2022 rok skończył się…

„Tyle wart jest nasz rok, ile zdołaliśmy przezwyciężyć w sobie niechęci, 
ile zdołaliśmy przełamać ludzkiej złości i gniewu. 
Tyle wart jest nasz rok, ile ludziom zdołaliśmy zaoszczędzić smutku, cierpień, przeciwności.
Tyle wart jest nasz rok, ile zdołaliśmy okazać ludziom serca, bliskości, współczucia, dobroci i pociechy.
Tyle wart jest nasz rok, ile zdołaliśmy zapłacić dobrem za wyrządzane nam zło.”

Kardynał Stefan Wyszyński

Ten rok zadziwiająco nam przebiegł.

W ostatni dzień 2021 roku nie przypuszczałam, że większość roku 2022 spędzimy poza Polską. Nadal edukując nasze dzieci domowo i podróżując.

A było tak:

Styczeń- Teneryfa po Trzech Króli.

Luty- Polska- 24 lutego, w dniu ataku Rosji na Ukrainę, wylot na Maderę.

Marzec- Madera, Wielki Post w innym kraju, kupno mieszkania.

Kwiecień- 2 tygodnie w Polsce, łącznie z Wielkim Tygodniem i Wielkanocą, potem Madera.

Maj- wprowadzenie do mieszkania na Maderze, Festiwal Kwiatów.

Czerwiec- Madera/ Polska, ostatnie egzaminy syna.

Lipiec- Suwalszczyzna.

Sierpień- Polska i kilka dni w Paryżu z rodziną i chrześniaczką; po kolejnych moich urodzinach rozpoczęcie tego bloga i publikowania na Instagramie i Facebooku, co wcale nie przyszło mi łatwo.

Wrzesień- Polska- burzenie obory w naszym siedlisku i równanie terenu.

Październik- 11go wylot na Maderę; goście, goście 🙂

Listopad- Madera, urodzinowo.

Grudzień- 2 ostatnie tygodnie w Polsce: świętowanie, rodzina, przyjaciele, ortodonta, problemy techniczne drobne z domem. Z zimy zdążyliśmy skorzystać: był śnieg, był mróz, były sanki, bałwany, bitwy na śnieżki. I na odwilż się załapaliśmy, błotko, szaro i ponuro. Zima na tę zimę zaliczona:)

Cały rok pełen łask.

Piękne miejsca, czas z rodziną i przyjaciółmi, doświadczenie Kościoła powszechnego, nowe znajomości, chwile trudne, nowe umiejętności, lekcje wytrwałości…

Za każdą chwilę dziękuję Dawcy wszystkiego, naszemu Bogu.

Dziękuję też za Was i Wam, Drodzy Czytelnicy, za każdą chwilę poświęconą na czytanie moich tekstów, każdy komentarz czy polubienie. Mam nadzieję, że w jakiś sposób przybliżyły Was do Dobra, Prawdy i Piękna.

Madera 2022/ Tydzień 9

Ostatni tydzień na Maderze w 2022.

Lecimy do Polski na końcówkę roku.

Tydzień przeziębieniowy i przygotowania do wylotu. Dlatego dzisiejszy tekst będzie tylko w formie zdjęć z opisami.

Święty Mikołaj nas znalazł, choć w Portugalii przychodzi tylko w Boże Narodzenie.
Niełatwo w tym tygodniu zobaczyć było wschód słońca. Deszczowo. Zima.
Przed spotkaniem z przyjaciółmi, szybki spacer by zobaczyć wyjątkowy zachód słońca.
Szopka Bożonarodzeniowa w centrum handlowym.
Rodzinne pieczenie i dekorowanie pierniczków.
Zapach naszego grudnia. Zwykle przynajmniej 4 razy pieczemy. W tym roku dopiero raz.
Takie fale na Formosie widziałam po raz pierwszy. Całego włosy i skórę po spacerze mieliśmy słone.
Ciekawe, czego tu ten pan wypatruje?
Na każdym kroku świąteczne dekoracje. Ten papcio miał swoje dwa puszyste reniferki.
Wiatr i fale. Dodatkowa dawka jodu zapewniona na czas podróży do Polski.
Madera zdecydowanie umie w światełka.
Fragment ogromnej szopki przy pałacu São Lourenço. A nawet bardziej za. Przy głównym placu Funchal.
Pokazy folklorystyczne.

Kolejny wpis już z Polski. Do przeczytania 🙂

Czytane na głos w tygodniu 4-10.12.2022

Dziewczyny w domu dopadło przeziębienie, to dzisiaj takie krótkie podsumowanie czytelnicze tygodnia. Mam nadzieję, że chłopaków mikroby zostawią w spokoju. W tym tygodniu lot do Polski w planie. Łatwiej lecieć w dobrej kondycji niż z kaszlem.

Wszyscy na Ciebie czekamy. Marek Kita

Trwa Adwent.
Czytając tę książkę poznajemy, jak długo i ile osób czekało na przyjście Zbawiciela. Uczą nas też ich historie czegoś nowego dla naszego „tu i teraz”.
Przeczytanie tej książki, to nasze minimum, które w tym roku udaje się zrealizować w tym czasie. A i tak co drugi lub trzeci dzień.
Wersje drukowaną mamy w Polsce i korzystamy z niej już co najmniej od trzech lat. Tu mam w formie skanu. Chyba przez tę formę nam umyka, bo nie leży na stole i nie domaga się przeczytania. Zwykle mieliśmy też planszę z postaciami do wycinania i przyklejania wokół szopki. Tym razem nie zamówiłam przed wyjazdem, to radzimy sobie bez tego elementu.

Niesamowite przygody Dziesięciu Skarpetek. Justyna Bednarek

Pierwszy raz czytamy tę książkę. Aż dziw,  że dopiero teraz. Jakoś do tej pory nie było nam z nią po drodze.
Czyta się ją szybciutko. Jest dużo ilustracji zgrabnie połączonych z tekstem. Przygody są ciekawe. Po każdej córka domaga się kolejnej.
Bo jedna to przecież za mało.

Klasyka polska dla dzieci

Znowu parę wierszyków o zwierzątkach poczytałyśmy. Warto do nich wracać. Na razie Młodszej bardziej podobają się te krótsze.

Niepojęty. Louie Giglio.

Dzięki kolejnemu rozdziałowi mogliśmy poznać Klepsydrę Nebula. A opowieść ta przypomniała nam o Bożej Opatrzności. O tym, że w każdej chwili jesteśmy zanurzeni w kochającej Obecności.

Grandma Bird. Benji Davies

Wspaniały prezent od świętego Mikołaja. Nie znamy wcześniejszych książeczek z tej serii, ale ta nas urzekła ilustracjami i ciepłem. Dotyka relacji wnuczka z babcią, która na codzień żyje samotnie i najwidoczniej na początku bardziej ceni sobie swoje nawyki niż czas z wnukiem. Na szczęście zmienia się to z pomocą małego ptaszka.

YOUCAT dla dzieci.

Poczytaliśmy o prawdzie wiary, że Pan Jezus począł się z Ducha Świętego i narodził się z Maryi Dziewicy. Również jako nasze przygotowanie do Bożego Narodzenia.

We’re Going on a Bear Hunt. M. Rosen, H. Oxenbury

Przed wyjazdem chcemy zwrócić te książeczki właścicielkom, dlatego czytamy po raz kolejny. I kolejny…

Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku. Astrid Lindgren

Po kilku przesłuchanych rozdziałach córka przyszła do mnie ze stwierdzeniem, że chyba już słuchaliśmy podobne słuchowisko (tak nazywa audiobooki, podcasty, słuchowiska itp).
Tę książkę znaliśmy pod tytułem Dzieci z wyspy Saltkråkan. Polecił mi ją szwagier. Czytaliśmy ją poprzedniej zimy chyba. W Polsce.
Zrobiło mi się w sumie miło, że książka przeczytana zwyczajnie przeze mnie zostaje w głowie dzieci równie miłym wspomnieniem, jak audiobook nagrany w studiu i w wykonaniu profesjonalnej aktorki/ lektorki.

