Trudności i postępy w edukacji domowej

Zauważyłam, że pomijam ostatnio wpisy stricte o naszej edukacji domowej.

Podglądanie warsztatu pracy malarza.

Dzieje się tak chyba dlatego, że taki sposób nauczania i uczenia się naszych dzieci, jest już tak bardzo zrośnięty z naszym rodzinnym funkcjonowanie, że trudno mi to wyodrębnić z dnia czy tygodnia.

Czy wiesz, po co jesz?

Rozwój i nauka dzieją się ciągle. I w domu i w podróży. Raz szybciej, raz wolniej. Czasem w sposób zaplanowany, czasem spontanicznie. Przychodzą z łatwością, albo w trudnościach. Wysuwają się na pierwszy plan, albo giną gdzieś między innymi codziennymi wydarzeniami.

Kajaki w Club Naval do Funchal w marinie.

Jest jednak postęp.

U Starszaka- zdane 3 egzaminy i kolejny w planie za 2 tygodnie. Chemia tym razem. Z przedmiotów przyjętych jako roczne- polski, matematyka, języki obce- tematów przerobionych stopniowo przybywa. Są próby kajakarstwa morskiego, zdobywanie znajomych z lokalnej Polonii czy miejscowej parafii. Coraz swobodniejsze posługiwanie się angielskim.

Mamo, powysyłamy do siebie listy?

U Młodszej- coraz więcej czytanych samodzielnie słów i zdań. Częste zabawy w pisanie listów. Wiele przesłuchanych książek. Liczenie różności na różne sposoby. Ćwiczenie w zabawie dialogów zapoznawczych po angielsku i po portugalsku. Słuchanie książek po angielsku. Wielokrotne przebudowywanie budowli z klocków. Coraz więcej prób pomocy przy gotowaniu.

Twarogowe kluseczki

W tle ścieranie się dorastania i wychowywania,
wolności i obowiązków,
przyjemności i konieczności,
miłości i wzajemnego wsparcia albo walki o zasoby między rodzeństwem,
samostanowienia i kierowania przez rodziców,
„nie chce mi się” i „ chce mi się”, tylko niekoniecznie tego, czego chcieliby rodzice.

…już niedługo przerosnę…

Przypominam sobie w tych chwilach, z autopsji, że gdyby dzieciaki chodziły codziennie do szkoły, to też mogłyby np. cały dzień bujać w obłokach( w grupie jeszcze łatwiej się skryć), mogłyby mieć swoje nielubiane przedmioty, miałyby czasem konflikty z dzieciakami z klasy czy szkoły.

Zdarzałyby się też może dni, kiedy wolą się umówić z mamą, że będą robić przez kilka godzin pranie w pralce Frani, płucząc ręcznie ciuchy w wannie i wyżymając w wyżymarce, żeby tylko odpocząć od szkoły. Albo robiąc coś mniej archaicznego.

Nie zmienia to faktu, że trudne jest godzenie wymagań i oczekiwań rodzica z potrzebami i zachciankami dziecka. Zwłaszcza w sytuacji, gdzie cała odpowiedzialność za edukację, wychowanie i rozwój dziecka spoczywa na rodzicach.

Nie da się zwalić na szkołę, jak coś idzie nie tak.

Ale za to, jak coś się udaje, czy ktoś chwali naszego dzieciaka, to można sobie samemu wystawić laurkę za rodzicielsko- domowo- edukacyjne sprawności. Albo mieć satysfakcję, że akurat tego udało się nam nie zepsuć. Bo wszystkie dzieciaki mają mnóstwo dobra i talentów w sobie. Czasem tylko trudno dostrzec i docenić nam te, które są zupełnie inne niż nasze. Częściej jednak, to codzienne dobro przyjmujemy jako coś oczywistego i zapominamy to docenić.

Wniosek z powyższego taki, że idziemy do przodu, na miarę naszych rodzinnych możliwości.

Czy u Ciebie, drogi Czytelniku, wszystko idzie zgodnie z planem i oczekiwaniami, czy zdarzają się też trudności?

Madera 2022/ Tydzień 7

Z ostatniego tygodnia chciałabym się podzielić odrobiną piękna i dobra, które były naszym udziałem.

Wtorek.

Rodzinny spacer po Funchal i załatwianie spraw z adwokatem. Fajnie jest przeprowadzić się do nowego kraju i mieszkać trochę tu, trochę tu, ale podatki też muszą grać. Jesteśmy w trakcie procesu robienia NHR- Non- Habitual Residence. Żeby uniknąć podwójnego opodatkowania. A podatki w Portugalii są naprawdę wysokie. Z tego, co zrozumiałam, podatek dochodowy wynosi ok. 48%. Mamy na to czas do marca następnego roku po przeprowadzce.

Środa.

Listopad to w naszej rodzinie miesiąc urodzinowy– świętowaliśmy tym razem urodziny męża. Zamiast tortu- maderskie serniczki domowej roboty. Nie do końca udane. Chyba po raz drugi trafiłam na ten sam felerny przepis. Pierwsze podejście robiłam 4 lata temu w czasie pobytu na Maderze.

Świętowania ciąg dalszy- spacer, nazwijmy to, kulturalny– w poszukiwaniu obrazów do mieszkania. Nic pasującego nie znaleźliśmy, za to wpadło nam w oczy swojsko brzmiące nazwisko twórcy jednego z dzieł. W naszym regionie, to bardzo popularne nazwisko.

Popołudniu wybrałam się po raz kolejny do centrum miasta. Syn miał trening kajakarstwa w marinie, a ja z córą spędziłyśmy ten czas w Parku Świętej Katarzyny.

Bubulcus ibis. Czapla złotawa w szacie spoczynkowej. W godowej byłaby złotawa na głowie, grzbiecie i piersi, i z czerwonymi nogami i dziobem.

W końcu udało się nam przyjrzeć, co to za ciekawy ptaszek się tu pojawił. Dzień wcześniej widziałyśmy go poza parkiem, przy ulicy. Akurat wcinał jaszczurkę.
Tym razem mogłyśmy się przyglądnąć i z pomocą aplikacji google rozpoznać zwierzątko. To prawdopodobnie ptak z rodziny czaplowatych- czapla złotawa. Taki mały i śmiesznie przygarbiony.

A powyżej swojskie krzyżówki. Pierwszy raz chyba je na Maderze obserwowałyśmy.

Widok na marinę o zmierzchu. Wycieczkowce ogromne już odpłynęły.
Funchal się rozświetla.
Fontanny w parku
Prawie noc. I zimno już się  zrobiło. Czuć, że maderska zima.
Czwartek.

Zachód słońca na plaży Formosa, to zawsze dobry pomysł. Nawet, jak cały dzień był trudnawy, to można na koniec nasycić się pięknem.

Zaskoczyła nas po przyjeździe pustość plaży. Fakt, trochę wiało, ale na plaży, deptaku i w barach jest zwykle sporo ludzi.
Po chwili sprawa się wyjaśniła.
Ludzie w barach byli, ale schowani w środku. Przed telewizorami, na których śledzili mecz Portugalii. Zdradziły ich krzyki, po strzelonym golu.
Męska część rodziny dołączyła do oglądania końcówki meczu.
Część żeńska tym razem wybrała wspięcie się na ulubioną skałę i podziwianie zachodu.

Piątek.

Przynajmniej raz w tygodniu koci spacer musi być. Tym razem rodzinnie się wybraliśmy.
Ale koty początkowo nie były nami zainteresowane. Dopiero po dłuższym czasie cierpliwego wyczekiwania. zaczęły się  schodzić. To stworzenie wielokolorowe, szylkretowe nazywamy Królową (choć nawet nie wiemy, czy to kot czy kotka- tacy z nas znawcy. Ale usprawiedliwia nas to, że większość kotów jest chyba wysterylizowana i trudno ocenić po wyglądzie zewnętrznym).
Jak się pojawi i zacznie miauczeć, po jakimś czasie schodzą się i inne koty.

Zdjęcie autorstwa Młodszej.
Wycieczkowiec odpływający nocą. Jak Titanic prawie.
Sobota.

Jak sobota, to i mecz Polska- Arabia Saudyjska.
Panowie kulturalnie oglądali sobie na billbordach w Parku Miejskim w Centrum Funchal. My po chwili towarzyszenia ruszyłyśmy w miasto. Jakoś Młodsza nie wciągnęła się w oglądanie piłki nożnej.

