy ilustracje, Starszak był na kilku spotkaniach autorskich, teraz komiksy pana Tomasza to dla nas prawie rodzina 🙂

Morskie bałwany. Natalia Przeździk

Poznaliśmy w tym roku. To druga książka z serii Niebieski dom. Bardzo chętnie słuchana przez Młodszą. Idziemy sobie powolutku, rozdział po rozdziale poznając przygody rodzinki z piątką uroczych dzieci, a przy okazji ciekawe zakątki Polski.

Teoria względności i jej tajemnice. S. Kaid-Salah Ferrón, E. Altarriba

Sama dowiaduję się wiele z tej książki. Przekaz jest skierowany do dzieci, ale nie jest to infantylne. Naprawdę budzi zainteresowanie światem i szeroko pojętą nauką.

Lego Explorer Roboty– czasopismo- dla fanki klocków i robotów.

Kraina zwierząt– czasopismo- Człekokształtne- zainteresowanie zwierzakami nie słabnie wcale. A szczególnie kotami, bo gazetka została zakupiona przez Młodszą za własne oszczędności, ze względu na dodatek- kotki w kontenerku do zabawy.

Wierszyki 2- latka– wspominanie rymowanek 🙂 Córa twierdzi, że nigdy tej książki nie czytała, choć strony są posklejane taśmą, porysowane i miejscami oznaczone jedzeniem. Cóż- jaki był wiek czytelnika, takie i tego skutki dla książki.

Komiksy Kaczor Donald Gigant i Crafter– gazetki o grze Minecraft. Młodsza zaczęła się interesować półkami pełnymi komiksów i czasopism w pokoju starszego brata, stąd takie lektury, a nie inne 🙂

A jakie u Was lektury ostatnio? Podziel się w komentarzu.

Czy są jakieś trudności w edukacji domowej 7-klasisty?

Wieczorne mgły nad łąkami

A czy są w nauce szkolnej ucznia klasy VII szkoły stacjonarnej? Pewnie, że są.

Siódma klasa podstawówki to już taki moment, gdzie powinniśmy zbierać owoce pracy lat poprzednich w edukacji domowej. I po części tak jest. Zbieramy owoce, chociaż nie wszystkie są takie, jakich byśmy chcieli. Jest to związane też z wchodzeniem naszego Starszaka w wiek dojrzewania, nie tylko ze stricte edukacją domową.

Problem najbardziej aktualny na naszej domowej wokandzie to kwestia wolności, (gdzie się zaczyna, gdzie kończy) i odpowiedzialności (i dziecka za własny rozwój i naukę, i nas rodziców za jego edukację).

Nakłada się na to trochę mój problem, jeszcze nie do końca rozpracowany, ale ważne, że już uświadomiony.
Osobiście świetnie się wpasowałam w system edukacji jako uczeń. Nauka przychodziła mi łatwo. Lubiłam podręczniki. Miałam bardzo dobre oceny z większości przedmiotów. Odrabiałam prace domowe. Chyba jedyne, co mi sprawiało trudność, to zabieranie głosu na forum klasy, trochę relacje rówieśnicze ( realia małego miasteczka- prawie ta sama grupa równolatków przez 8 lat szkoły podstawowej, a potem jeszcze przez 4 lata liceum, każdego dnia, oprócz weekendów, ferii i wakacji- ciągle te same osoby przez kilka godzin dziennie w jednym pomieszczeniu- miało to minusy, plusy może jakieś też, tylko nie wiem, czy dla samych dzieci), no i WF( niecierpiałam, migałam się jak mogłam- ach, te zwolnienia z biegania na Wfie „dzięki”skoliozie:)) Z powyższego wynikają moje oczekiwania, co do sposobu i przejawów nauki i uczenia się naszych dzieci.

Wracając do tematu wolności. Jest 3 tydzień września. W tym roku Starszak ma do zdania chyba z 11 egzaminów, w tym nowy język( wybrał francuski! Ulala! a mama go wcale nie zna i nie jest w stanie ani pomóc osobiście, ani nawet skontrolować wiedzy), i nowe przedmioty, fizyka i chemia. Mama ma już lekki stresik, jak to wszystko ogarnąć, a tu młody człowiek ma inne pomysły na spędzanie czasu, jak bicie rekordu w jak najdłuższym spaniu rano, czytanie komiksów po nocach i w każdej wolnej i nie wolnej chwili dnia, granie w gry, oglądanie filmów o grach, rysowanie postaci z gier i tworzenie gier na komputerze 😉 (o regularnych kłótniach z siostrą jako stałym elemencie dnia nie wspominając- cóż, chyba większość czytelników, posiadająca rodzeństwo, ma takie doświadczenia- ja mam)…

Mamowy stresik zmienia się stopniowo (lub nader gwałtownie) w polecenia, nakazy i zakazy, i już atmosfera sprzyjająca nauce zmienia się w sprzyjającą zdecydowanie mniej. A młody prosi, i żąda, że chce sam i po swojemu.

Do tej pory egzaminy końcowe zdawał. A mamy umowę, że egzamin ma być zdany, nieważne na jaką ocenę. Bo niezdane egzaminy skomplikowałyby nam sytuację- w obecnej chwili nie wchodzi w grę w ogóle przejście syna do szkoły stacjonarnej (konieczne przy dwóch niezdanych egzaminach końcowo-rocznych). Koliduje to z naszym rodzinnym planem życia na dwa kraje- w uproszczeniu: lato w Polsce, zima na ciepłej wyspie.

W tym roku pewnie w końcu też się wdroży w naukę, ale ten czas przejściowy między wakacjami ( długimi u nas), a intensywniejszą nauką i przygotowaniem do egzaminów jest trudny. `Bo ja bym chciała już, teraz i w tej chwili, widzieć efekty w postaci przeczytanych podręczników, napisanych prac, przeczytanych lektur, wykonanych zadań na platformie szkolnej i zrobionych projektów.

A młody człowiek potrzebuje czasu i przestrzeni na wzięcie odpowiedzialności za siebie.