Detektyw Blomkvist żyje niebezpiecznie. Astrid Lindgren

Z tego, co udaje mi się  posłuchać we fragmentach, to jest to opowieść o grupce dzieciaków, które wymyślają sobie zabawy i przygody, które my, dorośli, nie zawsze popieramy i uznajemy za bezpieczne.
Jakbyśmy zupełnie zapomnieli o wyczynach własnego dzieciństwa- jak np. chodzenie po terenie niezabezpieczonej budowy. Brrr.
Dobrze, że skończyło się tylko na bucie utopionym w świeżo wylanym betonowym fundamencie.
Potomni przy jakiś wykopaliskach kiedyś, może się zastanowią, skąd wziął się dziecięcy but w konstrukcji budynku dawnej przychodni zdrowia.

To tyle na dzisiaj.
Niezmiennie zachęcam do czytania dzieciom i sobie.
Nie ma konieczności nawet tego rozdzielać.
Można wybierać lektury na głośne czytanie, które sprawiają przyjemność również czytającym.

Jeśli moje teksty niosą dla Ciebie, drogi Czytelniku, jakąś wartość,
to zachęcam do zostawienia swojego maila i polecania bloga innym osobom.
Przez media społecznościowe czy tradycyjnie pocztą pantoflową. jak kto woli.

Jak wdzięczność może pomóc rodzicowi w prowadzeniu edukacji domowej?

W duchu wdzięczności zaczynam pisać teraz tego posta.
Nie chce mi się bardzo. Dzień był długi. Mąż poleciał na kilka dni do Polski. Zostałam sama z dzieciakami.
Chciałabym jednak zachęcić siebie i Was, Drodzy Czytelnicy, do zatrzymania się na koniec dnia, spojrzenia wstecz i dostrzeżenia całego dobra, które w tym dniu zaistniało.

Skupię się głównie na elemencie domowo-edukacyjnym. Mam ostatnio poczucie, że mamy gorszy okres w tej dziedzinie. Dlatego chcę świadomie skupić się na tym, co się udaje.

Rano udało mi się dobudzić nastolatka i poszliśmy do kościoła. Dzisiaj Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi i w Portugalii jest to dzień wolny od pracy. A Starszak dodatkowo zobowiązał się do służby ministranckiej, to – wolne, czy nie wolne- wylegiwania się nie ma.
Młodsza została z tatą, bo przeziębiona. Umilała sobie czas słuchaniem kolejnej książki Astrid Lindgren.

Po powrocie wyprawiliśmy tatę w podróż do Warszawy.

Przy drugim (trzecim?) śniadaniu przeczytaliśmy 4 rozdziały z naszej adwentowej lektury Wszyscy na Ciebie czekamy.

Udało się nam ogarnąć kilka rzeczy w domu.

Obserwując szalony wiatr i fale, i żeby uprzedzić prognozowany deszcz, wyszliśmy na szybki spacer. Żeby rozruszać córkę i by łyknęła świeżego powietrza. Kot był. Największy drapieżnik na Maderze.

Spacer był krótszy niż planowaliśmy, bo zaczął kropić deszcz, ale zdążyliśmy jeszcze wracając pierwszy raz złapać jaszczurkę i poobserwować na dłoni. Nie wiedzieliśmy, że potrafią tak skakać, a raczej zeskakiwać. Starszak widział nawet któregoś razu nad lewadą, że potrafią pływać. Więc całkiem zdolne, te jaszczurki.

Po powrocie zaplanowane było kino domowe.
Pani Bileterka przygotowała bilety, regulamin korzystania z sali kinowej, cennik i przekąski. Wszystko z własnej inicjatywy i samodzielnie. Seans Kacze Opowieści.

Popołudnie upłynęło Starszakowi na czytaniu książek. ( Tak bardzo przypomina mnie w tym wieku, że zaczynam rozumieć moją mamę, która nie zawsze reagowała zadowoleniem na moje czytelnictwo uprawiane zawsze, wszędzie, w każdych warunkach, o każdej porze dnia, i nocy też.)

Młodsza dorwała teczkę z pomocami do prac plastyczno- technicznych. Zrobiła cały zestaw ptasich pacynek, poznając jednocześnie kilka gatunków. Oraz zagospodarowała półki w salonie na trzy sale zabaw dla swoich pluszaków.

W międzyczasie była chwila gimnastyki na balkonie z córką i trening podbijania piłeczki pingpongowej z synem.

Zażegnaliśmy też kilka kryzysów i kłótni.
To my, rodzice, bardziej się nimi przejmujemy niż powinniśmy.
Rodzeństwo się pokłóci, zaraz przeprosi i dalej się kocha. I jest dla siebie najlepsze na świecie. Jakby nic się nie wydarzyło.

Udało się też porozmawiać na wideo z babcią w Polsce. A później jeszcze z ciocią i kuzynami. Same plusy.

Pod wieczór padło hasło – pierniczki. W sumie, czemu nie. Składniki i foremki były. Tylko brakujący wałek do ciasta został zastąpiony butelką po winie.

Przy okazji był nasz ulubiony kuchenny eksperyment chemiczny. Gorąca masa miodowo-przyprawowa po dodaniu sody kuchennej błyskawicznie zamieniająca się w pianę próbującą uciec z garnka. I te zapachy!

Na koniec dnia, po lekturze rozdziału z książki Niepojęty (kilka razy opisywanej na blogu) poczytaliśmy jeszcze o Klepsydrze Nebula– kosmicznym tworze o centrum do złudzenia przypominającym oko.
I próbowaliśmy sobie uwiadomić, co to jest rok świetlny. Żeby w ogóle objąć to umysłem siedmiolatki, zeszliśmy do sekundy świetlnej. Okazało się, że to odległość porównywalna z tą, jaką pokonuje światło 8 razy okrążając Ziemię (prezentowaną przez rolkę papieru toaletowego służącego do oczyszczania zakatarzonego nosa) po równiku w czasie sekundy. Światłem był palec Młodszej kręcący młynki wokół rolki.

Taki to dzień. Bez kilku godzin siedzenia przy biurkach. Nawet z niewykonanymi zadaniami (zaplanowanymi na każdy dzień). Nie wszystko się udało. Wiele zdarzeń się pojawiło nieplanowanych.
Codzienne dary. Wystarczy je przyjmować. I okazać wdzięczność.

Takie spojrzenie wstecz pomaga mi nabrać dystansu do tego co się, moim zdaniem, nie udało.
Ucieszyć się tym, co dobre.
Wyciągnąć wnioski i być bardziej otwartą na to, co niesie dzień i na to, co dzieciaki wnoszą w ten dzień od siebie.

Jako rodzic edukujący domowo już 8 lat mam jakieś swoje schematy działania, oczekiwania i pomysły na to, jak ma nasz dzień wyglądać.
Jednak każdy z członków rodziny się zmienia, rodzice również.
Żeby dalej korzystać z tego sposobu realizowania obowiązku szkolnego, bez szkody dla rodziny, potrzebujemy dać sobie przyzwolenie na elastyczne podejście do nauki.

Dla mnie osobiście jest to niezmiennie trudne, ponieważ świetnie pasowałam do szkoły na wszystkich etapach nauki, radziłam sobie w niej bardzo dobrze. I jest dla mnie nadal istotne, żeby np. przerabiać cały materiał, a nie tylko tyle, co do zdania egzaminu. Zapominam, że ten sam materiał można poznać też z innych źródeł, nie tylko dzięki dogłębnemu przerobieniu podręcznika. I bardziej całościowo spoglądać na świat.

