Czytane na głos w tygodniu 13-19.11

Ostatni tydzień to czas trochę spokojniejszego życia, pod znakiem codziennej pracy, dalszego doposażania mieszkania, z dodatkiem nauki, ograniczonej trochę przeziębieniem Starszaka.

Czas na wspólne czytanie książek z Młodszą był.

Starszak samodzielnie umilał sobie czas chorowania czytaniem książek różnorakich.
Dobrze, że są czytniki książek, bo bym mu ilościowo nie nastarczyła polskojęzycznej literatury.
Książek w języku angielskim trochę dokupiliśmy, ale to za mało, jak na jego potrzeby.
Swoją drogą, podziwiam, że w tym wieku już nie robi mu różnicy, czy czyta po polsku, czy po angielsku.
Ja za czytanie literatury angielskiej w oryginale zabrałam się dopiero, kiedy oczekiwaliśmy na pierworodnego. A też uczyłam się angielskiego od zerówki. Mniej było chyba po prostu wystawienia na ten język w codzienności. A teraz: gry online po angielsku, komunikacja w różnych mediach po angielsku, filmy i artykuły w internecie na interesujące tematy po angielsku, do tego jeszcze podróże… i to oswojenie z językiem obcym jest szybsze.

Wracając do naszych lektur z tego tygodnia.

Niepojęty. 100 opowiadań o Bogu i nauce. Louie Giglio

Wróciliśmy po przerwie do tej książki. W każdym rozdziale autor wychodząc od krótkiego wersetu z Pisma Świętego przechodzi do opowieści o ciekawych faktach naukowych ze świata przyrody, astronomii, biologii, fizjologii… Pokazuje, że rozum i wiara nie wykluczają się. Mogą i powinny współdziałać. Aby lepiej poznawać i rozumieć nasz wspaniały świat i jego Stwórcę.

Ziuk. Opowieść o Józefie Piłsudskim. Anna Czerwińska- Rydel

Powolutku przechodzimy przez tę książkę. Trudne to były czasy i życie pod zaborami.

Skończyliśmy też w tym tygodniu słuchać książkę Stasiu, co Ty robisz? Grażyny Bąkiewicz. Ta seria Ale historia… spodobała się bardzo i siedmiolatce, i nastolatkowi, i mamie. Towarzyszą nam kolejne części w podróżach po Polsce i po Maderze. W tej akurat razem z bohaterami fikcyjnymi książki szukaliśmy winnych rozbiorów Polski. Do tematu autorka podeszła z różnych stron. Podając różne fakty i czyny postaci historycznych, zostawiła czytelnikowi trochę przestrzeni na wyciągnięcie własnych wniosków i ocenę czynów naszych przodków. Nie powiem, mi się zrobiło smutno, kiedy słuchałam o euforii po uchwaleniu Konstytucji 3 maja, a zaraz potem o zdradzie w Targowicy, chociaż przecież wiedziałam, że tak właśnie było.

Na szczęście kolejny tom to Mamy niepodległość. Podejdziemy do Piłsudskiego z trochę innej strony.

Pan Tadeusz. Adam Mickiewicz

Starszak trochę zajrzał sam, jak zostawiłam na stoliku w salonie. A Młodsza też zabrała się sama, choć jeszcze nie czyta dłuższych tekstów. Ale przeglądała sobie ilustracje (bo jest to wydanie pięknie ilustrowane starymi rycinami) i trafiła na fragment, w którym było wiele nazw zwierząt. Wypatrzyła nazwę swojego ukochanego rysia i poprosiła by jej przeczytać. I tak przeczytaliśmy fragment o Królestwie Zwierząt.

Na końcu świata. Natalia Przeździk

Tu już powoli zmierzamy do końca i dozujemy sobie po rozdziale, co drugi dzień. Nie wiem, czy to dzięki temu, że ta opowieść jest taka rzeczywista i ludzka, czy dlatego, że czytamy kolejno już trzecią część, czy to przez to, że czytany przed snem… ale te historie bardzo w córce zostają. Przypomina w najmniej oczekiwanych momentach… Wczoraj chodziliśmy wzdłuż lewady Moinho i spotkaliśmy kozę. I młodsza przypominała, jak to Adaś na widok sarny wolał „U, U”, bo nie umiał jeszcze powiedzieć „Mu”, jak Mikołaj.

Rodzino z Niebieskiego Domu, stałaś się nasza rodziną.

Misia i jej mali pacjenci. Wyjątkowi pacjenci. Aniela Cholewińska- Szkolik

W tym tygodniu towarzyszyłyśmy Misi w ratowaniu małego trzciniaka i kolorowej papugi.

Lego Explorer. Upał, piach i węże.

Ten miesięcznik nam bardzo pasuje, bo łączy pasję Młodszej do budowania z klocków i do przyrody, dodając nawet szczyptę historii- o faraonach, piramidach i hieroglifach.

Skały i skamieniałości. Seria Aktywny Przyrodnik

Poczytałyśmy sobie trochę ciekawostek o wulkanach i skałach. Chcemy zrobić kilka z opisanych eksperymentów, ale polujemy na razie na składniki. Może będziemy musiały przywieźć je sobie z Polski, bo na wyspie na razie nie znalazłyśmy.

Z audiobooków w tym tygodniu Młodsza przesłuchała też kolejne dwa Astrid Lindgren– pierwszą i drugą część przygód Pippi Pończoszanki, czytane przez Edytę Jungowską.

Książki są wspaniałe. Dzięki temu, że czytam czy słucham z dzieciakami, mam okazję spojrzeć na różne sprawy z nowej strony. Chętnie też wracam do czytanych wcześniej przeze mnie lektur, ale z nowym doświadczeniem życiowym i mój odbiór jest już inny.

Nasze dzieci mają w ogóle super, bo z mamą poznają świat książek, a z tatą- świat filmów, zupełnie inną dziedzinę twórczości.

Zachęcam bardzo do czytania. Przynajmniej książkę tygodniowo. Nie musi to być od razu cały Władca Pierścieni. Można zacząć od krótszych lektur.

A czytanie z dziećmi jest szczególnie ważne. Nie tylko pomaga im poznawać świat, stawać się świadomymi czytelnikami, ale też rozwija relacje w rodzinie. Wspólny czas, wspólne zainteresowania są na wagę złota w dzisiejszym pędzącym świecie.

Nastolatek w domu

Stało się. Od dzisiaj mamy w domu nastolatka oficjalnie 🙂

W większości krajów za nastolatka uważa się osobę, która ukończyła 13 rok życia.

A dokładnie 13 lat temu, 17 listopada, chwilę po godzinie pierwszej w nocy, urodził się nasz pierworodny syn.

Dawno to i w sumie niedawno.

Tylko te słodkie stópki z malutkich zmieniły się w rozmiar 43.

I wzrost z niecałych 60cm na 172. Już jest ze mną równy. Jeszcze chwila i będzie patrzył na mnie z góry.

Ale na razie to jeszcze mój mały synek. Niby wielki chłop, ale jak każdy z nas potrzebuje uwagi i miłości.

I przyzwolenia, by w bezpiecznych granicach mógł się stawać coraz bardziej niezależnym sobą. By mógł wypełnić swoje zadanie, którym ubogaci ten świat.

Parafrazując jednego z moich ulubionych poetów, księdza Jana Twardowskiego …

Śpieszmy się kochać dzieci, tak szybko odchodzą z rodzinnego domu.

I nawet gdy powracają, to są już tylko i aż gośćmi.