Jardim Municipal

Przespacerowałyśmy się w kierunku katedry.
Na Avvenida Arriaga zawsze można zobaczyć coś ciekawego.
Tym razem przyglądałyśmy się szykowaniu straganów na jarmark bożonarodzeniowy oraz miejsca pod dużą szopkę, z ruchomymi figurkami.

Piękny budynek Banco de Portugal
Widok na dziedziniec siedziby rządu Autonomicznego Regionu Madery
Katedra Sé do Funchal i pomnik św. Jana Pawła II
upamiętniający jego wizytę na Maderze 12 maja 1991r.

Obok katedry kupiłyśmy mapę Funchal. W drodze powrotnej do chłopaków prowadziła Młodsza, rozpoznając kolejne budynki narysowane na mapce centrum Funchal.

Pomnik Odkrywcy Madery- João Gonçalves Zarco
Niedziela.
Piękny. wschód słońca nad wyspami Desertas.

Poranny niedzielny spacer do kościoła. Tym razem Starszak wyjątkowo wcześnie wyruszył, bo postanowił służyć do mszy w naszej maderskiej parafii.
W Polsce jest ministrantem już ponad 3 lata.
Najpierw w ogromnej parafii w Warszawie, parafii Wniebowstąpienia Pańskiego na Ursynowie, a potem w naszej małej wiejskiej parafii na Suwalszczyźnie.
Szczerze podziwiam tego naszego dzieciaka-młodziaka.
Nie dość, że bariera językowa, bo niewiele dzieciaków tu mówi po angielsku komunikatywnie, to jeszcze różnice w sprawowaniu służby.
Najważniejsze, że i ksiądz proboszcz, i dzieciaki są niezwykle sympatyczne i widać już z daleka, że lubią ze sobą być i razem działać.

To była pierwsza niedziela adwentu. Ogólnie bardzo podobnie jak w Polsce.
jedyna różnica, jaką zauważyłam, to uroczyste poświęcenie parafialnego wieńca adwentowego i małych wieńców przyniesionych przez parafian z ich domów. W parafiach, które znam w Polsce, takiego zwyczaju jeszcze nie było.

No i nie ma mszy świętych roratnich ku czci Najświętszej Maryji Panny.

Chciałam napisać, że popołudnie spędziliśmy spokojnie w domu.
Ale przecież odbyło się jeszcze przełożone przyjęcie urodzinowe Starszaka z jego kolegami. Pierwsza taka imprezka w domu na Maderze.
Bardzo było nam miło gościć dwie polskie rodzinki.
Doświadczam tu wiele wsparcia od koleżanek Polek, które tu mieszkają na stałe od jakiegoś czasu. Jak coś potrzebuję, to najpierw pytam na grupie internetowej.

Dopiero po pożegnaniu gości był spokojny wieczór. Filmowy.
Tym razem z klasyką animacji. Aryskotraci.

I skok…
…przez gwiaździstą noc z gwiazdozbiorem Oriona…
…do pięknego wschodu słońca…
…i prozy życia oraz wybierania zasłon do mieszkania.

Taki to nasz tydzień.

A jak u Was? Raczej spokojnie czy imprezowo?

Podzielcie się w komentarzu.

Czytane na głos w tygodniu 20- 26.11

Czytanie to jeden z moich ulubionych sposobów wykorzystywania czasu, zdobywania wiedzy, odpoczywania. Siłą rzeczy często korzystam z tego sposobu również razem z dziećmi, w ich nauce, we wspólnych wieczorach.
Uważam, że kiedy dzielę się z nimi tym, co sama autentycznie cenię i lubię, to one również to doceniają.
Starszak już jest zapalonym czytelnikiem. Młodsza, mimo że nie jest jeszcze gotowa by samodzielnie czytać dłuższe teksty, to sama też doprasza się o wspólne czytanie.

Z drugiej strony jestem też otwarta na to, co lubią dzieci i co im pasuje.
Z synem nauczyłam się korzystać z czytników książek, z aplikacji do nauki języków czy z filmów w internecie, a także wykorzystywania zainteresowania grami do rozwijania innych obszarów. Nauczył mnie też, jak wartościowe mogą być komiksy.
Z córką polubiłam słuchanie audiobooków, co wcześniej było dla mnie dość męczące. I odkryłam, że można ten sama zestaw lego rozbudować i zbudować wiele razy pod rząd, zamiast odstawiać go na półkę.

Misia i jej mali pacjenci. Wyjątkowi pacjenci. Aniela Cholewińska- Szkolik

Po raz kolejny z Misią ratowaliśmy salamandrę plamistą, a zaraz po niej psa Popika.
Ten psiak to kolejny powód wracania do tej książki, ponieważ z podobnym mieszkaliśmy przez prawie rok. Potem znaleźliśmy mu nową rodzinę, żeby zaoszczędzić mu coraz częstszych smutków z powody rozstań i naszych podróży. Wiemy, że w nowym domu jest mu dobrze, jednak wspominamy go czasem z tęsknotą i rozrzewnieniem.

Na końcu świata. Natalia Przeździk.

Podziwiam autorów, którzy potrafią pisać dobre książki. Nie tylko dobrze napisane, ale pełne dobra- w bohaterach, miejscach, wydarzeniach. Chyba dlatego książki pani Natalii już od kilku miesięcy nam towarzyszą, jedna za drugą. Czekamy też na kolejne przygody, które, mamy nadzieję, zostaną opublikowane jak najszybciej.

Pani Natalio, gdyby szukała Pani pięknego kawałka Polski, w który chciałaby Pani zabrać Rodzinę z Niebieskiego Domu- zapraszamy na Suwalszczyznę.
Daniel i Paweł znajdą mnóstwo miejsc do kąpieli w rzekach i jeziorach. Prawdopodobnie poproszą też rodziców o spływ kajakami Czarną Hańczą, a może nawet zanurkują w Hańczy, najgłębszym jeziorze Polski? Łusia i Emisia pojeżdżą konno po Suwalskim Parku Krajobrazowym. A Mikołajek i Zosia zachwycą się stadami krów czy koni na pastwiskach oraz innymi zwierzakami w gospodarstwach agroturystycznych. O sarnach, lisach oraz żurawiach i bocianach na łąkach nie zapominając. Mama i tata znajdą piękne miejsca do wędrówek lub rowerowych wypraw. Poznają też kawał historii Polski, walk o granice w 1918 i walk o niepodległość w 1945. Znajdą ślady Jaćwingów, polskich Żydów, wigierskich kamedułów czy sejneńskich dominikanów. Cała rodzinka posmakuje potraw pogranicza polsko- litewskiego, w tym może kartaczy mojej teściowej.

O okładkę może się Pani nie martwić. Powyżej propozycja Młodszej, wiernej fanki Pani twórczości. I roboczy tytuł : ” Piękne łabędzie”.

Niepojęty. 100 opowiadań o Bogu i nauce. Louie Giglio

Opowiadanie o słuchu zachęciło nas do poszerzenia wiedzy o budowie uszu. Podziwiałyśmy te kosteczki słuchowe o śmiesznych kształtach i nazwach. Znalazłyśmy wytłumaczenie, czemu nasz głos wydaje się inny, kiedy słuchamy siebie na nagraniu. I dziękowałyśmy za nasze uszy, za to, że są sprawne, działają i pozwalają nam słyszeć się nawzajem.

Ziuk. Opowieść o Józefie Piłsudskim. Anna Czerwińska- Rydel

Powolutku, powolutku idziemy do przodu. Ziuk rośnie, uczy się w domu. Obserwujemy, co go ukształtowało.

Pierwiastki wokół nas. Książka z okienkami

Zachętą do sięgnięcia po tę książkę po raz kolejny był podręcznik do chemii zostawiony przez starszego brata na kuchennym stole.
Układ okresowy pierwiastków na okładce był tak interesujący, że Młodsza poszła zaraz po swoją książkę, żeby porównać.

Zaczęła od pokazania mi pierwiastka Kiur, nazwanego tak na cześć Marii Skłodowskiej- Curie, którą obie bardzo lubimy i jej historię na różne sposóby już poznawałyśmy. Czytałyśmy i słuchałyśmy książki i komiksy o niej. Byłyśmy w jej muzeum w Warszawie. A w ostatnie wakacje odwiedziłyśmy grobowiec Marii i jej męża, Piotra, w Panteonie w Paryżu. Muzeum paryskie małżeństwa Curie było w tym czasie niestety nieczynne.