Takie spojrzenie pełne wdzięczności pomaga mi utrzymać właściwy kurs.
Pozostać przede wszystkim mamą, potem nauczycielem/tutorem.
A wcale- nadzorem kuratoryjnym. To zapewnia nam państwo.

Madera 2022/ Tydzień 8

Grudzień, Adwent, przygotowania do egzaminu z chemii Starszaka, formalności z mieszkaniem. Pod takimi hasłami minął nam ostatni tydzień.

Wtorek

Treningi kajakowe syna odbywają się w marinie w Funchal. Zmotywowało nas to w końcu do odwiedzenia po raz pierwszy CR7– muzeum Cristiano Ronaldo, piłkarza pochodzącego z Madery.

W środku trochę historii, mnóstwo pamiątek i trofeów z różnych zawodów piłkarskich. Taki „American Dream”, ale z małej wyspy na Atlantyku.

Dzieciaki najbardziej ucieszyło znalezienie listów od fanów Ronaldo z Polski.
I to chyba przy tych gablotach z prezentami od kibiców spędziliśmy najwiecej czasu.

Środa

Ostatnia sprawą związaną z mieszkaniem na Maderze, która została nam do załatwienia, jest kwestia umowy na wodę. Poprzedni właściciel miał z tym jakieś zaległości i dopiero parę dni temu sprawę zamknął.

Jak się okazało, nie jest to wcale takie proste.
Najpierw trafiłam w miejsce, w którym po godzinie czekania, dowiedziałam się od miłej i pomocnej pani (dobrze mówiącej po angielsku), że to nie ten urząd. Tu obsługują klientów z całej wyspy. Klientów z Funchal w odpowiedniku naszego urzędu miasta- Câmara Municipal.

Nie był to jednak czas do końca stracony, bo pani mi wyjaśniła, co jeszcze potrzebuję przygotować, by sprawę załatwić.

Tym sposobem po powrocie do domu znalazłam w końcu, gdzie mamy liczniki wody, a w naszym zostawiona była kartka z urzędu miasta z data lipcową, że w ciągu trzech dni mamy się zgłosić do urzędu. Zgłosiłam się po 3 miesiącach.

No cóż. Mogli zostawić kartkę w skrzynce pocztowej. Jakoś nie nabyłam zwyczaju częstego kontrolowania poczty zostawionej w wodomierzu.

Za to zobaczyłam kolejny raz to sławne „calma”, cierpliwość Portugalczyków. Jakoś przez te ponad pół roku od kupna mieszkania, nikt nam wody nie odłączył.

Czwartek

W okresie okołoświątecznym w Centrum Funchal, przy porcie, rozstawiane jest wesołe miasteczko. Skorzystaliśmy razem z dzieciakami sąsiadów. Atrakcji sporo. I dla mniejszych, i dla większych.

Są też stoiska z przekąskami i napojami. Jak w typowym wesołym miasteczku.
Wata cukrowa musiała być.

Wszystkie atrakcje oświetlone sztucznymi lampeczkami, a nad nami taki piękny zachód słońca.

1 grudnia to w Portugalii dzień wolny od pracy. Jest to święto Odzyskania Niepodległości. Tego dnia również, w całym Funchal, o godzinie 18tej rozbłysły iluminacje świąteczne.

Ludzi w mieście było sporo, jednak nie aż tak dużo, jak się spodziewałam biorąc pod uwagę, że to wolny dzień.

Piątek

Kolejny dzień, już pracujący, to dalsza wędrówka do urzędów. Mąż nas podwiózł do. miasta i zrobiłyśmy sobie z Ulą jeszcze miły spacerek.
Funchal to stare miasto. Ma już 514 lat. W centrum można się natknąć na ciekawe miejsca. Tylko trzeba mieć uważne oczy.
To zdjęcie powyżej jest z miejsca, które w tej chwili jest siedzibą wolontariatu Portugalskiego Czerwonego Krzyża. Na dziedzińcu stały zaparkowane karetki. Widoczna na zdjęciu kapliczka i dzwonnica, mimo swojego uroku, nie pełnią już chyba funkcji sakralnej. Zauważając proporcję drzwi względem toreb, może się  wydawać, że to budynki dla dzieci. Całość wygląda mi na budynek dawnego klasztoru, ale nie udało mi się jeszcze znaleźć żadnej informacji, kiedy powstał i jakie rzeczywiście pełnił funkcje.

Idąc dalej dotarłyśmy do sklepu i wystawy rękodzieła Artesanato Madeira. Zajrzałyśmy, bo chciałam sprawdzić, czy można kupić tam jakieś półprodukty do rękodzieła. Jednak była tam wystawa tradycyjnych rzemiosł uprawianych na Maderze. A także sporo różnorakich wytworów rękodzielniczych do kupienia, jako oryginalne pamiątki z wyspy.

Po kolejnej chwili spaceru dotarłyśmy do Cámara Municipal. Po odsiedzeniu pół godziny dowiedziałam się, że dokument aktu kupna mieszkania nie jest już ważny, jako dowód własności mieszkania. Był ważny 30 dni po wydaniu. Chociaż nie miał z tym problemu urzędnik, u którego podpisywałam umowę na dostawę prądu elektrycznego 2 miesiące po kupnie mieszkania.
Żeby podpisać umowę na dostawę wody muszę pobrać kolejny dokument z odpowiednika naszego urzędu skarbowego. Ale przy okazji urzędnik mnie poinstruował, że mogę sprawę umowy załatwić online, jak już będę miała wszystkie dokumenty. Jeden plus dla mnie.

Miałyśmy godzinę do zamknięcia urzędu. Po pobraniu numerka, odczekaniu na swoją kolej, obsłudze w 3 okienkach, wniesieniu opłaty 23e, dostałyśmy potrzebny dokument- Caderneta Predial.

W nagrodę za wytwałość spacerkiem poszłyśmy do bazaru, Mercado dos Lavradores. Niby wiem, że normalnie są tam produkty droższe niż na obrzeżach miasta, bo jest to miejsce nakierowane na turystów. Ma jednak swój klimat i chętnie się tam przespacerowałam.
Te panie kwiaciarki w ludowych strojach. Zwłaszcza jedna sympatyczna starsza pani, która nas powitała z uśmiechem.

Na dole były akurat rozstawione stoiska z owocami i warzywami. Ceny były przyzwoite. Niższe niż w tych stoiskach rozrzuconych po centrum, jak te w Warszawie przy wejściach do metra.
Ceny i produkty były wszędzie podobne. Wybrałyśmy stoisko starszego pana. Udało mi się dogadać prawie po portugalsku.
Zaopatrzone w owoce, w tym nasze ulubione anony, oraz bułeczki z kawiarni, wróciłyśmy autobusem do domu.

Sobota

Obudziliśmy dzieciaki wyjątkowo wcześnie i po szybkim śniadaniu pojechaliśmy w kierunku wschodniego krańca wyspy. Po półgodzinie jazdy dotarliśmy do ostatniego parkingu przed półwyspem św. Wawrzyńca. Stamtąd, schodami w dół, ruszyliśmy w kierunku plaży Prainha.

O tej porze piaskowa plaża była zupełnie pusta. Tylko my, wiatr, piasek i ocean. I łodzie cumujące dalej w zatoce. Mąż się nawet skusił na kąpiel. Podobno woda była super przejrzysta. Przez maskę można było obserwować dno i rybki.

Jak wyszło słońce zza skały zrobiło się w miarę ciepło i przyjemnie. Później okazało się, że wybraliśmy najlepszy kierunek w tym dniu, bo w Funchalu padał deszcz przez większość przedpołudnia.