Po to zostały nam dane, byśmy wychowali je dla świata poza rodzinnym domem.

Żeby sobie poradziły i zostawiły po sobie dobry, piękny i niepowtarzalny ślad.

Uczciliśmy ten dzień urodzinowy na różne sposoby.

Tortem z prezentami na śniadanie i sesją zdjęciową przy torcie.

Obiadem w amerykańskiej knajpce z burgerami, o której Młody marzył, a jakoś nam nie było po drodze.

Przytulasami z rodzicami i siostrą, video rozmowami z rodziną w Polsce, rozmowami i graniem z kolegami z Polski.

Wieczornym oglądaniem ostatniego Jamesa Bonda z tatą.

Zostało jeszcze dokończyć kartkę z urodzinowymi pytaniami. Już w sumie 10 rok je robimy. W pierwszych latach pisałam ja za syna. Potem już zaczął pisać sam. To fajna pamiątka. Lubi wracać w ciągu roku do tych kartek urodzinowych.

Po lewej stronie jest miejsce na dane metryczne;), zainteresowania, miłe słowa od mamy, taty i siostry. A na rewersie jest kilka zdjęć z ostatniego roku i miejsce na opisanie dnia urodzin.

Warto świętować. Nie tylko raz do roku. Ale każdy dzień czynić wyjątkowym.

A jak coś się nie uda, coś zazgrzytało w relacji- przeprosić, naprawić i zacząć od nowa. Warto.

Madera 2022/ Tydzień 5

Danaid wędrowny ( Monarch) na Bugenwilli okazałej.

Tydzień piąty tego pobytu na Maderze minął błyskawicznie.
Łapiemy chwile, ulotne jak na powyższym zdjęciu.
Pół tygodnia ze znajomymi z Warszawy.
Reszta na świętowaniu rodzinnym i z poznanymi sąsiadami z bloku, rodzinką brytyjsko- niemiecką, z których sześcioletnią córką, nasza Młodsza się zaprzyjaźniła. Mimo, że nie znają żadnego wspólnego języka.
Radzą sobie bez słów prawie.
Trochę tak, jak w Ani z Zielonego Wzgórza. Pokrewne dusze, „które znają Józefa”.

Plaża pod hotelem Orca Praia.
Można dojść promenadą albo od Formosy, albo od Cãmara de Lobos

Część wtorku spędziłam na plaży z moimi dzieciakami oraz z koleżanką z Warszawy i jej córką, przyjaciółką Młodszej.

Najpierw wczesny obiad w jednej z knajpek przy plaży, bo dzieci ciągle głodne.

Potem powędrowaliśmy promenadą od plaży Formosa w kierunku Cãmara de Lobos, dalej niż zwykle. Do jednego z ulubionych miejsc naszych dzieci.
Nie wiem w sumie, czy ten kawałek to jeszcze Formosa.
Dla naszych potrzeb nazywamy go „piaskowa plaża”.
Jest poniżej hotelu Orca Praia, przyklejonego do klifu.
Nie da się go przeoczyć.
Hotelu.
Plaży też nie.
Wydaje mi się, że co jakiś czas ten kawałek wybrzeża jest przez ludzi (może z hotelu) odkamieniany.
Jak byliśmy wiosną, to po kilku dniach wzburzonego oceanu, piasek znikł zupełnie pod kamieniami.

Później… jak to z plażowaniem z dzieciakami bywa…
Młodsza miała siedzieć przy brzegu i się nie kąpać, bo po gorączce trzydniowej.
Jej koleżanka miała tylko zanurzyć nogi będąc ubrana, bo stroju i ręcznika nie wzięła.
Starszak zadowolony pluchał się w falach.

Przyszła fala większa niż poprzednie.

Ledwie zdążyłyśmy plecaki i ciuchy dzieci przerzucić dalej.
Obie dziewczyny mokre i całe w piasku.
Starszaka stopy obdarte do krwi po kamykach i żwirze wulkanicznym.

Takie ryzyko plażowania nad oceanem, przy kamienistych plażach.
Trzeba być ciągle czujnym.
A i tak nie zawsze da się ocenić, jak daleko sięgnie dana fala.

Skutek.

Przenieśliśmy się wszyscy wyżej, pod sam murek graniczny deptaku.
Stopy zostały opatrzone.
Dziewczynki po przebraniu, zrobiły sobie piknik na murku.
Mamy relaksowały się przy szumie fal.
Przyszły urocze Góropatwy czerwone. Śliczne kuraki.
I wcale nie tak bardzo płochliwe, jak piszą w internecie.

Góropatwa czerwona- gatunek introdukowany na Maderę

Wieczorkiem wybraliśmy się jeszcze do Cãmara de Lobos na ostatni spacer przed powrotem znajomych do Warszawy.

Port w Cãmara de Lobos. Wybrzeże. Od strony molo.
NIeodmiennie fascynują mnie Ci panowie,
codzienne z takim zaangażowaniem grający w karty.
Próbowaliśmy rozpoznać, co to za gra.
Mąż mówi, że to coś podobnego do naszego „wuja” ( inna nazwa „pan”),
tylko z trochę innymi zasadami.
Dziewczynki oczywiście chciały się wyszaleć na placu zabaw.
Jest niewielki, ale dość przyjemny.

Po spacerze i lodach zjedzonych obok rzeźby Winstona Churchila z cygarem z zębach, wybraliśmy się w trzy rodziny na kolację do Restaurante Viola w Estreito da Cãmara de Lobos.
Poznaliśmy to miejsce przy pierwszym pobycie na Maderze, w styczniu 2018.
Wystrój wtedy był dość obskurny. Było ciasno. Ale tłumy gości i jedzenie wyborne.
Od tamtej pory byliśmy tam wiele razy. Sami i ze znajomymi.
Restauracja została odnowiona i powiększona.
Jedzenie pozostało proste i smaczne.
Nasz zestaw to espetada ze steka wołowego, smażona polenta kukurydziana (milho frito) i sałatka.
Młodsza tego mięsa nie tyka. Za to ze smakiem wcina przepiórki (codorniz) . Mimo, że są dość pikantne.

Wskazówka: jeśli chcecie tam zjeść w weekend- lepiej zadzwonić i zarezerwować miejsce.
Zdarzyło się nam czekać na stolik kilkadziesiąt minut. Teraz jeździmy raczej w dni robocze.

Park Santa Catarina przy centrum Funchal.

We środę przed powrotem znajomych do Warszawy ( od 30 października jedne z tanich- wcale nie tak bardzo- linii lotniczych uruchomiły połączenie bezpośrednie z Warszawą- Okęciem, we środy i niedziele) umówiłyśmy się jeszcze w parku Santa Catarina.
Jest tam wszystko, czego zwykle oczekujemy od parku przyjaznego rodzinom.
Plac zabaw z atrakcjami dla dzieci w różnym wieku.
Kawiarnia.
Toalety.
Piękna, zadbana zieleń i kwiaty.
Staw, a na nim łabędzie, kaczki i gołębie obok.
Dużo ławeczek w różnych miejscach.
Spory trawnik, na którm można się nawet rozłożyć z kocykiem, zrobić piknik albo się poopalać. (Jeśli ktoś lubi opalać się w środku miasta i na widoku spacerowiczów)

Park ten ma też bonus. Świetny widok na marinę i na przystań ogromnych statków wycieczkowych.