Tym razem w Książce z okienkami poczytałyśmy o pierwiastkach tworzących żywe organizmy.

Nauka. To lubię. Tomasz Rożek

To książka autora, którego bardzo cenię jako popularyzatora nauki i dziennikarza naukowego. W Polsce mamy ją w wersji papierowej. Tu została nam możliwość posłuchania rozdziału o kolorach za pośrednictwem Spotify. Największą ciekawostką był fakt, że są ludzie, dla których litery mają kolory, a nawet dźwięki. To zjawisko to synestezja.

Obserwuję i poznaję. Pogoda. seria Aktywny Przyrodnik

Zbliża się maderska zima. Chmury na niebie pojawiają się coraz częściej. Dobra okazja do przeprowadzenia obserwacji przyrodniczych i nauki rozpoznawania rodzajów chmur. Nazwy, pochodzące z łaciny, brzmią jeszcze trochę  tajemniczo, ale korzystając ze zdjęć w tej książce, można rozpoznać, co to za chmurka rozpościera się na niebie nad nami.

Braciszek i Karlsson z Dachu. Karlsson z Dachu lata znów. Astrid Lindgren

Ulubione spędzanie wolnego czasu w ostatnich dniach to u Młodszej nadal słuchanie audiobooków połączone z budowaniem z klocków. Po Bullerbyn , Emilu i Pippi przyszła pora na Karlssona. Przyznam, że tych książek nie znałam. Przygody Braciszka z Karlssonem są ciekawe i zabawne, z większą dozą fantazji niż w Bullerbyn, czy w książkach o Emilu. Jakoś tak się to słuchanio- czytanie ułożyło, że od książek Astrid Lindgren z przygodami jak najbardziej realnymi, przeszliśmy do tych fantastycznych.

Na koniec wspomnę jeszcze o takim dziele, jak bajka muzyczna. Nie wiem, czy można to jeszcze zaliczyć do głośnego czytania, bo odgrywa tam większą rolę i muzyka, i śpiew, i gra wielu aktorów.
Jednak chcemy się tym podzielić, bo doświadczenie słuchania bajki o Calineczce było bardzo przyjemne i ubogacające.
Pamiętam kilka bajek muzycznych z dzieciństwa.
Chociaż takim najbardziej magicznym obrazem z dzieciństwa, z samego schyłku PRL-u, jest wspomnienie bajek z projektora, oglądanych w domu sąsiadów. Wydaje mi się, że do ich części też  był dźwięk, nie tylko napisy. Ale nie pamiętam zupełnie, jak to było odtwarzane.

Jeśli chcesz się podzielić swoimi lekturami z ostatniego czasu lub miłym wspomnieniem rozrywek dzieciństwa, napisz w komentarzu.

Skomentuj

Madera 2022/ Tydzień 6

  1. Spacer do Cãmara de Lobos
  2. Calheta
  3. Trzynaste urodziny!
  4. Spacer po centrum Funchal- Jardim Municipal i Avvenida Arriaga
  5. Levada Moinho i Levada Nova- Ponta do Sol
  6. Park Quinta Magnolia
  7. Niedzielny spacer lewadą Dos Piornais
  8. Complexo Balnear da Ponta Gorda

Spacer do Cãmara de Lobos

Dobrze jest mieszkać w takim miłym miejscu, jak Madera. Daje to okazje do miłych spotkań, nawet po latach.
We wtorek wybrałam się na spacer z plaży Formosa do Cãmara de Lobos z koleżanką z Polski i jej mężem, niewidzianymi od kilkunastu lat.
I było to bardzo miłe spotkanie. Jakby czas się na chwilę zatrzymał w miejscu. A nawet cofnął na moment.

Jeśli macie z 2-3 h czasu wolnego, to ta trasa wzdłuż wybrzeża jest świetna na przyjemny spacer, z przerwą na obiad w miasteczku odwiedzanym swego czasu przez Winstona Churchilla.

Po powrocie do Formosy była jeszcze chwila na spełnienie próśb Młodszej, która dzielnie mi towarzyszyła w tym dość długim, jak na jej nogi, spacerze.
Zakończyłyśmy lodami jedzonymi na skale z widokiem na zachodzące słońce.

A w domu czekał jeszcze upominek przywieziony z Polski przez koleżankę. (Dziękuję, Kochana! Próbowałam się podzielić z rodzinką, ale i tak większość pianek poszła w… moje biodra;))

Calheta

Jakoś tak nas tam z raz w tygodniu ciągnie. Może mamy sentyment po tym miesiącu, kiedy mieszkaliśmy 2 km od tej plaży w Calhecie.

Przyjemne miejsce na budownicze wyżycie się Młodszej, odpoczynek na leżaczkach męskiej części rodzinki i moje polowanie na ptaki ze smartfonem.

Na obiad tym razem wybraliśmy nieznaną jeszcze knajpkę i nieznaną potrawę na spróbowanie. Nie był to jednak najlepszy wybór. Cataplana, którą wybraliśmy, to coś w rodzaju gulaszu z warzyw i owoców morza gotowanych w specjalnym naczyniu. Czekaliśmy na podanie długo. Zbyt długo. Danie było dość dobre, ale nie na tyle, by chcieć zjeść je jeszcze raz.

Trzynaste urodziny!

Kolejny dzień świętowaliśmy urodziny naszego syna.
Jedyna nasza wycieczka w tym dniu, to wyjście do knajpki w stylu amerykańskim- The Red Car American 50′ w Funchal, obok Forum Madeira.
Bardzo fajna knajpka, naprawdę stylowa.
Jedzenie smaczne i szybko podane- jak to w amerykańskim fastfoodzie. Najfajniejszy Spider-Man wiszący na suficie. Do góry nogami oczywiście.

Spacer po centrum Funchal- Jardim Municipal i Avvenida Arriaga

Jak już mieszkamy tu dłużej, to czasem zapominamy jakie przyjemne jest po prostu przespacerowanie się po centrum Funchal. To miasto ma naprawdę swój urok i jest zadbane. Bardzo przyjemny jest ogród miejski i spacerek aleją do katedry.
Często odbywają się w tej okolicy różne wydarzenia.
Tym razem wędrując z Młodszą w poszukiwaniu prezentu urodzinowego dla jej koleżanki, trafiłyśmy na „targi” organizacji charytatywnych. Różne fundacje, czy grupy zbierały fundusze na swoje cele. Nas zatrzymało stoisko wspierające Ukrainę. Na innych stoiskach również było wiele ładnych i ciekawych przedmiotów na sprzedaż, głównie już ozdób bożonarodzeniowych.

Potem dotarłyśmy jeszcze do sklepu papierniczego i z materiałami dla plastyków, naprawdę porządnie zaopatrzonego, ale z cenami wielu rzeczy 2-3 razy droższymi niż w Polsce. Skompletowałyśmy tam upominek dla koleżanki, ale już wiem, co znajdzie się w naszych walizkach przy powrocie z Polski.

Levada Moinho i Levada Nova- Ponta do Sol

Najbardziej intensywny dzień tego tygodnia, to sobota.
Rano wybraliśmy się na rodzinny spacer dwoma lewadami. To jeden z niewielu szlaków na Maderze w formie pętli. Długość to około 9 km.
Auto zaparkowaliśmy przy kościele w Lombada da Ponta Do Sol.
Jest tam toaleta, warto skorzystać, bo na trasie nie ma żadnej.
Tuż przy kościele jest wejście schodkami na Levada Moinho.

Trasa wiedzie początkowopomiędzy poletkami uprawnymi poniżej i powyżej lewady. Miejscami podłoże jest nierówne, a zabezpieczenia trasy uszkodzone. Należy zachować ostrożność. Zwłaszcza przy mijaniu się z innymi wędrowcami.

Widoki, przestrzeń i zapachy roślinności są wspaniałe. Dobrze czasem odpocząć od niebieskości oceanu i dać oczom nasycić się zielenią.