Około południa zaczęli się pojawiać kolejni ludzie na plaży. Wtedy my się już wycofaliśmy. Nacieszyliśmy oczy pięknem, przyrodą i spokojem.

Niedziela

W naszej parafii, w innych pewnie też, jest zwyczaj zbiórki datków pieniężnych i darów dla osób potrzebujących, w postaci widocznej na zdjęciu szopki solidarności. Kiedy przez wzgląd na Dzieciątko Jezus dzielimy się tym, co mamy, z tymi, którzy mają mniej.

Pogoda tego dnia, mimo zapowiedzi, była piękna, więc wyskoczyliśmy jeszcze po powrocie z kościoła na rodzinny spacer przy plaży.

Popołudnie to jeszcze rodzinne kibicowanie polskiej drużynie. Normalnie nie pasjonujmy się oglądaniem piłki nożnej, ale kiedy gra nasza drużyna, emocje sięgają zenitu.

Wieczór zakończyliśmy jeszcze kolacją z sąsiadami w restauracji O Lagar, w Câmara de Lobos. Wybraliśmy ją ze względu na kryty plac zabaw. Przy wyjściu z 4 dzieci to świetny pomysł. Jedzenie było dobre. Wybraliśmy tradycyjne espetady, szaszłyki z wołowiny. Jednak czuliśmy się pospieszani przez obsługę, która czekała na 3 autokary gości. To sprawiło, że mimo placu zabaw, nie za bardzo mamy już ochotę tam wracać. Ale mieli ładną choinkę z butelek na zewnątrz. I duży parking. Mimo wszystko, to uczucia przeważają, a nie fakty.

Poniedziałek

Po bardzo deszczowej nocy dzień wstał piękny i pogodny. Po porannych zadaniach spacerkiem wybraliśmy się do sekretariatu klubu sportowego Naval, żeby dopełnić formalności związanych z treningami kajakarstwa syna.

W pobliżu garnizonu jednostki wojskowej przyjrzeliśmy się w końcu pomnikowi, który tyle razy już mijaliśmy. Z tego, co zrozumiałam, jest poświęcony pamięci żołnierzy służących w zamorskich regionach Portugalii. Wydaje mi się, że pierwotnie był w innej lokalizacji. Szkoda też, że teren przy nim wygląda na trochę zaniedbany.

Dobrze czasem przejść się innym szlakiem niż utarty. Wracając do domu mieliśmy okazję w nowy sposób spojrzeć na okolicę.

Czytane na głos w tygodniu 27.11- 3.12.2022

Mamy świetnych sąsiadów, o których już wspominałam. Nasze córki się zaprzyjaźniły, chociaż mówią różnymi językami. Mieliśmy okazję spędzić w tym tygodniu trochę czasu razem. Co siłą rzeczy buduje zainteresowanie Młodszej językiem angielskim. Pożyczyliśmy więc od nich książeczki w tym języku. Jakoś zbyt rzadko korzystam z tej możliwości oswajania z językiem obcym. Nadrabiamy.

We’re Going on a Beat Hunt. M. Rosen, H. Oxenbury

Nie znałam dotąd tej książki ani w oryginale, ani po polsku, choć migała mi gdzieś przed oczami w internecie czy w bibliotekach.

Czyta się ją przyjemnie. Liczne powtórzenia, wyrazy dźwiękonaśladowcze i przyjemne ilustracje pomagają zrozumieć treść i oswoić nowe słowa.

The Smartest Giant in Town. J. Donaldson, A. Scheffler

Podobnie, jak powyższa. Fragmenty powtarzające się jak refren, rytmiczny tekst, zabawne obrazki ułatwiają zapamiętywanie.

Na końcu świata. Natalia Przeździk

Zakończyliśmy naszą wyprawę do Beskidu Niskiego z rodziną z Niebieskiego Domu i ich przyjaciółmi. Wszyscy stali się też w jakiś sposób naszymi przyjaciółmi. Przez to prawie codzienne towarzyszenie, ich przygody wpisały się w nasze przygody tu na Maderze.

Czekamy na kolejną część. Mamy nadzieję, że jej wydanie nie będzie trwało bardzo długo. Aby to przyspieszyć, warto kupować dotychczas wydane części serii Rodzina z Niebieskiego Domu autorstwa Natalii Przeździk:

Niebieski dom.

Morskie bałwany.

Na końcu świata.

YOUCAT dla dzieci

Katechizm Kościoła Katolickiego w wersji uproszczonej i skróconej, dopasowanej do możliwości rozumienia młodszych dzieci.

Zawiera jednak podstawowe istotne kwestie wiary wyjaśnione w działach: Powstanie świata, Credo, Sakramenty, Przykazania, Modlitwa, Życie Jezusa.

Plusem są proste ilustracje, fragmenty Pisma Świętego, cytaty i zdjęcia świętych i ludzi Kościoła. Rozszerzenia dla dociekliwych.

Dobre wsparcie dla rodziców, jak prosto wyjaśnić sprawy nie zawsze proste. Na tyle oczywiście, na ile da się wyjaśnić tajemnice naszej wiary i na ile da się objąć ludzkim umysłem Nieskończoność i Wieczność.

Atlas Anatomii Zwierząt

Nasz egzemplarz ma kilka błędów, ale nadaje się do rozbudzenia ciekawości budową anatomiczną zwierząt. Tylko taki mamy teraz do dyspozycji, więc korzystamy.

Jednego dnia przejrzałyśmy wszystkie zwierzaki, a dzisiaj skupiliśmy się na szkarłupniach. Wybrałyśmy akurat ten typ, bo ilustracje jednego zwierzaka przestraszyły Młodszą na tyle, że nie chciała nawet patrzeć. Padło na niewinne wężowidła z niewiadomych mi przyczyn. Uważam, że najlepszym lekarstwem na lęk w takim przypadku jest wiedza.

Po przeczytaniu rozdziału, poszukaniu zdjęć i informacji w internecie oraz oglądnięciu filmu akwarystycznego wężowidło zostało na tyle oswojone, że Młodsza uznała je nawet za śliczne.

Czy wiesz, po co jesz? Książka z okienkami.

Wracamy do niej i wracamy. Niezmiennie fascynujące jest funkcjonowanie układu pokarmowego i to, jak to, co jemy wpływa na nasze ciało.

Przygód z audiobookami ciąg dalszy.

Piosenka z książek o Pippi, nagranych przez wydawnictwo Jung-off-ska weszła już na stałe do naszego repertuaru.

Latający szpieg czy Karlsson z Dachu. Astrid Lindgren

W tym tygodniu przesłuchaliśmy ostatnią część przygód Braciszka z Karlssonem z Dachu.

Doktor Dolittle i jego zwierzaki.

Zmieniliśmy też na chwilę pisarza na Hugh Loftinga. Przygody sławnego lekarza zwierząt i jego małych i większych przyjaciół wciągnęły Młodszą. Jednak nie na tyle, żeby po zakończeniu od razu szukała kolejnej części przygód.

Wróciliśmy do Astrid Lindgren. Na następny tydzień zostały jeszcze 2 lub 3 książki w wykonaniu Edyty Jungowskiej.

Trudności i postępy w edukacji domowej

Zauważyłam, że pomijam ostatnio wpisy stricte o naszej edukacji domowej.

Podglądanie warsztatu pracy malarza.

Dzieje się tak chyba dlatego, że taki sposób nauczania i uczenia się naszych dzieci, jest już tak bardzo zrośnięty z naszym rodzinnym funkcjonowanie, że trudno mi to wyodrębnić z dnia czy tygodnia.

Czy wiesz, po co jesz?