Widok na port z placu zabaw
Linarium
Część dla młodszych dzieci

W piątek, 11 listopada, świętowaliśmy na miarę naszych możliwości i oddalenia od Polski.
Z tęsknotą.
Znaleźliśmy polską flagę przywiezioną specjalnie na tę okazję, ukrytą w książce. ( Na kolejny rok postaram się o większą)
Zaśpiewaliśmy hymn z dzieciakami o 11:00 w łączności, z tymi, co śpiewali w południe w Polsce, w ramach akcji „NIepodległa do hymnu!”. ( Jesteśmy godzinę do tyłu względem Polski)
Poczytaliśmy książki związane z Polską i jej historią.

Narodowe Święto Niepodległości Polski

A popołudnie spędziliśmy rodzinne na plaży Formosa. Każdy tak, jak lubi.
Korzystając też z tej okazji, by przez kamerkę porozmawiać z bliskimi w Polsce, podzielić się z nimi słońcem i pięknymi widokami.

Nie nasze dzieło.
Widziałam proces powstawania.
Szczerze podziwiam.

Sobota, to czas na basenie osiedlowym, integracja z sąsiadami i ich dzieciakami.
A wieczorem wspólny wypad na świąteczne obchody w sąsiedniej parafii.
Trzeci dzień z 4 dniowego świętowania z okazji święta św. Marcina z Tours i Naszej Pani „da Patroncino”. Dokładniej opisałam to w tym poście na moim instagramie.

Dekoracje wokół Igreja São Martinho
Msza wigilijna. Po obu stronach ołtarza figury patronów na feretronach.
Mnóstwo pysznego jedzenia- choć akurat na dorsza się jeszcze nie zdecydowałam.

Z festynu/ odpustu wróciliśmy dość późno, więc poranek niedzielny odsypialiśmy.

Po przebudzeniu kolejna gorączkowa odsłona- tym razem dopadło Starszaka.
Został w domu pod opieką taty, a na mszę powędrowałam już tylko z Młodszą.
Popołudnie spędziliśmy w domu, na rodzinnym oglądaniu filmów.
Dopiero pod wieczór wybrałam się z Młodszą na nasz zwyczajowy już spacer i wietrzenie głowy, lewadą do kociego królestwa.

Poniedziałek minął pod znakiem dalszego gorączkowania,
długich zakupów w popularnym sklepie budowlanym (jedynym, do którego w miarę mi łatwo autem dojechać, a to dla mnie niezwykle ważne, bo tutejsze drogi to nadal poważne dla mnie wyzwanie, a ruszanie pod górkę, to często moje Waterloo)
i kończenia roszady pokoi w naszym mieszkaniu.}
Każdy ma teraz sypialnię w innym pomieszczeniu niż do tej pory.

Przy okazji uaktywniła się moja słabość/pasja do rozkręcania/skręcania mebli i drobnych prac z użyciem śrubokrętów i wiertarko- wkrętarek (majsterkowanie kosztem gotowania obiadu) oraz moja „zosio-samosiowatość”, która nie chciała czekać, aż mąż skończy pracę (kosztem wyłamania kawała ramy łóżka- uratowałam dzięki przyjacielowi każdej kobiety- klejowi montażowemu).

Jak dorosnę, zostanę profesjonalnym monterem mebli;).

Dobrego tygodnia życzę.

Łapcie chwile, bo są ulotne, a to z nich składa się życie.

Czytane na głos w tygodniu 6- 12.11

Część lektur w tym tygodniu została wybrana, by pogłębić świętowanie uroczystości 11 listopada. Reszta, to pójście za upodobaniami dziecka.
Tak to jest, że czasem to ja proponuję coś dzieciom, a czasem to one o coś proszą,. Pójście za tą prośbą przynosi często dobre owoc. M. in. w postaci wytrwałości w słuchaniu. I zaangażowania w temat. A ja też korzystam np. z chwili dla siebie, kiedy Młodsza jest zajęta przez dłuuugą chwilę słuchaniem książki przy jednoczesnym budowaniu z lego.

Ziuk. Opowieść o Józefie Piłsudskim. Anna Czerwińska- Rydel

Zaczęliśmy czytać w Święto Niepodległości 11 listopada.
Książki biograficzne dla dzieci tej autorki bardzo cenię. W sposób łatwostrawny, ale nie dziecinny przedstawia postacie znanych osób.
Swego czasu zaczęłam czytać jej książkę Kryształowe odkrycie, o Janie Czochralskim, i nie oderwałam się od niej, póki nie skończyłam. To zasługa też samego głównego bohatera, nieznanego dla mnie wcześniej.
Książkę o Piłsudskim czytamy wspólnie powoli, przyglądając się jego dzieciństwu w trudnych czasach zaborów.
Warto w pierwszym rozdziale, nagranie głosu Piłsudskiego przesłuchać sobie z internetu, zamiast czytać samemu. Takie oddanie głosu bohaterowi książki bardzo urzeczywistnia tę pomnikową postać i pozwala nawiązać z nią jakąś więź.

Na końcu świata. Natalia Przeździk
Nadal poznajemy Beskid Niski z dużą rodzinką.
Klimat wakacyjny pasuje nam do aury panującej za naszym oknem na Maderze. Ciepełko i mnóstwo słońca.

Klasyka polska dla dzieci.

Znane i lubiane wiersze, bajki, poematy polskich autorów.
Krótsze i dłuższe. Do wyboru, do koloru. Ładnie zilustrowane.
Warto do nich wracać i zapoznawać kolejne pokolenia z tymi utworami.

Polscy artyści. Dariusz Grochal

Mała książeczka o polskich twórcach. W środku niedługie notki biograficzne i po kilka ciekawostek o sławnych osobach.
Na razie przeczytałyśmy o Ignacym Janie Paderewskim. I oglądnęłyśmy fragment filmu Sonata księżycowa, w którym sam mistrz w wieku 77 lat wystąpił, grając na fortepianie. Film z 1937 roku. Dostępny w internecie.

Ostatni dzień to szaleństwo audiobooków. Tak już ma nasza młodsza pociecha, że jak coś się jej spodoba, to chciałaby stale.
I tak, za Dziećmi z Bullerbyn, poszły Dzieci z ulicy Awanturników. Potem Emil ze Smalandii i Kolejne przygody Emila ze Smalandii.
Astrid Lindgren w najlepszych odsłonach.
Czytane na głos, choć nie przeze mnie, ale za to we wspaniałym wykonaniu Edyty Jungowskiej.

Starszy z kolei kolejny już dzień słucha Robinsona Cruzoe, Daniela Defoe.

I tak nam mija dzień za dniem, książka za książką.

Kto czyta, żyje wielokrotnie.
Kto zaś z książkami obcować nie chce, na jeden żywot jest skazany

Czechowicz Józef

Madera 2022/ Tydzień 4

Kolejny tydzień ze znajomymi z Polski. Miało być więcej zwiedzania, jednak choroba pokrzyżowała plany i tylko połowa rodziny skorzystała z zaplanowanej na sobotę wycieczki.

Mimo tego wdzięczna jestem za wszystkie chwilę, spotkania i miejsca, które udało się nam w tym tygodniu odwiedzić.

  1. Cmentarz Nossa Senhora das Angústias w dzielnicy São Martinho
  2. Ścieżka spacerowa wśród bananowców- Madalena do Mar
  3. Plaża – Calheta
  4. Rejs na Porto Santo
  5. Niedziela- kaplica Penha da França, końcówka chorowania i Levada dos Piornais

Cmentarz Nossa Senhora das Angústias w dzielnicy São Martinho

1 listopada również w Portugalii jest dniem wolnym od pracy. Aczkolwiek o wiele więcej osób pracuje- czynne są nawet duże supermarkety, aczkolwiek klientów o wiele mniej niż w zwykły dzień.