Jeśli chcemy zrobić pętlę, to po około godzinie marszu, około 10min. za niewielkim wodospadem, obok którego jest miejsce wypoczynkowe z kamiennym stołem i siedziskami, należy schodami wejść w górę na Levada Nova. To chyba najtrudniejszy punkt trasy. Schody są strome i jest ich sporo.
Po ich. pokonaniu należy wejść na lewadę zwracając się w kierunku, z którego przyszliśmy. Ta lewada jest bardziej odsłonięta. Jest przy niej mniej roślinności. Mniej zabezpieczeń. A przestrzenie obok naprawdę ogromne, nawet chwilami zbocza kilkadziesiąt metrów w dół. Jak ktoś miewa zawroty głowy od przestrzeni czy wysokości, to nie polecam. Lepiej wrócić tą samą trasą.

A jeśli komuś to nie przeszkadza, to po około 15 min. dochodzi się do wodospadu, za którym trzeba przejść.

I zaraz jest kolejna atrakcja- tunel. Trudno mi ocenić długość. 200m? Jak się stoi na początku, to widać światełko na końcu. Latarka jest konieczna, tunel jest raz szerszy, raz węższy. Wysokie osoby muszą uważać na głowy. Jest też, co mnie zaskoczyło, dość suchy i ciepły.

Dla dzieciaków znajdzie się wiele atrakcji ułatwiających dość długi i męczący marsz. A to ciekawa roślina, a to chrząszcz czy inny owad. O kozach i owcach już nie wspominając.

Cała trasa obfituje w piękne widoki.

Przejście tej trasy zajęło nam sporo ponad 3 h z odpoczynkami. Najtrudniejsze, poza schodami, było ostatnie zejście, już w wiosce, w stronę kościoła. Bardzo stromo w dół. Dzieciakom było ciężko zejść, bo palce obsuwających się w butach stóp bolały. Ale znaleźli na to swoje sposoby. Starszy schodził tyłem. Młodsza bez butów, w samych skarpetach.

Park Quinta Magnolia

Po powrocie i szybkim przebraniu w bardziej odpowiednie stroje powędrowałyśmy na urodziny do parku. Bardzo fajny pomysł na urodziny pod drzewkiem.

Nie mam pojęcia skąd Młodsza czerpała siły, ale przez kolejne ponad 3 h biegała, wspinała się na drzewa, szalała na placu zabaw z innymi dzieciakami.

Ja ledwie miałam siłę siedzieć grzecznie na kocyku.

Z rozmów rodziców, głównie Polaków mieszkających na Maderze od max 2-3 lat, dowiedziałam się, że na Maderze nie ma ziemi niczyjej. Jeśli rośnie gdzieś drzewo owocowe, nawet w miejscu, które wydaje się najzupełniej dzikie i opuszczone, to ma ono najpewniej swojego właściciela. Lepiej nie dać się pokusie zabrania owoców, by nie narażać się na nieprzyjemności.

Bilans dnia to, poza mnóstwem pozytywnych doświadczeń, spotkań i radości…
u córy- pocięte palce do krwi, obite kolana, guz na głowie, rozerwana sukienka od zawiśnięcia na drzewie…
u mnie- jeden ból głowy, ale z tych, co po przyjściu do domu, walą od razu do łóżka.
Dobrze, że mąż i tatuś ogarnął resztę wieczornych obowiązków i zwyczajów.

Niedzielny spacer lewadą Dos Piornais

Niedzielny poranek był na odespanie.
Później wyprawa do kościoła.
I filmowe popołudnie rodzinne.
Już kolejny tydzień oglądamy film widziany klika razy ze Starszakiem, jak był mniejszy. Z Młodszą mamy zaległości. Tym razem wybraliśmy Epokę lodowcową 1.
Po filmie nastał niedzielny wieczór, co oznacza spacer najbliższą lewadą w stronę zachodzącego słońca. Tym razem trafił się nam jeden kotosłodziak, ale taki milusi, że dał się głaskać.

Complexo Balnear da Ponta Gorda

Po spokojniejszej niedzieli poniedziałek znów bardziej intensywny.
Rano sąsiadka zaprosiła mnie z dzieciakami na spacer na basen. Wybrałam się   tylko z córką. Starszak wolał zostać w domu i nadgonić trochę naukę i przygotowanie do egzaminów.

Poszłyśmy do kompleksu basenowego na Ponta Gorda. Wstęp płatny, ok 5,5 e za osobę dorosłą. Dzieci do 7 r.ż. nie płacą.

Jest tam kilka basenów ze słoną wodą, w tym jeden płytki ze zjeżdżalnią dla dzieci. Tuż obok jest też plac zabaw pod namiotem, kryjącym od słońca.

Jest też spory basen naturalny. Ale tego dnia może było na tyle wzburzone, że nie było bezpieczne wchodzenie tam z dzieciakami. Panie ratowniczki wygwizdały nas nawet gwizdkiem za chodzenie zbyt blisko krawędzi tego basenu. Ograniczyłyśmy się potem do normalnych basenów.

Jest dużo miejsca do opalania się. Przy wejściu można wynająć leżaki i parasole dodatkowo płacąc.
Z dziewczynkami zrobiłyśmy sobie też spacer wśród skał, zakończony znalezieniem miejsca pełnego krabów.

Miejsce przyjemne i warte polecenia, żeby mniejsze dzieciaki mogły się pokąpać w bezpiecznym miejscu. Aczkolwiek woda dość zimna, bo baseny nie są ogrzewane.

Najtrudniejszy, jak to na Maderze, powrót. Mocno stromo pod górę. Podziwiam sąsiadkę, że daje radę swoją dwulatkę w wózku pod takie stromizny wpychać. Pamiętam, że ja z moją dwulatką wymiękałam. Starszak musiał mi pomagać wpychać wózek pod górę, jak wracaliśmy z plaży lub musieliśmy podejść pod górę do autobusu. Dobry wózek, lekki, dobrze wyważony i stabilny, to podstawa. Spacerówka-parasolka nie jest najlepszym wyborem na te skosy.

Oj chyba jeszcze dużo czasu nam zajmie poznanie całej wyspy.
Pamietam, że przed przeprowadzką tu miałam taką chwilę klaustrofobicznego lęku… …jak ja będę tu żyć, na takiej maleńkiej wyspie na środku ogromnego oceanu.
A tu okazuje się, że wyspa wcale nie jest taka malutka.
I kiedy przyjeżdża się tu żyć, a nie na tydzień wakacji, to powoli przestaje dziwić, że są tu miejscowi, którzy się praktycznie poza Funchal nie ruszają. Żyją, pracują i się bawią tylko tu. I są zadowoleni.

Czytane na głos w tygodniu 13-19.11

Ostatni tydzień to czas trochę spokojniejszego życia, pod znakiem codziennej pracy, dalszego doposażania mieszkania, z dodatkiem nauki, ograniczonej trochę przeziębieniem Starszaka.

Czas na wspólne czytanie książek z Młodszą był.

Starszak samodzielnie umilał sobie czas chorowania czytaniem książek różnorakich.
Dobrze, że są czytniki książek, bo bym mu ilościowo nie nastarczyła polskojęzycznej literatury.
Książek w języku angielskim trochę dokupiliśmy, ale to za mało, jak na jego potrzeby.
Swoją drogą, podziwiam, że w tym wieku już nie robi mu różnicy, czy czyta po polsku, czy po angielsku.
Ja za czytanie literatury angielskiej w oryginale zabrałam się dopiero, kiedy oczekiwaliśmy na pierworodnego. A też uczyłam się angielskiego od zerówki. Mniej było chyba po prostu wystawienia na ten język w codzienności. A teraz: gry online po angielsku, komunikacja w różnych mediach po angielsku, filmy i artykuły w internecie na interesujące tematy po angielsku, do tego jeszcze podróże… i to oswojenie z językiem obcym jest szybsze.

Wracając do naszych lektur z tego tygodnia.

Niepojęty. 100 opowiadań o Bogu i nauce. Louie Giglio

Wróciliśmy po przerwie do tej książki. W każdym rozdziale autor wychodząc od krótkiego wersetu z Pisma Świętego przechodzi do opowieści o ciekawych faktach naukowych ze świata przyrody, astronomii, biologii, fizjologii… Pokazuje, że rozum i wiara nie wykluczają się. Mogą i powinny współdziałać. Aby lepiej poznawać i rozumieć nasz wspaniały świat i jego Stwórcę.