Rozwój i nauka dzieją się ciągle. I w domu i w podróży. Raz szybciej, raz wolniej. Czasem w sposób zaplanowany, czasem spontanicznie. Przychodzą z łatwością, albo w trudnościach. Wysuwają się na pierwszy plan, albo giną gdzieś między innymi codziennymi wydarzeniami.

Kajaki w Club Naval do Funchal w marinie.

Jest jednak postęp.

U Starszaka- zdane 3 egzaminy i kolejny w planie za 2 tygodnie. Chemia tym razem. Z przedmiotów przyjętych jako roczne- polski, matematyka, języki obce- tematów przerobionych stopniowo przybywa. Są próby kajakarstwa morskiego, zdobywanie znajomych z lokalnej Polonii czy miejscowej parafii. Coraz swobodniejsze posługiwanie się angielskim.

Mamo, powysyłamy do siebie listy?

U Młodszej- coraz więcej czytanych samodzielnie słów i zdań. Częste zabawy w pisanie listów. Wiele przesłuchanych książek. Liczenie różności na różne sposoby. Ćwiczenie w zabawie dialogów zapoznawczych po angielsku i po portugalsku. Słuchanie książek po angielsku. Wielokrotne przebudowywanie budowli z klocków. Coraz więcej prób pomocy przy gotowaniu.

Twarogowe kluseczki

W tle ścieranie się dorastania i wychowywania,
wolności i obowiązków,
przyjemności i konieczności,
miłości i wzajemnego wsparcia albo walki o zasoby między rodzeństwem,
samostanowienia i kierowania przez rodziców,
„nie chce mi się” i „ chce mi się”, tylko niekoniecznie tego, czego chcieliby rodzice.

…już niedługo przerosnę…

Przypominam sobie w tych chwilach, z autopsji, że gdyby dzieciaki chodziły codziennie do szkoły, to też mogłyby np. cały dzień bujać w obłokach( w grupie jeszcze łatwiej się skryć), mogłyby mieć swoje nielubiane przedmioty, miałyby czasem konflikty z dzieciakami z klasy czy szkoły.

Zdarzałyby się też może dni, kiedy wolą się umówić z mamą, że będą robić przez kilka godzin pranie w pralce Frani, płucząc ręcznie ciuchy w wannie i wyżymając w wyżymarce, żeby tylko odpocząć od szkoły. Albo robiąc coś mniej archaicznego.

Nie zmienia to faktu, że trudne jest godzenie wymagań i oczekiwań rodzica z potrzebami i zachciankami dziecka. Zwłaszcza w sytuacji, gdzie cała odpowiedzialność za edukację, wychowanie i rozwój dziecka spoczywa na rodzicach.

Nie da się zwalić na szkołę, jak coś idzie nie tak.

Ale za to, jak coś się udaje, czy ktoś chwali naszego dzieciaka, to można sobie samemu wystawić laurkę za rodzicielsko- domowo- edukacyjne sprawności. Albo mieć satysfakcję, że akurat tego udało się nam nie zepsuć. Bo wszystkie dzieciaki mają mnóstwo dobra i talentów w sobie. Czasem tylko trudno dostrzec i docenić nam te, które są zupełnie inne niż nasze. Częściej jednak, to codzienne dobro przyjmujemy jako coś oczywistego i zapominamy to docenić.

Wniosek z powyższego taki, że idziemy do przodu, na miarę naszych rodzinnych możliwości.

Czy u Ciebie, drogi Czytelniku, wszystko idzie zgodnie z planem i oczekiwaniami, czy zdarzają się też trudności?

Madera 2022/ Tydzień 7

Z ostatniego tygodnia chciałabym się podzielić odrobiną piękna i dobra, które były naszym udziałem.

Wtorek.

Rodzinny spacer po Funchal i załatwianie spraw z adwokatem. Fajnie jest przeprowadzić się do nowego kraju i mieszkać trochę tu, trochę tu, ale podatki też muszą grać. Jesteśmy w trakcie procesu robienia NHR- Non- Habitual Residence. Żeby uniknąć podwójnego opodatkowania. A podatki w Portugalii są naprawdę wysokie. Z tego, co zrozumiałam, podatek dochodowy wynosi ok. 48%. Mamy na to czas do marca następnego roku po przeprowadzce.

Środa.

Listopad to w naszej rodzinie miesiąc urodzinowy– świętowaliśmy tym razem urodziny męża. Zamiast tortu- maderskie serniczki domowej roboty. Nie do końca udane. Chyba po raz drugi trafiłam na ten sam felerny przepis. Pierwsze podejście robiłam 4 lata temu w czasie pobytu na Maderze.

Świętowania ciąg dalszy- spacer, nazwijmy to, kulturalny– w poszukiwaniu obrazów do mieszkania. Nic pasującego nie znaleźliśmy, za to wpadło nam w oczy swojsko brzmiące nazwisko twórcy jednego z dzieł. W naszym regionie, to bardzo popularne nazwisko.

Popołudniu wybrałam się po raz kolejny do centrum miasta. Syn miał trening kajakarstwa w marinie, a ja z córą spędziłyśmy ten czas w Parku Świętej Katarzyny.

Bubulcus ibis. Czapla złotawa w szacie spoczynkowej. W godowej byłaby złotawa na głowie, grzbiecie i piersi, i z czerwonymi nogami i dziobem.

W końcu udało się nam przyjrzeć, co to za ciekawy ptaszek się tu pojawił. Dzień wcześniej widziałyśmy go poza parkiem, przy ulicy. Akurat wcinał jaszczurkę.
Tym razem mogłyśmy się przyglądnąć i z pomocą aplikacji google rozpoznać zwierzątko. To prawdopodobnie ptak z rodziny czaplowatych- czapla złotawa. Taki mały i śmiesznie przygarbiony.

A powyżej swojskie krzyżówki. Pierwszy raz chyba je na Maderze obserwowałyśmy.

Widok na marinę o zmierzchu. Wycieczkowce ogromne już odpłynęły.
Funchal się rozświetla.
Fontanny w parku
Prawie noc. I zimno już się  zrobiło. Czuć, że maderska zima.
Czwartek.

Zachód słońca na plaży Formosa, to zawsze dobry pomysł. Nawet, jak cały dzień był trudnawy, to można na koniec nasycić się pięknem.

Zaskoczyła nas po przyjeździe pustość plaży. Fakt, trochę wiało, ale na plaży, deptaku i w barach jest zwykle sporo ludzi.
Po chwili sprawa się wyjaśniła.
Ludzie w barach byli, ale schowani w środku. Przed telewizorami, na których śledzili mecz Portugalii. Zdradziły ich krzyki, po strzelonym golu.
Męska część rodziny dołączyła do oglądania końcówki meczu.
Część żeńska tym razem wybrała wspięcie się na ulubioną skałę i podziwianie zachodu.

Piątek.

Przynajmniej raz w tygodniu koci spacer musi być. Tym razem rodzinnie się wybraliśmy.
Ale koty początkowo nie były nami zainteresowane. Dopiero po dłuższym czasie cierpliwego wyczekiwania. zaczęły się  schodzić. To stworzenie wielokolorowe, szylkretowe nazywamy Królową (choć nawet nie wiemy, czy to kot czy kotka- tacy z nas znawcy. Ale usprawiedliwia nas to, że większość kotów jest chyba wysterylizowana i trudno ocenić po wyglądzie zewnętrznym).
Jak się pojawi i zacznie miauczeć, po jakimś czasie schodzą się i inne koty.

Zdjęcie autorstwa Młodszej.
Wycieczkowiec odpływający nocą. Jak Titanic prawie.
Sobota.

Jak sobota, to i mecz Polska- Arabia Saudyjska.
Panowie kulturalnie oglądali sobie na billbordach w Parku Miejskim w Centrum Funchal. My po chwili towarzyszenia ruszyłyśmy w miasto. Jakoś Młodsza nie wciągnęła się w oglądanie piłki nożnej.