Zaczęliśmy świętowanie od mszy świętej w naszym kościele parafialnym p.w. Naszej Pani z Nazaretu ( w wolnym tłumaczeniu).

Potem, po portugalsku, ciastko i sok w kawiarni, i spacer na najbliższy cmentarz.
Cmentarz Naszej Pani od Udręki/Nieszczęść/ Niepokojów/Lęków/Potrzeb (tyle przynajmniej jest opcji przetłumaczenia słowa „angustias”)

Jest to dość duży cmentarz. Rodzaje pochówków są różne. Ossaria ( nie wiem, czy tam się składa urny z prochami czy kości), nagrobki podobne jak w Polsce, kaplice ze stojącymi na powierzchni trumnami (czyli nie zakopane i nie w krypcie) i taki małe tablice, jak poniżej.

Co nas od razu zaskoczyło, to prawie brak zniczy. Za to dużo żywych, ciętych kwiatów. Ludzi było sporo. Wchodzili i wychodzili. Ale nagromadzenia w jednym czasie tłumów nie było.

Przed naszym wyjściem z cmentarza, na jednym ze starszych nagrobków, wypatrzyliśmy malutkie kociaki. Były trzy. W pobliżu chodziło też kilka dorosłych kotów. Stał tam budynek jakby gospodarczy, dla pracowników cmentarza. To pewnie oni te koty dokarmiają i hodują.

Ścieżka spacerowa wśród bananowców- Madalena do Mar

Popołudniu pojechaliśmy jeszcze ze znajomymi do Madalena do Mar. Pogoda była niepewna, to wybraliśmy krótką ścieżkę na spacer- Rota da Banana.
W sumie są to 3 szlaki: RB1, RB2 i RB3. My trzeci przegapiliśmy.
Wejście na szlak RB2 jest przy knajpce A Taberna Madalena do Mar.

Ścieżka łatwa, aczkolwiek miejscami wąska.
Z wózkiem dziecięcym raczej nie ma co się wciskać.
Kwiat bananowca z zawiązkami owoców

Szlak wiedzie między plantacjami bananów, miejscami wzdłuż lewady. Nie polecam zrywać bananów prosto z krzewów. Nie nadają się do jedzenia. Po ścięciu całej kiści muszą jeszcze swoje odleżeć, żeby można było zjeść je ze smakiem.

W pewnej chwili spokojnego spaceru, do płynącej obok lewady, wpadł kotek pluszowy córki. Z 50 metrów go goniliśmy. Dobrze, że z naprzeciwka szła grupka polskich turystów i na moje zawołanie: „Łapcie kotka! Łapcie kotka!”- jeden z panów go wyłowił. Kot wymagał prania, ale przetrwał, to najważniejsze.

A co to za cudo nad głowami?
Sechium edule, Kolczoch jadalny.
Po madersku- pimpinela.

Po wyjściu z RB1, wracając wzdłuż plaży do samochodów, spotkaliśmy jeszcze urodziwe kaczki, prawdopodobnie piżmowe.

Kaczki na plaży w Madalena do Mar
karmione Bolo do Caco- maderskim przysmakiem

W drodze powrotnej, część towarzystwa pojechała jeszcze na szlak Levada do Moinho zaczynający się przy kościele w Lombada da Ponta do Sol. Ja z mężem, Młodszą i jej koleżanką pojechaliśmy do domu na zabawę.
Więc szlaku nie opiszę tym razem. Podobno fajny. Jeden z niewielu na wyspie, gdzie da się zrobić pętlę i przechodząc na drugi szlak, Levada Nova, wrócić do auta, nie tą samą drogą. Jak kiedyś sama pójdę, to pokażę zdjęcia i opiszę wrażenia.

Plaża – Calheta

Jak już wspominałam, bywamy tu dość regularnie. Plaża bezpieczna do korzystania przez dzieciaki, a obok pyszny tuńczyk- wystarczające powody by tu wracać.

Ujście rzeczki do oceanu- tak wyglada naturalne wybrzeże wyspy.
Plac zabaw przy plaży w Calhecie
Plaża w Calhecie to dokładnie dwie sztuczne plaże usytuowane naprzeciwko siebie.
Piasek na plaży.
Im bliżej oceanu, tym więcej czarnych kamuszków.
Za hotelem po lewej, spory market Pingo Doce.
Piasek, jaki jest, każdy widzi.
Raczej nie pochodzenia maderskiego.
Przywieziony w 2004r. z Maroka.
W pobliżu port, a przy nim deptak z licznymi restauracjami.

Rejs na Porto Santo

W sobotę mieliśmy płynąć z 3 znajomymi rodzinami promem Porto Santo Line na sąsiednią wyspę. Jednak gorączka, która dopadła Młodszą pociechę w drodze powrotnej z Calhety, zatrzymała mamę i córkę w domu.
Jakoś dzień przetrwałyśmy. Porto Santo na nas poczeka. Bilety na prom ważne są 90 dni, to może się wybierzemy jeszcze w tym roku.

Wspólne przezgorączkowe leżanko przy słuchaniu podcastów.

Niedziela- kaplica Penha da França, końcówka chorowania i Levada dos Piornais

W niedzielę pierwszy raz byłam z synem na mszy sprawowanej po angielsku. Więcej o kaplicy i wspólnocie tam się spotykającej w tym tekście.

Kwiaty, owoce, liście-
wszystko na raz na jednym drzewie?
Na Maderze to możliwe.
Puchowiec wspaniały.

Wieczorkiem wybrałyśmy się z Młodszą na spacer dla zdrowia. Gorączka została zwalczona, więc uzbrojone w mikroskop podręczny i saszetkę z kocią karmą poszłyśmy na naszą najbliższą lewadę- Levada dos Piornais.

Widok na Funchal i wyspy Desertas z Levada Piornais

Najlepsza terapia dla rekonwalescentki mojej małej, to kontakt z naturą.
Najchętniej z tą miauczącą.

Zaczęło się od jednego…
…skończyło na trzynastu.
Mała kocia fanka uszczęśliwiona.

Jeśli jesteście kocimi wielbicielami i jesteście w Funchal- dajcie znać. Zdradzę, gdzie dokładnie jest nasze kocie miejsce 😉

Funchal to ponad 500 letnie miasto.
Zabytkowe budynki, nowe domy, rudery, nowoczesne blokowiska, hotele.
Wszystko pomieszane z bujną, tropikalną roślinnością.

Kaplica Penha de França w Funchal

Piękna niedziela kończy się właśnie.

Stale ubogacającym doświadczeniem jest dla mnie branie udziału w liturgii w różnych parafiach. Chociaż staram się budować relację z parafią miejsca zamieszkania, to z różnych przyczyn czasem trafiam do innych kościołów.

Dziś mój kochany mąż zajął się gorączkującą córeczką, a ja z synem powędrowałam do malutkiego kościółka blisko portu, gdzie zatrzymują się ogromne wycieczkowce. Właściwie jest to kaplica, Capela de Nossa Senhora da Penha de França. Dopiero w domu uświadomiłam sobie, że w ołtarzu jest rzeźba objawienia w Lourdes, i moja patronka, św. Bernadeta Soubirous.