Ziuk. Opowieść o Józefie Piłsudskim. Anna Czerwińska- Rydel

Powolutku przechodzimy przez tę książkę. Trudne to były czasy i życie pod zaborami.

Skończyliśmy też w tym tygodniu słuchać książkę Stasiu, co Ty robisz? Grażyny Bąkiewicz. Ta seria Ale historia… spodobała się bardzo i siedmiolatce, i nastolatkowi, i mamie. Towarzyszą nam kolejne części w podróżach po Polsce i po Maderze. W tej akurat razem z bohaterami fikcyjnymi książki szukaliśmy winnych rozbiorów Polski. Do tematu autorka podeszła z różnych stron. Podając różne fakty i czyny postaci historycznych, zostawiła czytelnikowi trochę przestrzeni na wyciągnięcie własnych wniosków i ocenę czynów naszych przodków. Nie powiem, mi się zrobiło smutno, kiedy słuchałam o euforii po uchwaleniu Konstytucji 3 maja, a zaraz potem o zdradzie w Targowicy, chociaż przecież wiedziałam, że tak właśnie było.

Na szczęście kolejny tom to Mamy niepodległość. Podejdziemy do Piłsudskiego z trochę innej strony.

Pan Tadeusz. Adam Mickiewicz

Starszak trochę zajrzał sam, jak zostawiłam na stoliku w salonie. A Młodsza też zabrała się sama, choć jeszcze nie czyta dłuższych tekstów. Ale przeglądała sobie ilustracje (bo jest to wydanie pięknie ilustrowane starymi rycinami) i trafiła na fragment, w którym było wiele nazw zwierząt. Wypatrzyła nazwę swojego ukochanego rysia i poprosiła by jej przeczytać. I tak przeczytaliśmy fragment o Królestwie Zwierząt.

Na końcu świata. Natalia Przeździk

Tu już powoli zmierzamy do końca i dozujemy sobie po rozdziale, co drugi dzień. Nie wiem, czy to dzięki temu, że ta opowieść jest taka rzeczywista i ludzka, czy dlatego, że czytamy kolejno już trzecią część, czy to przez to, że czytany przed snem… ale te historie bardzo w córce zostają. Przypomina w najmniej oczekiwanych momentach… Wczoraj chodziliśmy wzdłuż lewady Moinho i spotkaliśmy kozę. I młodsza przypominała, jak to Adaś na widok sarny wolał „U, U”, bo nie umiał jeszcze powiedzieć „Mu”, jak Mikołaj.

Rodzino z Niebieskiego Domu, stałaś się nasza rodziną.

Misia i jej mali pacjenci. Wyjątkowi pacjenci. Aniela Cholewińska- Szkolik

W tym tygodniu towarzyszyłyśmy Misi w ratowaniu małego trzciniaka i kolorowej papugi.

Lego Explorer. Upał, piach i węże.

Ten miesięcznik nam bardzo pasuje, bo łączy pasję Młodszej do budowania z klocków i do przyrody, dodając nawet szczyptę historii- o faraonach, piramidach i hieroglifach.

Skały i skamieniałości. Seria Aktywny Przyrodnik

Poczytałyśmy sobie trochę ciekawostek o wulkanach i skałach. Chcemy zrobić kilka z opisanych eksperymentów, ale polujemy na razie na składniki. Może będziemy musiały przywieźć je sobie z Polski, bo na wyspie na razie nie znalazłyśmy.

Z audiobooków w tym tygodniu Młodsza przesłuchała też kolejne dwa Astrid Lindgren– pierwszą i drugą część przygód Pippi Pończoszanki, czytane przez Edytę Jungowską.

Książki są wspaniałe. Dzięki temu, że czytam czy słucham z dzieciakami, mam okazję spojrzeć na różne sprawy z nowej strony. Chętnie też wracam do czytanych wcześniej przeze mnie lektur, ale z nowym doświadczeniem życiowym i mój odbiór jest już inny.

Nasze dzieci mają w ogóle super, bo z mamą poznają świat książek, a z tatą- świat filmów, zupełnie inną dziedzinę twórczości.

Zachęcam bardzo do czytania. Przynajmniej książkę tygodniowo. Nie musi to być od razu cały Władca Pierścieni. Można zacząć od krótszych lektur.

A czytanie z dziećmi jest szczególnie ważne. Nie tylko pomaga im poznawać świat, stawać się świadomymi czytelnikami, ale też rozwija relacje w rodzinie. Wspólny czas, wspólne zainteresowania są na wagę złota w dzisiejszym pędzącym świecie.

Nastolatek w domu

Stało się. Od dzisiaj mamy w domu nastolatka oficjalnie 🙂

W większości krajów za nastolatka uważa się osobę, która ukończyła 13 rok życia.

A dokładnie 13 lat temu, 17 listopada, chwilę po godzinie pierwszej w nocy, urodził się nasz pierworodny syn.

Dawno to i w sumie niedawno.

Tylko te słodkie stópki z malutkich zmieniły się w rozmiar 43.

I wzrost z niecałych 60cm na 172. Już jest ze mną równy. Jeszcze chwila i będzie patrzył na mnie z góry.

Ale na razie to jeszcze mój mały synek. Niby wielki chłop, ale jak każdy z nas potrzebuje uwagi i miłości.

I przyzwolenia, by w bezpiecznych granicach mógł się stawać coraz bardziej niezależnym sobą. By mógł wypełnić swoje zadanie, którym ubogaci ten świat.

Parafrazując jednego z moich ulubionych poetów, księdza Jana Twardowskiego …

Śpieszmy się kochać dzieci, tak szybko odchodzą z rodzinnego domu.

I nawet gdy powracają, to są już tylko i aż gośćmi.

Po to zostały nam dane, byśmy wychowali je dla świata poza rodzinnym domem.

Żeby sobie poradziły i zostawiły po sobie dobry, piękny i niepowtarzalny ślad.

Uczciliśmy ten dzień urodzinowy na różne sposoby.

Tortem z prezentami na śniadanie i sesją zdjęciową przy torcie.

Obiadem w amerykańskiej knajpce z burgerami, o której Młody marzył, a jakoś nam nie było po drodze.

Przytulasami z rodzicami i siostrą, video rozmowami z rodziną w Polsce, rozmowami i graniem z kolegami z Polski.

Wieczornym oglądaniem ostatniego Jamesa Bonda z tatą.

Zostało jeszcze dokończyć kartkę z urodzinowymi pytaniami. Już w sumie 10 rok je robimy. W pierwszych latach pisałam ja za syna. Potem już zaczął pisać sam. To fajna pamiątka. Lubi wracać w ciągu roku do tych kartek urodzinowych.

Po lewej stronie jest miejsce na dane metryczne;), zainteresowania, miłe słowa od mamy, taty i siostry. A na rewersie jest kilka zdjęć z ostatniego roku i miejsce na opisanie dnia urodzin.

Warto świętować. Nie tylko raz do roku. Ale każdy dzień czynić wyjątkowym.

A jak coś się nie uda, coś zazgrzytało w relacji- przeprosić, naprawić i zacząć od nowa. Warto.

Madera 2022/ Tydzień 5

Danaid wędrowny ( Monarch) na Bugenwilli okazałej.

Tydzień piąty tego pobytu na Maderze minął błyskawicznie.
Łapiemy chwile, ulotne jak na powyższym zdjęciu.
Pół tygodnia ze znajomymi z Warszawy.
Reszta na świętowaniu rodzinnym i z poznanymi sąsiadami z bloku, rodzinką brytyjsko- niemiecką, z których sześcioletnią córką, nasza Młodsza się zaprzyjaźniła. Mimo, że nie znają żadnego wspólnego języka.
Radzą sobie bez słów prawie.
Trochę tak, jak w Ani z Zielonego Wzgórza. Pokrewne dusze, „które znają Józefa”.

Plaża pod hotelem Orca Praia.
Można dojść promenadą albo od Formosy, albo od Cãmara de Lobos

Część wtorku spędziłam na plaży z moimi dzieciakami oraz z koleżanką z Warszawy i jej córką, przyjaciółką Młodszej.

Najpierw wczesny obiad w jednej z knajpek przy plaży, bo dzieci ciągle głodne.