Jardim Municipal

Przespacerowałyśmy się w kierunku katedry.
Na Avvenida Arriaga zawsze można zobaczyć coś ciekawego.
Tym razem przyglądałyśmy się szykowaniu straganów na jarmark bożonarodzeniowy oraz miejsca pod dużą szopkę, z ruchomymi figurkami.

Piękny budynek Banco de Portugal
Widok na dziedziniec siedziby rządu Autonomicznego Regionu Madery
Katedra Sé do Funchal i pomnik św. Jana Pawła II
upamiętniający jego wizytę na Maderze 12 maja 1991r.

Obok katedry kupiłyśmy mapę Funchal. W drodze powrotnej do chłopaków prowadziła Młodsza, rozpoznając kolejne budynki narysowane na mapce centrum Funchal.

Pomnik Odkrywcy Madery- João Gonçalves Zarco
Niedziela.
Piękny. wschód słońca nad wyspami Desertas.

Poranny niedzielny spacer do kościoła. Tym razem Starszak wyjątkowo wcześnie wyruszył, bo postanowił służyć do mszy w naszej maderskiej parafii.
W Polsce jest ministrantem już ponad 3 lata.
Najpierw w ogromnej parafii w Warszawie, parafii Wniebowstąpienia Pańskiego na Ursynowie, a potem w naszej małej wiejskiej parafii na Suwalszczyźnie.
Szczerze podziwiam tego naszego dzieciaka-młodziaka.
Nie dość, że bariera językowa, bo niewiele dzieciaków tu mówi po angielsku komunikatywnie, to jeszcze różnice w sprawowaniu służby.
Najważniejsze, że i ksiądz proboszcz, i dzieciaki są niezwykle sympatyczne i widać już z daleka, że lubią ze sobą być i razem działać.

To była pierwsza niedziela adwentu. Ogólnie bardzo podobnie jak w Polsce.
jedyna różnica, jaką zauważyłam, to uroczyste poświęcenie parafialnego wieńca adwentowego i małych wieńców przyniesionych przez parafian z ich domów. W parafiach, które znam w Polsce, takiego zwyczaju jeszcze nie było.

No i nie ma mszy świętych roratnich ku czci Najświętszej Maryji Panny.

Chciałam napisać, że popołudnie spędziliśmy spokojnie w domu.
Ale przecież odbyło się jeszcze przełożone przyjęcie urodzinowe Starszaka z jego kolegami. Pierwsza taka imprezka w domu na Maderze.
Bardzo było nam miło gościć dwie polskie rodzinki.
Doświadczam tu wiele wsparcia od koleżanek Polek, które tu mieszkają na stałe od jakiegoś czasu. Jak coś potrzebuję, to najpierw pytam na grupie internetowej.

Dopiero po pożegnaniu gości był spokojny wieczór. Filmowy.
Tym razem z klasyką animacji. Aryskotraci.

I skok…
…przez gwiaździstą noc z gwiazdozbiorem Oriona…
…do pięknego wschodu słońca…
…i prozy życia oraz wybierania zasłon do mieszkania.

Taki to nasz tydzień.

A jak u Was? Raczej spokojnie czy imprezowo?

Podzielcie się w komentarzu.

Czytane na głos w tygodniu 20- 26.11

Czytanie to jeden z moich ulubionych sposobów wykorzystywania czasu, zdobywania wiedzy, odpoczywania. Siłą rzeczy często korzystam z tego sposobu również razem z dziećmi, w ich nauce, we wspólnych wieczorach.
Uważam, że kiedy dzielę się z nimi tym, co sama autentycznie cenię i lubię, to one również to doceniają.
Starszak już jest zapalonym czytelnikiem. Młodsza, mimo że nie jest jeszcze gotowa by samodzielnie czytać dłuższe teksty, to sama też doprasza się o wspólne czytanie.

Z drugiej strony jestem też otwarta na to, co lubią dzieci i co im pasuje.
Z synem nauczyłam się korzystać z czytników książek, z aplikacji do nauki języków czy z filmów w internecie, a także wykorzystywania zainteresowania grami do rozwijania innych obszarów. Nauczył mnie też, jak wartościowe mogą być komiksy.
Z córką polubiłam słuchanie audiobooków, co wcześniej było dla mnie dość męczące. I odkryłam, że można ten sama zestaw lego rozbudować i zbudować wiele razy pod rząd, zamiast odstawiać go na półkę.

Misia i jej mali pacjenci. Wyjątkowi pacjenci. Aniela Cholewińska- Szkolik

Po raz kolejny z Misią ratowaliśmy salamandrę plamistą, a zaraz po niej psa Popika.
Ten psiak to kolejny powód wracania do tej książki, ponieważ z podobnym mieszkaliśmy przez prawie rok. Potem znaleźliśmy mu nową rodzinę, żeby zaoszczędzić mu coraz częstszych smutków z powody rozstań i naszych podróży. Wiemy, że w nowym domu jest mu dobrze, jednak wspominamy go czasem z tęsknotą i rozrzewnieniem.

Na końcu świata. Natalia Przeździk.

Podziwiam autorów, którzy potrafią pisać dobre książki. Nie tylko dobrze napisane, ale pełne dobra- w bohaterach, miejscach, wydarzeniach. Chyba dlatego książki pani Natalii już od kilku miesięcy nam towarzyszą, jedna za drugą. Czekamy też na kolejne przygody, które, mamy nadzieję, zostaną opublikowane jak najszybciej.

Pani Natalio, gdyby szukała Pani pięknego kawałka Polski, w który chciałaby Pani zabrać Rodzinę z Niebieskiego Domu- zapraszamy na Suwalszczyznę.
Daniel i Paweł znajdą mnóstwo miejsc do kąpieli w rzekach i jeziorach. Prawdopodobnie poproszą też rodziców o spływ kajakami Czarną Hańczą, a może nawet zanurkują w Hańczy, najgłębszym jeziorze Polski? Łusia i Emisia pojeżdżą konno po Suwalskim Parku Krajobrazowym. A Mikołajek i Zosia zachwycą się stadami krów czy koni na pastwiskach oraz innymi zwierzakami w gospodarstwach agroturystycznych. O sarnach, lisach oraz żurawiach i bocianach na łąkach nie zapominając. Mama i tata znajdą piękne miejsca do wędrówek lub rowerowych wypraw. Poznają też kawał historii Polski, walk o granice w 1918 i walk o niepodległość w 1945. Znajdą ślady Jaćwingów, polskich Żydów, wigierskich kamedułów czy sejneńskich dominikanów. Cała rodzinka posmakuje potraw pogranicza polsko- litewskiego, w tym może kartaczy mojej teściowej.

O okładkę może się Pani nie martwić. Powyżej propozycja Młodszej, wiernej fanki Pani twórczości. I roboczy tytuł : ” Piękne łabędzie”.

Niepojęty. 100 opowiadań o Bogu i nauce. Louie Giglio

Opowiadanie o słuchu zachęciło nas do poszerzenia wiedzy o budowie uszu. Podziwiałyśmy te kosteczki słuchowe o śmiesznych kształtach i nazwach. Znalazłyśmy wytłumaczenie, czemu nasz głos wydaje się inny, kiedy słuchamy siebie na nagraniu. I dziękowałyśmy za nasze uszy, za to, że są sprawne, działają i pozwalają nam słyszeć się nawzajem.

Ziuk. Opowieść o Józefie Piłsudskim. Anna Czerwińska- Rydel

Powolutku, powolutku idziemy do przodu. Ziuk rośnie, uczy się w domu. Obserwujemy, co go ukształtowało.