Skierowaliśmy się właśnie tam, bo jest to jedyne miejsce na wyspie, gdzie regularnie, w każdą niedzielę o 10:00, jest sprawowana msza święta w całości w języku angielskim.
Liczyliśmy też na możliwość skorzystania z sakramentu pokuty i pojednania w języku angielskim. Byłoby to dla nas łatwiejsze, niż w języku portugalskim.
Dzięki temu wysiłkowi, który musiałam podjąć i brakowi łatwego dostępu do sakramentu miłosierdzia na wyspie, uświadomiłam sobie, jak dobrze i wygodnie jest jeszcze w Polsce. Mogę pójść niemal na dowolną mszę świętą i przeważnie przed każdą ksiądz siada w konfesjonale. Tu już nie mam tak łatwo.

Po pierwsze bariera językowa, jeszcze trudniejsza dla dzieci. Ja już co nieco rozumiem, dzięki wcześniejszej nauce angielskiego, niemieckiego, włoskiego i odrobiny łaciny.

Po drugie, nie przed każdą mszą jest spowiedź. Są wyznaczone dni i godziny. W naszej parafii, są to czwartki przed wieczorną mszą. Jest oczywiście możliwość umówienia się z księdzem na inny termin, ale tu, patrz „po pierwsze”.

Po trzecie, jak już znalazłam mszę po angielsku, to przed mszą musiałam się wysilić i podejść do osoby świeckiej witającej ludzi przy wejściu do kaplicy i zapytać o możliwość spowiedzi. A nie jest to dla mnie łatwe. Trochę to sprzeczne z moją naturą.
Możliwość była, po mszy świętej. Pan poszedł powiadomić księdza.
Po mszy znowu mała niedogodność. Bo nie da się podejść dyskretnie do kratek konfesjonału. I pozostać jakby anonimowym.
Najpierw zapoznaliśmy się w zakrystii z księdzem (obchodzącym 57 rok kapłaństwa). Spowiedź była w malutkiej salce przy kaplicy, która specjalnie dla nas została zamknięta drzwiami, bo normalnie tam sobie ludzie w czasie mszy siedzą. Nie było konfesjonału. Siedzieliśmy z księdzem na ławce obok siebie. No i język angielski. Niby znam. Niby rozmawiam w tym języku. Ale w takiej sytuacji po raz pierwszy.

Ogólnie wdzięczność czuję, że taka możliwość istnieje. Że nie musiałam czekać aż do powrotu do Polski. Że trudności były do pokonania. A poznaliśmy kolejne piękne miejsce na mapie Funchal.

Wspólnota tej parafii jest otwarta, zaangażowana i życzliwa.
Ksiądz Bernardino bardzo serdeczny. Mówi po angielsku z silnym akcentem ( jest rodowitym Maderczykiem), jednak zrozumiale. Pracował w różnych krajach, też w USA.
Jak to syn podsumował, wygłosił najlepsze kazanie, jakie kiedykolwiek słyszał, nawet w Polsce. A fragment, który go poruszył (mnie też): ksiądz mówił, że nie wie, gdzie jest niebo, jak wygląda, jak w nim jest. I go to zupełnie nie obchodzi. Wie natomiast, że niebo to będzie wspaniała niespodzianka, od Najlepszego Przyjaciela.

Zaskakujący dla mnie był moment, kiedy przed modlitwą „Ojcze nasz” ksiądz poprosił chrześcijan innych wyznań, obecnych w kaplicy, o podejście do ołtarza i wspólną modlitwę do Naszego Ojca. Nie zrozumiałam wszystkiego idealnie. Domyślam się, że we wspólnocie są np małżeństwa mieszane.
Był to jednak ekumenizm w działaniu. I jedność, jako dar Ducha.
Bo choć są różnice, to jest jeden chrzest, jeden Bóg w Trójcy, i jesteśmy wszyscy Jego dziećmi, i razem możemy i powinniśmy do Niego wołać.

Piękne było też specjalne błogosławieństwo dla osób obchodzących rocznice w tym miesiącu. Nasz Starszak też podszedł. W tym miesiącu kończy 13 lat. I po mszy wiele osób składało mu życzenia. A byliśmy tam po raz pierwszy, nikogo nie znając.

Kolejny szczególny rys tej wspólnoty, to działalność charytatywna. Po każdej mszy zbierane są datki, na pomoc ubogim na wyspie, której udziela od 2010 roku fundacja People Helping People, powstała przy tej parafii.

I jeszcze jedno. Po mszy jest poczęstunek z kawą, ciastkami i najlepszą, podobno, herbatą na wyspie. Tym razem nie spróbowaliśmy, bo w domu czekała Choruszka, ale wrócimy tam jeszcze, daj Boże.

And last but not least. Język angielski w pięknej, brytyjskiej wersji. (Nie jestem językoznawcą, ale brzmiał inaczej niż amerykańskich filmach;). Hymny śpiewane w tym języku. A na koniec pieśń „Oto jest dzień”, ograniczona w Polsce przeważnie do mszy dziecięcych czasu I Komunii i Białego Tygodnia, tu brzmiała rzeczywiście radośnie i dojrzale.

Dzisiejszy czas w kaplicy Penha de França, to budujące i rozwijające doświadczenie, za które jestem Bogu głęboko wdzięczna.

Czytane na głos w tygodniu 30.10- 5.11

Już listopad.
I już 3,5 tygodnia na Maderze.
Płynie, płynie czas.
Z perspektywy przeżytych lat- coraz szybciej.
Ciekawe, jak ten czas odczuwa moja ukochana, prawie 84- letnia Babcia.

Trochę w tym tygodniu poczytaliśmy, choć dwa wieczory nam wypadły- nocowanko dzieci u znajomych było.

I kilka spotkań znowu.
Tylko końcówka tygodnia chorobowa. Wspieraliśmy się podcastami i audiobookami.

Opowieści o świętych. Carey Wallace

Dobra lektura na listopad. Zaczęliśmy czytać w Uroczystość Wszystkich Świętych. Piękne ilustracje. Trochę baśniowe. Ale historie prawdziwych ludzi.

Supermocni kontra złodzieje zdrowia.

Książeczka z przepisami i z komiksami, do których Młodsza bardzo lubi wracać.

3 komiksy, 3 rysowników, 3 przygody ze zdrowym żywieniem w tle.

Na końcu świata. Natalia Przeździk.

Do codziennego czytania dodaliśmy szukanie w internecie miejsc, które zwiedza niebiesko-domowa rodzinka. Malinowa cerkiew w Blechnarce nas urzekła. Opowieści te mocno zostają w córce. Dziś wspominała jedną z przygód z części Morskie Bałwany.

Sprawdźcie sami… Mikroby. Sarah Hull

W tym tygodniu poczytałyśmy o grzybach- tych chorobotwórczych i tych służących ludziom. Grzyby są po prostu fascynujące.

Sobotnio- niedzielne gorączkowanie Młodszej minęło nam lżej dzięki słuchaniu. Były podcasty. A potem włączyłyśmy audiobooki.
Kilka części „Basi” Zofi Staneckiej, czytanych przez Marię Seweryn, na rozgrzewkę. Następnie ruszyłyśmy z klasyką literatury dziecięcej.

Dzieci z Bullerbyn. Astrid Lindgren

Ze Starszym czytałam tę książkę na głos sama. Co najmniej dwa razy całą, bo tak się mu podobało. Później, jako samodzielny czytelnik wracał do niej po kilkakroć.
Z Młodszą skorzystałyśmy z powyższego audiobooka.
Interpretacja Edyty Jungowskiej jest świetna. Jak mówi Młodsza „fajowsko się słucha”.