Potem powędrowaliśmy promenadą od plaży Formosa w kierunku Cãmara de Lobos, dalej niż zwykle. Do jednego z ulubionych miejsc naszych dzieci.
Nie wiem w sumie, czy ten kawałek to jeszcze Formosa.
Dla naszych potrzeb nazywamy go „piaskowa plaża”.
Jest poniżej hotelu Orca Praia, przyklejonego do klifu.
Nie da się go przeoczyć.
Hotelu.
Plaży też nie.
Wydaje mi się, że co jakiś czas ten kawałek wybrzeża jest przez ludzi (może z hotelu) odkamieniany.
Jak byliśmy wiosną, to po kilku dniach wzburzonego oceanu, piasek znikł zupełnie pod kamieniami.

Później… jak to z plażowaniem z dzieciakami bywa…
Młodsza miała siedzieć przy brzegu i się nie kąpać, bo po gorączce trzydniowej.
Jej koleżanka miała tylko zanurzyć nogi będąc ubrana, bo stroju i ręcznika nie wzięła.
Starszak zadowolony pluchał się w falach.

Przyszła fala większa niż poprzednie.

Ledwie zdążyłyśmy plecaki i ciuchy dzieci przerzucić dalej.
Obie dziewczyny mokre i całe w piasku.
Starszaka stopy obdarte do krwi po kamykach i żwirze wulkanicznym.

Takie ryzyko plażowania nad oceanem, przy kamienistych plażach.
Trzeba być ciągle czujnym.
A i tak nie zawsze da się ocenić, jak daleko sięgnie dana fala.

Skutek.

Przenieśliśmy się wszyscy wyżej, pod sam murek graniczny deptaku.
Stopy zostały opatrzone.
Dziewczynki po przebraniu, zrobiły sobie piknik na murku.
Mamy relaksowały się przy szumie fal.
Przyszły urocze Góropatwy czerwone. Śliczne kuraki.
I wcale nie tak bardzo płochliwe, jak piszą w internecie.

Góropatwa czerwona- gatunek introdukowany na Maderę

Wieczorkiem wybraliśmy się jeszcze do Cãmara de Lobos na ostatni spacer przed powrotem znajomych do Warszawy.

Port w Cãmara de Lobos. Wybrzeże. Od strony molo.
NIeodmiennie fascynują mnie Ci panowie,
codzienne z takim zaangażowaniem grający w karty.
Próbowaliśmy rozpoznać, co to za gra.
Mąż mówi, że to coś podobnego do naszego „wuja” ( inna nazwa „pan”),
tylko z trochę innymi zasadami.
Dziewczynki oczywiście chciały się wyszaleć na placu zabaw.
Jest niewielki, ale dość przyjemny.

Po spacerze i lodach zjedzonych obok rzeźby Winstona Churchila z cygarem z zębach, wybraliśmy się w trzy rodziny na kolację do Restaurante Viola w Estreito da Cãmara de Lobos.
Poznaliśmy to miejsce przy pierwszym pobycie na Maderze, w styczniu 2018.
Wystrój wtedy był dość obskurny. Było ciasno. Ale tłumy gości i jedzenie wyborne.
Od tamtej pory byliśmy tam wiele razy. Sami i ze znajomymi.
Restauracja została odnowiona i powiększona.
Jedzenie pozostało proste i smaczne.
Nasz zestaw to espetada ze steka wołowego, smażona polenta kukurydziana (milho frito) i sałatka.
Młodsza tego mięsa nie tyka. Za to ze smakiem wcina przepiórki (codorniz) . Mimo, że są dość pikantne.

Wskazówka: jeśli chcecie tam zjeść w weekend- lepiej zadzwonić i zarezerwować miejsce.
Zdarzyło się nam czekać na stolik kilkadziesiąt minut. Teraz jeździmy raczej w dni robocze.

Park Santa Catarina przy centrum Funchal.

We środę przed powrotem znajomych do Warszawy ( od 30 października jedne z tanich- wcale nie tak bardzo- linii lotniczych uruchomiły połączenie bezpośrednie z Warszawą- Okęciem, we środy i niedziele) umówiłyśmy się jeszcze w parku Santa Catarina.
Jest tam wszystko, czego zwykle oczekujemy od parku przyjaznego rodzinom.
Plac zabaw z atrakcjami dla dzieci w różnym wieku.
Kawiarnia.
Toalety.
Piękna, zadbana zieleń i kwiaty.
Staw, a na nim łabędzie, kaczki i gołębie obok.
Dużo ławeczek w różnych miejscach.
Spory trawnik, na którm można się nawet rozłożyć z kocykiem, zrobić piknik albo się poopalać. (Jeśli ktoś lubi opalać się w środku miasta i na widoku spacerowiczów)

Park ten ma też bonus. Świetny widok na marinę i na przystań ogromnych statków wycieczkowych.

Widok na port z placu zabaw
Linarium
Część dla młodszych dzieci

W piątek, 11 listopada, świętowaliśmy na miarę naszych możliwości i oddalenia od Polski.
Z tęsknotą.
Znaleźliśmy polską flagę przywiezioną specjalnie na tę okazję, ukrytą w książce. ( Na kolejny rok postaram się o większą)
Zaśpiewaliśmy hymn z dzieciakami o 11:00 w łączności, z tymi, co śpiewali w południe w Polsce, w ramach akcji „NIepodległa do hymnu!”. ( Jesteśmy godzinę do tyłu względem Polski)
Poczytaliśmy książki związane z Polską i jej historią.

Narodowe Święto Niepodległości Polski

A popołudnie spędziliśmy rodzinne na plaży Formosa. Każdy tak, jak lubi.
Korzystając też z tej okazji, by przez kamerkę porozmawiać z bliskimi w Polsce, podzielić się z nimi słońcem i pięknymi widokami.

Nie nasze dzieło.
Widziałam proces powstawania.
Szczerze podziwiam.

Sobota, to czas na basenie osiedlowym, integracja z sąsiadami i ich dzieciakami.
A wieczorem wspólny wypad na świąteczne obchody w sąsiedniej parafii.
Trzeci dzień z 4 dniowego świętowania z okazji święta św. Marcina z Tours i Naszej Pani „da Patroncino”. Dokładniej opisałam to w tym poście na moim instagramie.

Dekoracje wokół Igreja São Martinho
Msza wigilijna. Po obu stronach ołtarza figury patronów na feretronach.
Mnóstwo pysznego jedzenia- choć akurat na dorsza się jeszcze nie zdecydowałam.

Z festynu/ odpustu wróciliśmy dość późno, więc poranek niedzielny odsypialiśmy.

Po przebudzeniu kolejna gorączkowa odsłona- tym razem dopadło Starszaka.
Został w domu pod opieką taty, a na mszę powędrowałam już tylko z Młodszą.
Popołudnie spędziliśmy w domu, na rodzinnym oglądaniu filmów.
Dopiero pod wieczór wybrałam się z Młodszą na nasz zwyczajowy już spacer i wietrzenie głowy, lewadą do kociego królestwa.

Poniedziałek minął pod znakiem dalszego gorączkowania,
długich zakupów w popularnym sklepie budowlanym (jedynym, do którego w miarę mi łatwo autem dojechać, a to dla mnie niezwykle ważne, bo tutejsze drogi to nadal poważne dla mnie wyzwanie, a ruszanie pod górkę, to często moje Waterloo)
i kończenia roszady pokoi w naszym mieszkaniu.}
Każdy ma teraz sypialnię w innym pomieszczeniu niż do tej pory.

Przy okazji uaktywniła się moja słabość/pasja do rozkręcania/skręcania mebli i drobnych prac z użyciem śrubokrętów i wiertarko- wkrętarek (majsterkowanie kosztem gotowania obiadu) oraz moja „zosio-samosiowatość”, która nie chciała czekać, aż mąż skończy pracę (kosztem wyłamania kawała ramy łóżka- uratowałam dzięki przyjacielowi każdej kobiety- klejowi montażowemu).

Jak dorosnę, zostanę profesjonalnym monterem mebli;).

Dobrego tygodnia życzę.

Łapcie chwile, bo są ulotne, a to z nich składa się życie.