Pierwiastki wokół nas. Książka z okienkami

Zachętą do sięgnięcia po tę książkę po raz kolejny był podręcznik do chemii zostawiony przez starszego brata na kuchennym stole.
Układ okresowy pierwiastków na okładce był tak interesujący, że Młodsza poszła zaraz po swoją książkę, żeby porównać.

Zaczęła od pokazania mi pierwiastka Kiur, nazwanego tak na cześć Marii Skłodowskiej- Curie, którą obie bardzo lubimy i jej historię na różne sposóby już poznawałyśmy. Czytałyśmy i słuchałyśmy książki i komiksy o niej. Byłyśmy w jej muzeum w Warszawie. A w ostatnie wakacje odwiedziłyśmy grobowiec Marii i jej męża, Piotra, w Panteonie w Paryżu. Muzeum paryskie małżeństwa Curie było w tym czasie niestety nieczynne.

Tym razem w Książce z okienkami poczytałyśmy o pierwiastkach tworzących żywe organizmy.

Nauka. To lubię. Tomasz Rożek

To książka autora, którego bardzo cenię jako popularyzatora nauki i dziennikarza naukowego. W Polsce mamy ją w wersji papierowej. Tu została nam możliwość posłuchania rozdziału o kolorach za pośrednictwem Spotify. Największą ciekawostką był fakt, że są ludzie, dla których litery mają kolory, a nawet dźwięki. To zjawisko to synestezja.

Obserwuję i poznaję. Pogoda. seria Aktywny Przyrodnik

Zbliża się maderska zima. Chmury na niebie pojawiają się coraz częściej. Dobra okazja do przeprowadzenia obserwacji przyrodniczych i nauki rozpoznawania rodzajów chmur. Nazwy, pochodzące z łaciny, brzmią jeszcze trochę  tajemniczo, ale korzystając ze zdjęć w tej książce, można rozpoznać, co to za chmurka rozpościera się na niebie nad nami.

Braciszek i Karlsson z Dachu. Karlsson z Dachu lata znów. Astrid Lindgren

Ulubione spędzanie wolnego czasu w ostatnich dniach to u Młodszej nadal słuchanie audiobooków połączone z budowaniem z klocków. Po Bullerbyn , Emilu i Pippi przyszła pora na Karlssona. Przyznam, że tych książek nie znałam. Przygody Braciszka z Karlssonem są ciekawe i zabawne, z większą dozą fantazji niż w Bullerbyn, czy w książkach o Emilu. Jakoś tak się to słuchanio- czytanie ułożyło, że od książek Astrid Lindgren z przygodami jak najbardziej realnymi, przeszliśmy do tych fantastycznych.

Na koniec wspomnę jeszcze o takim dziele, jak bajka muzyczna. Nie wiem, czy można to jeszcze zaliczyć do głośnego czytania, bo odgrywa tam większą rolę i muzyka, i śpiew, i gra wielu aktorów.
Jednak chcemy się tym podzielić, bo doświadczenie słuchania bajki o Calineczce było bardzo przyjemne i ubogacające.
Pamiętam kilka bajek muzycznych z dzieciństwa.
Chociaż takim najbardziej magicznym obrazem z dzieciństwa, z samego schyłku PRL-u, jest wspomnienie bajek z projektora, oglądanych w domu sąsiadów. Wydaje mi się, że do ich części też  był dźwięk, nie tylko napisy. Ale nie pamiętam zupełnie, jak to było odtwarzane.

Jeśli chcesz się podzielić swoimi lekturami z ostatniego czasu lub miłym wspomnieniem rozrywek dzieciństwa, napisz w komentarzu.

Dodaj komentarz

Madera 2022/ Tydzień 6

  1. Spacer do Cãmara de Lobos
  2. Calheta
  3. Trzynaste urodziny!
  4. Spacer po centrum Funchal- Jardim Municipal i Avvenida Arriaga
  5. Levada Moinho i Levada Nova- Ponta do Sol
  6. Park Quinta Magnolia
  7. Niedzielny spacer lewadą Dos Piornais
  8. Complexo Balnear da Ponta Gorda

Spacer do Cãmara de Lobos

Dobrze jest mieszkać w takim miłym miejscu, jak Madera. Daje to okazje do miłych spotkań, nawet po latach.
We wtorek wybrałam się na spacer z plaży Formosa do Cãmara de Lobos z koleżanką z Polski i jej mężem, niewidzianymi od kilkunastu lat.
I było to bardzo miłe spotkanie. Jakby czas się na chwilę zatrzymał w miejscu. A nawet cofnął na moment.

Jeśli macie z 2-3 h czasu wolnego, to ta trasa wzdłuż wybrzeża jest świetna na przyjemny spacer, z przerwą na obiad w miasteczku odwiedzanym swego czasu przez Winstona Churchilla.

Po powrocie do Formosy była jeszcze chwila na spełnienie próśb Młodszej, która dzielnie mi towarzyszyła w tym dość długim, jak na jej nogi, spacerze.
Zakończyłyśmy lodami jedzonymi na skale z widokiem na zachodzące słońce.

A w domu czekał jeszcze upominek przywieziony z Polski przez koleżankę. (Dziękuję, Kochana! Próbowałam się podzielić z rodzinką, ale i tak większość pianek poszła w… moje biodra;))

Calheta

Jakoś tak nas tam z raz w tygodniu ciągnie. Może mamy sentyment po tym miesiącu, kiedy mieszkaliśmy 2 km od tej plaży w Calhecie.

Przyjemne miejsce na budownicze wyżycie się Młodszej, odpoczynek na leżaczkach męskiej części rodzinki i moje polowanie na ptaki ze smartfonem.

Na obiad tym razem wybraliśmy nieznaną jeszcze knajpkę i nieznaną potrawę na spróbowanie. Nie był to jednak najlepszy wybór. Cataplana, którą wybraliśmy, to coś w rodzaju gulaszu z warzyw i owoców morza gotowanych w specjalnym naczyniu. Czekaliśmy na podanie długo. Zbyt długo. Danie było dość dobre, ale nie na tyle, by chcieć zjeść je jeszcze raz.

Trzynaste urodziny!

Kolejny dzień świętowaliśmy urodziny naszego syna.
Jedyna nasza wycieczka w tym dniu, to wyjście do knajpki w stylu amerykańskim- The Red Car American 50′ w Funchal, obok Forum Madeira.
Bardzo fajna knajpka, naprawdę stylowa.
Jedzenie smaczne i szybko podane- jak to w amerykańskim fastfoodzie. Najfajniejszy Spider-Man wiszący na suficie. Do góry nogami oczywiście.

Spacer po centrum Funchal- Jardim Municipal i Avvenida Arriaga

Jak już mieszkamy tu dłużej, to czasem zapominamy jakie przyjemne jest po prostu przespacerowanie się po centrum Funchal. To miasto ma naprawdę swój urok i jest zadbane. Bardzo przyjemny jest ogród miejski i spacerek aleją do katedry.
Często odbywają się w tej okolicy różne wydarzenia.
Tym razem wędrując z Młodszą w poszukiwaniu prezentu urodzinowego dla jej koleżanki, trafiłyśmy na „targi” organizacji charytatywnych. Różne fundacje, czy grupy zbierały fundusze na swoje cele. Nas zatrzymało stoisko wspierające Ukrainę. Na innych stoiskach również było wiele ładnych i ciekawych przedmiotów na sprzedaż, głównie już ozdób bożonarodzeniowych.

Potem dotarłyśmy jeszcze do sklepu papierniczego i z materiałami dla plastyków, naprawdę porządnie zaopatrzonego, ale z cenami wielu rzeczy 2-3 razy droższymi niż w Polsce. Skompletowałyśmy tam upominek dla koleżanki, ale już wiem, co znajdzie się w naszych walizkach przy powrocie z Polski.