Jestem wierną fanką książek papierowych. Takie czyta mi się najprzyjemniej.
Jednak innymi formami też nie pogardzę.
Ebooki to wiadomo, inny tylko nośnik słowa pisanego.
Ale audiobooki, to już większa różnica.
Mimo tego, znalazły w naszym domu swój czas i miejsce.

Czy korzystać z podcastów w edukacji domowej?

W naszym życiu i edukacji domowej przeżywamy często zmiany. Utrudniają nam one zachowanie pewnego stałego planu dnia i tygodnia sprzyjającego zbudowaniu nawyków dotyczących codzienności i nauki w domu.

Teraz zaczął się już czwarty tydzień od przylotu na Maderę. Powinniśmy już pewne nawyki sprzyjające nauce w nowym miejscu po raz kolejny wyrobić czy utrwalić. Jednak nic z tego. Nie ma tak łatwo. Są inne sprawy, które powodują, że nasz dzień dniowi nie podobny.

Goście w domu.
Znajomi z Polski na wyspie.
Z każdym chcemy się spotkać.
Wyjść do restauracji na lokalne przysmaki.
Umożliwić naszym dzieciakom utrzymywanie relacji z polskimi znajomymi.
Chcemy pokazywać wyspę znajomym. I chcemy odkrywać ją razem z nimi.

A wszystko to wymaga czasu.

Dopasować się jeszcze musimy do pogody. Pada- zostajemy w domu. Nie pada- ruszamy w teren. Czasem w ciągu 15-30 min się zbieramy.

I plan dnia leży.

Łapiemy chwile na naukę tu i tam.

Trochę popisać, trochę poczytać, kilka zadań, film przedmiotowy na YouTube… Świetnie nadają się na takie chwile również podcasty.

Najbliższa Młodszej jest teraz przyroda, stąd nasze ostatnie odkrycie to podcast Dzikoprzygody- Anety Chmielińskiej, autorki książki „Dzikie opowieści”, o której pisałam tu i tu. Co dziwne, nie szukałam go po zapoznaniu się z książką. Dopiero ktoś znajomy w internecie podzielił się tym podcastem.

Podcast jest równie ciekawy jak książka. Jego formuła umożliwia utrwalenie świeżo usłyszanych ciekawostek.
Dziś nasza pierwszoklasistka, po przesłuchaniu 3 odcinków rodzinnie przy śniadaniu, upraszała by mogła jeszcze posłuchać w swoim pokoju.
A wieczorem opowiedziała mi o porostach. Po raz pierwszy się z opowieścią o tym rodzaju organizmów żywych spotkała. A była w stanie mi przekazać sporo faktów. Bardzo jej pasuje taki sposób poznawania świata przez opowieści.

Wcześniej, od zeszłego roku, słuchaliśmy podcastu przyrodniczego Bliżejlasu.pl. Bardzo pasował i Młodszej, i mi, jako mamie. Towarzyszył w wieczornym czasie relaksu przed snem. Niby też o przyrodzie, ale trochę inaczej niż Dzikoprzygody. Każdemu tematowi towarzyszył eksperyment do wykonania samodzielnie. A eksperymentowanie, wyciąganie własnych wniosków to, moim zdaniem, niezbędny element poznawania świata.

Wspaniale jest, że mamy wybór. Że wiele osób dzieli się swoją wiedzą i pasją również w formie podcastów. I że robią je w dobrej jakości, w przemyślany sposób.

Są dzieciaki chętniej przyswajające wiedzę „przez uszy” i opowieści. Dla nich materiały w tej formie to ogromne wsparcie.
A że w edukacji domowej mamy swobodę wyboru środków, materiałów i pomocy do realizacji podstawy programowej i szerzej- do poznawania świata i rozwijania pasji członków rodziny- to chętnie z nich korzystamy.

Odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi w naszym przypadku: Tak!
W nie tak dawnych czasach opowieści starszych czy doświadczonych osób były jednym z głównych sposobów przekazywania wiedzy między pokoleniami. Teraz mamy tych możliwości o wiele więcej. Warto jednak korzystać również z tej.

Korzystacie z podcastów? Lubicie? A może zupełnie Wam nie pasują?

Jeśli znasz jakieś wartościowe podcasty skierowane do dzieci lub rodzin, nie tylko przyrodnicze,
lub chcesz się podzielić swoim doświadczeniem w korzystaniu z takiej formy nauki,
zapraszam do podzielenia się w komentarzu.

Dodaj komentarz

Madera 2022/ Tydzień 3

Zachód słońca na Formosie

Tydzień ten pełen był piękna.
Piękna miejsc, widoków, spotkań, zapachów i piękna zwykłej codziennej pracy w gronie najbliższych.

  1. Kolejka linowa Funchal- Monte
  2. Ogrody Tropikalne Pałacu Monte
  3. Madeira Story Center
  4. Punkt widokowy Pico do Areeiro
  5. Parque Temático da Madeira
  6. Restaurante Gale- Santana

Pozornie nic się nie zmieniło na Maderze od naszego wyjazdu na początku czerwca. Wyspa nadal jest piękna, kwiecista i zielona. Ale kwitną coraz to nowe rośliny i powietrze wypełnione jest nowymi zapachami. Nawet w czasie załatwiania formalności, jak kupno portugalskich numerów komórkowych, można nacieszyć oczy wspaniałościami. Wystarczy chcieć się zatrzymać i patrzeć.

Park Santa Catarina

Kolejka linowa Funchal- Monte

Pogoda w październiku jest zmienna. Codziennie czasem słońce, czasem deszcz. Mimo to warto zwiedzać. Nawet w niepewną pogodę. Najwyżej się trochę zmoknie, lub odbędzie romantyczny spacer w chmurach.

Miasto pod stopami

We środę ze znajomymi wybraliśmy się kolejką linową z centrum Funchal do Ogrodów Tropikalnych na Monte. Wybraliśmy bilety w dwie strony.
Możliwy jest też powrót z góry autobusem, taksówką, toboganem ( sankami po asfalcie-część trasy) lub pieszo (to opcja dla wytrwałych, choć z górki idzie się zdecydowanie łatwiej niż pod górę)

Jadąc z dzieciakami wypatrujemy pod nami kotów, psów i owiec
Przejazd przez chmury
Teleférico do Funchal- widok ze stacji Monte

Ogrody Tropikalne Pałacu Monte

Po dotarciu do stacji końcowej pierwsze kroki skierowaliśmy do kawiarni pod kolejką. Dzieci zdążyły już zgłodnieć, a my daliśmy chwilę chmurom na ogarnięcie się. Pogoda nie była bardzo zachęcająca do zwiedzania Jardim Tropical Monte Palace.
Po pół godzinie decyzja została podjęta- zwiedzamy.

Zdjęcia nie oddają całego piękna i blasku tych kamieni.

Naszej rodzinki to była już kolejna wizyta w tym ogrodzie.
Pierwsze kroki skierowaliśmy na wystawę minerałów i kamieni szlachetnych- moje ulubione miejsce w tym ogrodzie. Sprawdziłam je już wiosną z dzieciakami. Mogłabym tam spędzić nawet godzinę. Co ważne- nawet w czasie deszczu na głowę nie pada.

Ogród podzielony jest na strefy z różnymi gatunkami roślin i rodzajami klimatycznych elementów architektury.

Co krok można natknąć się na dzieła sztuki.