Czytane na głos w tygodniu 6- 12.11

Część lektur w tym tygodniu została wybrana, by pogłębić świętowanie uroczystości 11 listopada. Reszta, to pójście za upodobaniami dziecka.
Tak to jest, że czasem to ja proponuję coś dzieciom, a czasem to one o coś proszą,. Pójście za tą prośbą przynosi często dobre owoc. M. in. w postaci wytrwałości w słuchaniu. I zaangażowania w temat. A ja też korzystam np. z chwili dla siebie, kiedy Młodsza jest zajęta przez dłuuugą chwilę słuchaniem książki przy jednoczesnym budowaniu z lego.

Ziuk. Opowieść o Józefie Piłsudskim. Anna Czerwińska- Rydel

Zaczęliśmy czytać w Święto Niepodległości 11 listopada.
Książki biograficzne dla dzieci tej autorki bardzo cenię. W sposób łatwostrawny, ale nie dziecinny przedstawia postacie znanych osób.
Swego czasu zaczęłam czytać jej książkę Kryształowe odkrycie, o Janie Czochralskim, i nie oderwałam się od niej, póki nie skończyłam. To zasługa też samego głównego bohatera, nieznanego dla mnie wcześniej.
Książkę o Piłsudskim czytamy wspólnie powoli, przyglądając się jego dzieciństwu w trudnych czasach zaborów.
Warto w pierwszym rozdziale, nagranie głosu Piłsudskiego przesłuchać sobie z internetu, zamiast czytać samemu. Takie oddanie głosu bohaterowi książki bardzo urzeczywistnia tę pomnikową postać i pozwala nawiązać z nią jakąś więź.

Na końcu świata. Natalia Przeździk
Nadal poznajemy Beskid Niski z dużą rodzinką.
Klimat wakacyjny pasuje nam do aury panującej za naszym oknem na Maderze. Ciepełko i mnóstwo słońca.

Klasyka polska dla dzieci.

Znane i lubiane wiersze, bajki, poematy polskich autorów.
Krótsze i dłuższe. Do wyboru, do koloru. Ładnie zilustrowane.
Warto do nich wracać i zapoznawać kolejne pokolenia z tymi utworami.

Polscy artyści. Dariusz Grochal

Mała książeczka o polskich twórcach. W środku niedługie notki biograficzne i po kilka ciekawostek o sławnych osobach.
Na razie przeczytałyśmy o Ignacym Janie Paderewskim. I oglądnęłyśmy fragment filmu Sonata księżycowa, w którym sam mistrz w wieku 77 lat wystąpił, grając na fortepianie. Film z 1937 roku. Dostępny w internecie.

Ostatni dzień to szaleństwo audiobooków. Tak już ma nasza młodsza pociecha, że jak coś się jej spodoba, to chciałaby stale.
I tak, za Dziećmi z Bullerbyn, poszły Dzieci z ulicy Awanturników. Potem Emil ze Smalandii i Kolejne przygody Emila ze Smalandii.
Astrid Lindgren w najlepszych odsłonach.
Czytane na głos, choć nie przeze mnie, ale za to we wspaniałym wykonaniu Edyty Jungowskiej.

Starszy z kolei kolejny już dzień słucha Robinsona Cruzoe, Daniela Defoe.

I tak nam mija dzień za dniem, książka za książką.

Kto czyta, żyje wielokrotnie.
Kto zaś z książkami obcować nie chce, na jeden żywot jest skazany

Czechowicz Józef

Madera 2022/ Tydzień 4

Kolejny tydzień ze znajomymi z Polski. Miało być więcej zwiedzania, jednak choroba pokrzyżowała plany i tylko połowa rodziny skorzystała z zaplanowanej na sobotę wycieczki.

Mimo tego wdzięczna jestem za wszystkie chwilę, spotkania i miejsca, które udało się nam w tym tygodniu odwiedzić.

  1. Cmentarz Nossa Senhora das Angústias w dzielnicy São Martinho
  2. Ścieżka spacerowa wśród bananowców- Madalena do Mar
  3. Plaża – Calheta
  4. Rejs na Porto Santo
  5. Niedziela- kaplica Penha da França, końcówka chorowania i Levada dos Piornais

Cmentarz Nossa Senhora das Angústias w dzielnicy São Martinho

1 listopada również w Portugalii jest dniem wolnym od pracy. Aczkolwiek o wiele więcej osób pracuje- czynne są nawet duże supermarkety, aczkolwiek klientów o wiele mniej niż w zwykły dzień.

Zaczęliśmy świętowanie od mszy świętej w naszym kościele parafialnym p.w. Naszej Pani z Nazaretu ( w wolnym tłumaczeniu).

Potem, po portugalsku, ciastko i sok w kawiarni, i spacer na najbliższy cmentarz.
Cmentarz Naszej Pani od Udręki/Nieszczęść/ Niepokojów/Lęków/Potrzeb (tyle przynajmniej jest opcji przetłumaczenia słowa „angustias”)

Jest to dość duży cmentarz. Rodzaje pochówków są różne. Ossaria ( nie wiem, czy tam się składa urny z prochami czy kości), nagrobki podobne jak w Polsce, kaplice ze stojącymi na powierzchni trumnami (czyli nie zakopane i nie w krypcie) i taki małe tablice, jak poniżej.

Co nas od razu zaskoczyło, to prawie brak zniczy. Za to dużo żywych, ciętych kwiatów. Ludzi było sporo. Wchodzili i wychodzili. Ale nagromadzenia w jednym czasie tłumów nie było.

Przed naszym wyjściem z cmentarza, na jednym ze starszych nagrobków, wypatrzyliśmy malutkie kociaki. Były trzy. W pobliżu chodziło też kilka dorosłych kotów. Stał tam budynek jakby gospodarczy, dla pracowników cmentarza. To pewnie oni te koty dokarmiają i hodują.

Ścieżka spacerowa wśród bananowców- Madalena do Mar

Popołudniu pojechaliśmy jeszcze ze znajomymi do Madalena do Mar. Pogoda była niepewna, to wybraliśmy krótką ścieżkę na spacer- Rota da Banana.
W sumie są to 3 szlaki: RB1, RB2 i RB3. My trzeci przegapiliśmy.
Wejście na szlak RB2 jest przy knajpce A Taberna Madalena do Mar.

Ścieżka łatwa, aczkolwiek miejscami wąska.
Z wózkiem dziecięcym raczej nie ma co się wciskać.
Kwiat bananowca z zawiązkami owoców

Szlak wiedzie między plantacjami bananów, miejscami wzdłuż lewady. Nie polecam zrywać bananów prosto z krzewów. Nie nadają się do jedzenia. Po ścięciu całej kiści muszą jeszcze swoje odleżeć, żeby można było zjeść je ze smakiem.

W pewnej chwili spokojnego spaceru, do płynącej obok lewady, wpadł kotek pluszowy córki. Z 50 metrów go goniliśmy. Dobrze, że z naprzeciwka szła grupka polskich turystów i na moje zawołanie: „Łapcie kotka! Łapcie kotka!”- jeden z panów go wyłowił. Kot wymagał prania, ale przetrwał, to najważniejsze.

A co to za cudo nad głowami?
Sechium edule, Kolczoch jadalny.
Po madersku- pimpinela.

Po wyjściu z RB1, wracając wzdłuż plaży do samochodów, spotkaliśmy jeszcze urodziwe kaczki, prawdopodobnie piżmowe.

Kaczki na plaży w Madalena do Mar
karmione Bolo do Caco- maderskim przysmakiem

W drodze powrotnej, część towarzystwa pojechała jeszcze na szlak Levada do Moinho zaczynający się przy kościele w Lombada da Ponta do Sol. Ja z mężem, Młodszą i jej koleżanką pojechaliśmy do domu na zabawę.
Więc szlaku nie opiszę tym razem. Podobno fajny. Jeden z niewielu na wyspie, gdzie da się zrobić pętlę i przechodząc na drugi szlak, Levada Nova, wrócić do auta, nie tą samą drogą. Jak kiedyś sama pójdę, to pokażę zdjęcia i opiszę wrażenia.

Plaża – Calheta

Jak już wspominałam, bywamy tu dość regularnie. Plaża bezpieczna do korzystania przez dzieciaki, a obok pyszny tuńczyk- wystarczające powody by tu wracać.