Levada Moinho i Levada Nova- Ponta do Sol

Najbardziej intensywny dzień tego tygodnia, to sobota.
Rano wybraliśmy się na rodzinny spacer dwoma lewadami. To jeden z niewielu szlaków na Maderze w formie pętli. Długość to około 9 km.
Auto zaparkowaliśmy przy kościele w Lombada da Ponta Do Sol.
Jest tam toaleta, warto skorzystać, bo na trasie nie ma żadnej.
Tuż przy kościele jest wejście schodkami na Levada Moinho.

Trasa wiedzie początkowopomiędzy poletkami uprawnymi poniżej i powyżej lewady. Miejscami podłoże jest nierówne, a zabezpieczenia trasy uszkodzone. Należy zachować ostrożność. Zwłaszcza przy mijaniu się z innymi wędrowcami.

Widoki, przestrzeń i zapachy roślinności są wspaniałe. Dobrze czasem odpocząć od niebieskości oceanu i dać oczom nasycić się zielenią.

Jeśli chcemy zrobić pętlę, to po około godzinie marszu, około 10min. za niewielkim wodospadem, obok którego jest miejsce wypoczynkowe z kamiennym stołem i siedziskami, należy schodami wejść w górę na Levada Nova. To chyba najtrudniejszy punkt trasy. Schody są strome i jest ich sporo.
Po ich. pokonaniu należy wejść na lewadę zwracając się w kierunku, z którego przyszliśmy. Ta lewada jest bardziej odsłonięta. Jest przy niej mniej roślinności. Mniej zabezpieczeń. A przestrzenie obok naprawdę ogromne, nawet chwilami zbocza kilkadziesiąt metrów w dół. Jak ktoś miewa zawroty głowy od przestrzeni czy wysokości, to nie polecam. Lepiej wrócić tą samą trasą.

A jeśli komuś to nie przeszkadza, to po około 15 min. dochodzi się do wodospadu, za którym trzeba przejść.

I zaraz jest kolejna atrakcja- tunel. Trudno mi ocenić długość. 200m? Jak się stoi na początku, to widać światełko na końcu. Latarka jest konieczna, tunel jest raz szerszy, raz węższy. Wysokie osoby muszą uważać na głowy. Jest też, co mnie zaskoczyło, dość suchy i ciepły.

Dla dzieciaków znajdzie się wiele atrakcji ułatwiających dość długi i męczący marsz. A to ciekawa roślina, a to chrząszcz czy inny owad. O kozach i owcach już nie wspominając.

Cała trasa obfituje w piękne widoki.

Przejście tej trasy zajęło nam sporo ponad 3 h z odpoczynkami. Najtrudniejsze, poza schodami, było ostatnie zejście, już w wiosce, w stronę kościoła. Bardzo stromo w dół. Dzieciakom było ciężko zejść, bo palce obsuwających się w butach stóp bolały. Ale znaleźli na to swoje sposoby. Starszy schodził tyłem. Młodsza bez butów, w samych skarpetach.

Park Quinta Magnolia

Po powrocie i szybkim przebraniu w bardziej odpowiednie stroje powędrowałyśmy na urodziny do parku. Bardzo fajny pomysł na urodziny pod drzewkiem.

Nie mam pojęcia skąd Młodsza czerpała siły, ale przez kolejne ponad 3 h biegała, wspinała się na drzewa, szalała na placu zabaw z innymi dzieciakami.

Ja ledwie miałam siłę siedzieć grzecznie na kocyku.

Z rozmów rodziców, głównie Polaków mieszkających na Maderze od max 2-3 lat, dowiedziałam się, że na Maderze nie ma ziemi niczyjej. Jeśli rośnie gdzieś drzewo owocowe, nawet w miejscu, które wydaje się najzupełniej dzikie i opuszczone, to ma ono najpewniej swojego właściciela. Lepiej nie dać się pokusie zabrania owoców, by nie narażać się na nieprzyjemności.

Bilans dnia to, poza mnóstwem pozytywnych doświadczeń, spotkań i radości…
u córy- pocięte palce do krwi, obite kolana, guz na głowie, rozerwana sukienka od zawiśnięcia na drzewie…
u mnie- jeden ból głowy, ale z tych, co po przyjściu do domu, walą od razu do łóżka.
Dobrze, że mąż i tatuś ogarnął resztę wieczornych obowiązków i zwyczajów.

Niedzielny spacer lewadą Dos Piornais

Niedzielny poranek był na odespanie.
Później wyprawa do kościoła.
I filmowe popołudnie rodzinne.
Już kolejny tydzień oglądamy film widziany klika razy ze Starszakiem, jak był mniejszy. Z Młodszą mamy zaległości. Tym razem wybraliśmy Epokę lodowcową 1.
Po filmie nastał niedzielny wieczór, co oznacza spacer najbliższą lewadą w stronę zachodzącego słońca. Tym razem trafił się nam jeden kotosłodziak, ale taki milusi, że dał się głaskać.

Complexo Balnear da Ponta Gorda

Po spokojniejszej niedzieli poniedziałek znów bardziej intensywny.
Rano sąsiadka zaprosiła mnie z dzieciakami na spacer na basen. Wybrałam się   tylko z córką. Starszak wolał zostać w domu i nadgonić trochę naukę i przygotowanie do egzaminów.

Poszłyśmy do kompleksu basenowego na Ponta Gorda. Wstęp płatny, ok 5,5 e za osobę dorosłą. Dzieci do 7 r.ż. nie płacą.

Jest tam kilka basenów ze słoną wodą, w tym jeden płytki ze zjeżdżalnią dla dzieci. Tuż obok jest też plac zabaw pod namiotem, kryjącym od słońca.

Jest też spory basen naturalny. Ale tego dnia może było na tyle wzburzone, że nie było bezpieczne wchodzenie tam z dzieciakami. Panie ratowniczki wygwizdały nas nawet gwizdkiem za chodzenie zbyt blisko krawędzi tego basenu. Ograniczyłyśmy się potem do normalnych basenów.

Jest dużo miejsca do opalania się. Przy wejściu można wynająć leżaki i parasole dodatkowo płacąc.
Z dziewczynkami zrobiłyśmy sobie też spacer wśród skał, zakończony znalezieniem miejsca pełnego krabów.

Miejsce przyjemne i warte polecenia, żeby mniejsze dzieciaki mogły się pokąpać w bezpiecznym miejscu. Aczkolwiek woda dość zimna, bo baseny nie są ogrzewane.

Najtrudniejszy, jak to na Maderze, powrót. Mocno stromo pod górę. Podziwiam sąsiadkę, że daje radę swoją dwulatkę w wózku pod takie stromizny wpychać. Pamiętam, że ja z moją dwulatką wymiękałam. Starszak musiał mi pomagać wpychać wózek pod górę, jak wracaliśmy z plaży lub musieliśmy podejść pod górę do autobusu. Dobry wózek, lekki, dobrze wyważony i stabilny, to podstawa. Spacerówka-parasolka nie jest najlepszym wyborem na te skosy.

Oj chyba jeszcze dużo czasu nam zajmie poznanie całej wyspy.
Pamietam, że przed przeprowadzką tu miałam taką chwilę klaustrofobicznego lęku… …jak ja będę tu żyć, na takiej maleńkiej wyspie na środku ogromnego oceanu.
A tu okazuje się, że wyspa wcale nie jest taka malutka.
I kiedy przyjeżdża się tu żyć, a nie na tydzień wakacji, to powoli przestaje dziwić, że są tu miejscowi, którzy się praktycznie poza Funchal nie ruszają. Żyją, pracują i się bawią tylko tu. I są zadowoleni.