A wszystko zanurzone w soczystej zieleni.

Przy dobrej pogodzie z tarasu przed pałacem jest piękny widok na zatokę Funchal.
W czasie naszej wizyty chmurę na chwilę się podniosły, ale potem zaczął padać drobny deszcz i ze względu na dzieciaki, szybkim krokiem skierowaliśmy się do wyjścia. Na szczęście czekał na nas atrakcyjny zjazd kolejką z powrotem do centrum Funchal.

Po wyjściu z kolejki towarzystwo się rozdzieliło. Część pojechała do domu. Część ruszyła w miasto- na dole świeciło słońce- w poszukiwaniu obiadu dla dzieciaków.

Wybraliśmy restaurację ze względu na taras i możliwość wjazdu windą z wózkiem dziecięcym.
Jak się okazało wybór nie był najlepszy.
Po długim oczekiwaniu na złożenie zamówienia, części obsługi chwilami taktującej nas jak intruzów, jeszcze dużo dłuższym czekaniu na jedzenie, histerii najmłodszych ze zmęczenia i głodu, niezbyt smacznych potrawach i posiłku przerwanym przez tropikalną ulewę, wyszliśmy z tej restauracji z, de facto, niesmakiem. Nawet nie napiszę nazwy. Może inni klienci byli zadowoleni. Nam się nie podobało. Albo trafiliśmy na kiepski moment, tzw. godziny szczytu i ciszę przed burzą.
Tylko w czasie ulewy obsługa szybko i sprawnie pomogła nam przenieść się z krawędzi tarasu do innego stolika w głębi sali. Minimalna jest szansa, że kiedyś tam jeszcze wrócimy. Na szczęście w Funchal wybór miejsc z jedzeniem jest duży.

Madeira Story Center

Ulewa nadal trwała w najlepsze. Rozdzieliliśmy się po raz kolejny. Nasi goście poszli do auta, uśpić swoje maluchy w czasie przejażdżki w poszukiwaniu słońca na wyspie.
Ja z Młodszą trafiłam do pobliskiego muzeum historii i kultury Madery. Byłyśmy tam drugi raz.
Centrum to istnieje chyba od 2005 roku. Na początku na pewno było bardziej atrakcyjne. Pomyślane jest jako wystawa interaktywna, gdzie można posłuchać, obejrzeć, dotknąć i powąchać elementy historii i kultury wyspy. Opisy do eksponatów są w 4 językach.
W tej chwili część eksponatów nie działa. Całość sprawia wrażenie przestrzeni wyeksploatowanej i nie zadbanej. A wystarczyłoby naprawić niedziałające eksponaty. Bilety nie kosztują bardzo dużo- 5 e za dorosłego, 3 e za dziecko. Mogłabym zapłacić więcej i wracać częściej, gdyby ten dochód przeznaczano częściowo na odnowienie wystawy.

Kolejny polski (choć ten akurat hipotetyczny) akcent na Maderze
Wizyta Krzysztofa Kolumba w Funchal

Plaża Formosa

To miejsca pojawiać się w moich artykułach będzie pewnie często. Jest to najbliższa dla nas plaża. Dobrze nam znana. Z gwarancją pięknych zachodów słońca przy dobrej pogodzie.

Piaszczyste części plaży służą motoryce małej…
…i nauce pisania.

Chodzenie po częściach kamienistych plaży stymuluje stopy i zmysł równowagi. Same plusy.
Prawie.
Bo bolesne zderzenia też się czasem zdarzają.
Ale to w sumie też plus. Uczy wytrwałości i cierpliwości w znoszeniu niedogodności.

Przy kolacji ze znajomymi w knajpce przy plaży mogliśmy podziwiać zachodzące słońce.

Punkt widokowy Pico do Areeiro

W sobotę wyruszyliśmy na poszukiwanie wrażeń w centralnej części wyspy.
Najpierw przystanek na kawę w Casa de Abrigo do Poiso. Mogliśmy przy okazji pooglądać przejeżdzające auta biorące udział w jakimś rajdzie.

Dalej zdecydowaliśmy się na jazdę w stronę Pico do Areeiro, ale z każdą minutą było coraz więcej chmur. Kiedy dotarliśmy na punkt widokowy przy samym szczycie , drugim najwyższym na `Maderze, była cały pokryty chmurami. Pierwszy raz byliśmy tam w taką pogodę. Wietrznie i zimno już bywało. Tym razem było jeszcze bardzo wilgotno. I pole widzenia bardzo skąpe.

Widok z trasy do Pico do Areeiro
Szarańcza? Pasikonik? wypatrzona przez Starszaka na parkingu pod szczytem.

Po krótkim cieszeniu się dzieciaków wspinaniem na sam szczyt punktu widokowego ruszyliśmy dalej.

Parque Temático da Madeira

Z powodu utrzymującego się zachmurzenia zrezygnowaliśmy ze spaceru Levada dos Balcões, którą można przejść nawet z wózkiem dziecięcym.
Pojechaliśmy dalej, miejscami bardzo krętą i stromą drogą, do miejscowości Santana i znajdującego się tam parku rozrywki, skierowanego przede wszystkim do rodzin z dziećmi.

Czy to hobbitowe Shire? Tylko pagórki trochę większe.
Baśniowe widoki na wjeździe do Santany.

W parku tematycznym byliśmy na pewno przy pobycie na Maderze w 2020. Przyznam, że trochę się tam zmieniło od tego czasu.

Jako pierwsze odwiedziliśmy kino z ruszającymi się fotelami, bo akurat miał się zacząć pokaz. Pod drzwiami musieliśmy jednak poczekać dodatkowe 15 min, bo przed nami weszła grupa zajmująca całą salę. Tzn. nie całą, tylko te 20 miejsc, które jednorazowo uruchamiają.
Przy poprzednim pobycie był inny film, coś w stylu podróż poślubna i atrakcje Madery.
Tym razem film był zrobiony á la gra komputerowa. Główny bohater zaliczając kolejne atrakcje zdobywał kolejne elementy stroju ludowego Maderczyka. Najfajniejszy był chyba moment zjazdu toboganem z Monte- poruszające się fotele dobrze oddawały dynamikę tego zjazdu. Może się nawet kiedyś skuszę w rzeczywistości.

Nową częścią jest mini zoo z wieloma zwierzakami. Dzieciaki podkarmiały je trawą. Poza widocznymi poniżej owcami i tabunem królików, są jeszcze lokalne krowy, kozy, ptactwo domowe i strusie. I staw pełen dużych ryb, ale te już były poprzednio. Jeszcze pawie przechadzały się po terenie parku.
Dla dzieciaków radocha. Ja karmieniem czy głaskaniem futrzaków też nie pogardzę.

Nowy dla nas był też plac zabaw w hali. Z interaktywną częścią pokazującą, jak powstaje cukier z trzciny cukrowej i jak powstaje mąka.
Z tą częścią, która miała pokazywać wytwarzanie cukru, mieliśmy małą wtopę. We czwórkę dorosłych uznaliśmy, że jest to element rzeczywiście interaktywny i że możemy w prasie leżącą obok trzcinę zmielić. Już miałam palcem spróbować sok, który udało się wycisnąć z trzciny mężowi, kiedy nagle pani bileterka od tej sali nas powstrzymała. Okazało się, że to raczej wszystko na pokaz leży. Można sobie popatrzeć, ale akurat niekoniecznie mielić. Trzcina rzeczywiście nie wyglądała na super świeżą, ale dla dobra nauki gotowa byłam się poświęcić. No cóż. Z głupimi uśmiechami poszliśmy dalej.
Sam plac zabaw w porządku. Huśtawka. Małe linarium. Równoważnia. Ścianka wspinaczkowa. Drabinki. Dobra alternatywa na odpoczynek od drobnego deszczu padającego na zewnątrz. Zwłaszcza, że podwórkowe place zabaw, które pamiętaliśmy, jako bardzo fajne, były ogrodzone taśmą i nieczynne.