Ujście rzeczki do oceanu- tak wyglada naturalne wybrzeże wyspy.
Plac zabaw przy plaży w Calhecie
Plaża w Calhecie to dokładnie dwie sztuczne plaże usytuowane naprzeciwko siebie.
Piasek na plaży.
Im bliżej oceanu, tym więcej czarnych kamuszków.
Za hotelem po lewej, spory market Pingo Doce.
Piasek, jaki jest, każdy widzi.
Raczej nie pochodzenia maderskiego.
Przywieziony w 2004r. z Maroka.
W pobliżu port, a przy nim deptak z licznymi restauracjami.

Rejs na Porto Santo

W sobotę mieliśmy płynąć z 3 znajomymi rodzinami promem Porto Santo Line na sąsiednią wyspę. Jednak gorączka, która dopadła Młodszą pociechę w drodze powrotnej z Calhety, zatrzymała mamę i córkę w domu.
Jakoś dzień przetrwałyśmy. Porto Santo na nas poczeka. Bilety na prom ważne są 90 dni, to może się wybierzemy jeszcze w tym roku.

Wspólne przezgorączkowe leżanko przy słuchaniu podcastów.

Niedziela- kaplica Penha da França, końcówka chorowania i Levada dos Piornais

W niedzielę pierwszy raz byłam z synem na mszy sprawowanej po angielsku. Więcej o kaplicy i wspólnocie tam się spotykającej w tym tekście.

Kwiaty, owoce, liście-
wszystko na raz na jednym drzewie?
Na Maderze to możliwe.
Puchowiec wspaniały.

Wieczorkiem wybrałyśmy się z Młodszą na spacer dla zdrowia. Gorączka została zwalczona, więc uzbrojone w mikroskop podręczny i saszetkę z kocią karmą poszłyśmy na naszą najbliższą lewadę- Levada dos Piornais.

Widok na Funchal i wyspy Desertas z Levada Piornais

Najlepsza terapia dla rekonwalescentki mojej małej, to kontakt z naturą.
Najchętniej z tą miauczącą.

Zaczęło się od jednego…
…skończyło na trzynastu.
Mała kocia fanka uszczęśliwiona.

Jeśli jesteście kocimi wielbicielami i jesteście w Funchal- dajcie znać. Zdradzę, gdzie dokładnie jest nasze kocie miejsce 😉

Funchal to ponad 500 letnie miasto.
Zabytkowe budynki, nowe domy, rudery, nowoczesne blokowiska, hotele.
Wszystko pomieszane z bujną, tropikalną roślinnością.

Kaplica Penha de França w Funchal

Piękna niedziela kończy się właśnie.

Stale ubogacającym doświadczeniem jest dla mnie branie udziału w liturgii w różnych parafiach. Chociaż staram się budować relację z parafią miejsca zamieszkania, to z różnych przyczyn czasem trafiam do innych kościołów.

Dziś mój kochany mąż zajął się gorączkującą córeczką, a ja z synem powędrowałam do malutkiego kościółka blisko portu, gdzie zatrzymują się ogromne wycieczkowce. Właściwie jest to kaplica, Capela de Nossa Senhora da Penha de França. Dopiero w domu uświadomiłam sobie, że w ołtarzu jest rzeźba objawienia w Lourdes, i moja patronka, św. Bernadeta Soubirous.

Skierowaliśmy się właśnie tam, bo jest to jedyne miejsce na wyspie, gdzie regularnie, w każdą niedzielę o 10:00, jest sprawowana msza święta w całości w języku angielskim.
Liczyliśmy też na możliwość skorzystania z sakramentu pokuty i pojednania w języku angielskim. Byłoby to dla nas łatwiejsze, niż w języku portugalskim.
Dzięki temu wysiłkowi, który musiałam podjąć i brakowi łatwego dostępu do sakramentu miłosierdzia na wyspie, uświadomiłam sobie, jak dobrze i wygodnie jest jeszcze w Polsce. Mogę pójść niemal na dowolną mszę świętą i przeważnie przed każdą ksiądz siada w konfesjonale. Tu już nie mam tak łatwo.

Po pierwsze bariera językowa, jeszcze trudniejsza dla dzieci. Ja już co nieco rozumiem, dzięki wcześniejszej nauce angielskiego, niemieckiego, włoskiego i odrobiny łaciny.

Po drugie, nie przed każdą mszą jest spowiedź. Są wyznaczone dni i godziny. W naszej parafii, są to czwartki przed wieczorną mszą. Jest oczywiście możliwość umówienia się z księdzem na inny termin, ale tu, patrz „po pierwsze”.

Po trzecie, jak już znalazłam mszę po angielsku, to przed mszą musiałam się wysilić i podejść do osoby świeckiej witającej ludzi przy wejściu do kaplicy i zapytać o możliwość spowiedzi. A nie jest to dla mnie łatwe. Trochę to sprzeczne z moją naturą.
Możliwość była, po mszy świętej. Pan poszedł powiadomić księdza.
Po mszy znowu mała niedogodność. Bo nie da się podejść dyskretnie do kratek konfesjonału. I pozostać jakby anonimowym.
Najpierw zapoznaliśmy się w zakrystii z księdzem (obchodzącym 57 rok kapłaństwa). Spowiedź była w malutkiej salce przy kaplicy, która specjalnie dla nas została zamknięta drzwiami, bo normalnie tam sobie ludzie w czasie mszy siedzą. Nie było konfesjonału. Siedzieliśmy z księdzem na ławce obok siebie. No i język angielski. Niby znam. Niby rozmawiam w tym języku. Ale w takiej sytuacji po raz pierwszy.

Ogólnie wdzięczność czuję, że taka możliwość istnieje. Że nie musiałam czekać aż do powrotu do Polski. Że trudności były do pokonania. A poznaliśmy kolejne piękne miejsce na mapie Funchal.

Wspólnota tej parafii jest otwarta, zaangażowana i życzliwa.
Ksiądz Bernardino bardzo serdeczny. Mówi po angielsku z silnym akcentem ( jest rodowitym Maderczykiem), jednak zrozumiale. Pracował w różnych krajach, też w USA.
Jak to syn podsumował, wygłosił najlepsze kazanie, jakie kiedykolwiek słyszał, nawet w Polsce. A fragment, który go poruszył (mnie też): ksiądz mówił, że nie wie, gdzie jest niebo, jak wygląda, jak w nim jest. I go to zupełnie nie obchodzi. Wie natomiast, że niebo to będzie wspaniała niespodzianka, od Najlepszego Przyjaciela.

Zaskakujący dla mnie był moment, kiedy przed modlitwą „Ojcze nasz” ksiądz poprosił chrześcijan innych wyznań, obecnych w kaplicy, o podejście do ołtarza i wspólną modlitwę do Naszego Ojca. Nie zrozumiałam wszystkiego idealnie. Domyślam się, że we wspólnocie są np małżeństwa mieszane.
Był to jednak ekumenizm w działaniu. I jedność, jako dar Ducha.
Bo choć są różnice, to jest jeden chrzest, jeden Bóg w Trójcy, i jesteśmy wszyscy Jego dziećmi, i razem możemy i powinniśmy do Niego wołać.

Piękne było też specjalne błogosławieństwo dla osób obchodzących rocznice w tym miesiącu. Nasz Starszak też podszedł. W tym miesiącu kończy 13 lat. I po mszy wiele osób składało mu życzenia. A byliśmy tam po raz pierwszy, nikogo nie znając.

Kolejny szczególny rys tej wspólnoty, to działalność charytatywna. Po każdej mszy zbierane są datki, na pomoc ubogim na wyspie, której udziela od 2010 roku fundacja People Helping People, powstała przy tej parafii.

I jeszcze jedno. Po mszy jest poczęstunek z kawą, ciastkami i najlepszą, podobno, herbatą na wyspie. Tym razem nie spróbowaliśmy, bo w domu czekała Choruszka, ale wrócimy tam jeszcze, daj Boże.

And last but not least. Język angielski w pięknej, brytyjskiej wersji. (Nie jestem językoznawcą, ale brzmiał inaczej niż amerykańskich filmach;). Hymny śpiewane w tym języku. A na koniec pieśń „Oto jest dzień”, ograniczona w Polsce przeważnie do mszy dziecięcych czasu I Komunii i Białego Tygodnia, tu brzmiała rzeczywiście radośnie i dojrzale.

Dzisiejszy czas w kaplicy Penha de França, to budujące i rozwijające doświadczenie, za które jestem Bogu głęboko wdzięczna.