Była też chwila dla dzieciaków w labiryncie z krzewów. Sporo urósł od ostatniego razu.

Po tych atrakcjach mężczyźni się oddzielili, a my ruszyłyśmy jeszcze w podróż w poszukiwaniu Madery. Pawilon G, chyba. To miejsce już poprzednio zapamiętałam, jako bardzo fajne. Przejażdżka łódką po szynach, gdzie przez chwilę możesz poczuć się jak podróżnik i odkrywca wyspy.

Dzięki temu, że faceci już czekali przy wyjściu z parku, a my miałyśmy ich bilety, mogłyśmy z przejażdżki skorzystać dwa razy. Bardzo się dziewczynkom podobało. Gdybyśmy miały więcej biletów, pojechałybyśmy jeszcze raz.

Atrakcji na terenie parku jest więcej. Nie ze wszystkich tym razem skorzystaliśmy. Można trafić na pokazy pracy lokalnych twórców- wikliniarza, hafciarek, garncarza. Za 1 e można popływać łódką wiosłową po stawie. Są też symbole Madery w skali makro- fajne do robienia sobie zdjęć.

Z pobytu w parku wnioski różne. Mąż zapowiedział, że więcej już tam nie pojedzie. A ja w sumie, z dzieciakami, czemu nie. Tylko przy lepszej pogodzie i z zapasem prowiantu.

Restaurante Gale- Santana

Prosto z parku, wszyscy już nieźle wygłodniali (jak długo można się żywić bananami?), ruszyliśmy do Restaurante Gale w Santanie, oddalonej kilka minut jazdy autem. Tym razem podaję z nazwy, bo mogę śmiało polecić. Lokal niezbyt duży i niezbyt atrakcyjny wizualnie. Ale obsługa miła i zabawna. Zamówione jedzenie podawano sprawnie i smaczne. Do tego kucharz i właściciel lokalu w jednej osobie wychodził do nas dwa razy. Najpierw zapytać, czy nam smakuje, a na koniec pogadać o restauracji. Bardzo fajne doświadczenie.

Księżyc i gwiazdy nad Funchal

W niedzielę nasz zwyczajowy poranny spacer do kościoła. I kolejne miłe spotkania z futrzakami.

Koto-love

Potem pożegnanie jednych znajomych wracających do Polski, powitanie kolejnych, którzy przylecieli pierwszym bezpośrednim lotem WizzAir z Warszawy i popołudnie z Młodszą i jej koleżanką na basenie osiedlowym.

Tydzień zakończyliśmy oglądaniem zachodu słońca z tej skały na Formosie widocznej na pierwszym zdjęciu tego artykułu. Dzieciaki się wspinały, a my jedliśmy gorące kasztany, po raz pierwszy upieczone samodzielnie w domu.

Wiele jest pięknych miejsc na świecie. To które teraz najbliżej poznajemy, i którym chcę się dzielić w zdjęciach i opisach, to Madera.

Zachęcam do obserwowania mojego profilu na Instagramie. Umieszczam tam krótkie relacje z naszego poznawania wyspy.
Dopiero uczę się mediów społecznościowych.
I nie chcę ich używać nadmiernie.
Doceniam jednak, że jest to fajny sposób na podzielenie się pięknem, które jest nam dane prawie na codzień oglądać.

https://www.instagram.com/burnevel/

Czytane na głos w tygodniu 23-29.10

Podczas naszego codziennego czytania, mamy książki, które towarzyszą nam dłużej i są elementem wieczornej rutyny przed spaniem. Mamy też takie, które czytamy dla konkretnej wiedzy czy inspiracji.

W tym tygodniu wróciliśmy do kilku książek z okienkami. Mimo formuły, nie są to książki dla maluszków. Ten sposób podawania wiedzy jest po prostu atrakcyjny. Nawet nasz nastolatek czasem zerka.

Na końcu świata. Natalia Przeździk

Ta książka to towarzysz długodystansowy. Dozujemy sobie po rozdziale. Młodsza cieszy się przygodami dzieciaków w Beskidzie Niskim, części Polski nam jeszcze nie znanej. Ja wspominam nasze lato 2020, z covidem w tle, i nasze ukrycie w kilku pięknych miejscach na Suwalszczyźnie. Też tytułowy „koniec świata”, tylko na innym krańcu Polski. Najpierw pod litewską granicą nad urokliwym jeziorkiem, w okolicach Puńska. Potem w chatkach w dwóch miejscach nad ulubioną rzeką, rzeką dzieciństwa, Czarną Hańczą.

Czy wiesz, po co jesz? Książka z okienkami. Emily Bone, Stefano Tognetti

Książeczka, która 4 miesiące przeleżała samotnie na Maderze. Teraz Młodsza znowu ją wyciągnęła. Przypominamy sobie budowę układu pokarmowego, jakich pokarmów potrzebuje ciało by być zdrowym i rosnąć, pojawiają się tematy bakterii jelitowych, zatruć czy alergii pokarmowych. Różne ciekawostki z zakresu odżywiania i trawienia. Dobrze jest wiedzieć, po co się je.

Sprawdźcie sami… Mikroby. Książka z okienkami. Sarah Hull

Twoje dziecko interesują bakterie? Wirusy? Grzyby? A może pierwotniaki? O tych mikrobach można poczytać w tej książeczce. A także, o tym, jak nam ludziom pomagają albo szkodzą. Jest też ciekawy rozdział pokazujący, jak nasze ciało jest świetnie przygotowane do obrony przed niechcianymi intruzami.

Nam książka podoba się bardzo. Jest kolorowa, ale nie aż tak, żeby zamazać istotne informacje. Fakty są ciekawie i dość prosto przedstawione. Jak każda książka opierająca się na faktach naukowych, może się z czasem zdezaktualizować. Zachęca to dodatkowo, do sprawdzania, czy dana ciekawostka jest aktualna, albo do szukania, jak rzeczywiście wyglądają mikroby przedstawione na ilustracjach.

Garfield. Tłusty Koci Trójpak. Tom1. Jim David

Z kocią fanką czytamy i takie lektury. Chociaż ta konkretnie należy do Starszego. To dzięki niemu, fanowi komiksów, poznałam wielu świetnych rysowników i powieści graficznych. Dla mnie nie stoją już na niższej pozycji niż książki. Jest to po prostu zupełnie inny rodzaj twórczości. Często równie wartościowej.

Garfielda lubimy za żarty i odniesienia do rzeczywistości- nie wszystkie zrozumiałe, bo odnoszące się w chwili powstania do konkretnego czasu i kraju. Również za możliwość śledzenia ewolucji rysunkowej bohaterów komiksu. I za kotowatość tytułowego bohatera.

Jeśli chciałabyś/ byś podzielić się jakimś wartościowym tytułem, zostaw komentarz pod tekstem.

Szykujemy się do zamówienia pierwszej paczki z książkami z Polski na Maderę i szukamy dobrych książek, które mogłyby zasilić naszą tutejszą biblioteczkę.