Kolejny tydzień ze znajomymi z Polski. Miało być więcej zwiedzania, jednak choroba pokrzyżowała plany i tylko połowa rodziny skorzystała z zaplanowanej na sobotę wycieczki.
Mimo tego wdzięczna jestem za wszystkie chwilę, spotkania i miejsca, które udało się nam w tym tygodniu odwiedzić.
Cmentarz Nossa Senhora das Angústias w dzielnicy São Martinho
1 listopada również w Portugalii jest dniem wolnym od pracy. Aczkolwiek o wiele więcej osób pracuje- czynne są nawet duże supermarkety, aczkolwiek klientów o wiele mniej niż w zwykły dzień.
Zaczęliśmy świętowanie od mszy świętej w naszym kościele parafialnym p.w. Naszej Pani z Nazaretu ( w wolnym tłumaczeniu).
Potem, po portugalsku, ciastko i sok w kawiarni, i spacer na najbliższy cmentarz. Cmentarz Naszej Pani od Udręki/Nieszczęść/ Niepokojów/Lęków/Potrzeb (tyle przynajmniej jest opcji przetłumaczenia słowa „angustias”)
Jest to dość duży cmentarz. Rodzaje pochówków są różne. Ossaria ( nie wiem, czy tam się składa urny z prochami czy kości), nagrobki podobne jak w Polsce, kaplice ze stojącymi na powierzchni trumnami (czyli nie zakopane i nie w krypcie) i taki małe tablice, jak poniżej.
Co nas od razu zaskoczyło, to prawie brak zniczy. Za to dużo żywych, ciętych kwiatów. Ludzi było sporo. Wchodzili i wychodzili. Ale nagromadzenia w jednym czasie tłumów nie było.
Przed naszym wyjściem z cmentarza, na jednym ze starszych nagrobków, wypatrzyliśmy malutkie kociaki. Były trzy. W pobliżu chodziło też kilka dorosłych kotów. Stał tam budynek jakby gospodarczy, dla pracowników cmentarza. To pewnie oni te koty dokarmiają i hodują.
Ścieżka spacerowa wśród bananowców- Madalena do Mar
Popołudniu pojechaliśmy jeszcze ze znajomymi do Madalena do Mar. Pogoda była niepewna, to wybraliśmy krótką ścieżkę na spacer- Rota da Banana. W sumie są to 3 szlaki: RB1, RB2 i RB3. My trzeci przegapiliśmy. Wejście na szlak RB2 jest przy knajpce A Taberna Madalena do Mar.
Ścieżka łatwa, aczkolwiek miejscami wąska. Z wózkiem dziecięcym raczej nie ma co się wciskać.
Kwiat bananowca z zawiązkami owoców
Szlak wiedzie między plantacjami bananów, miejscami wzdłuż lewady. Nie polecam zrywać bananów prosto z krzewów. Nie nadają się do jedzenia. Po ścięciu całej kiści muszą jeszcze swoje odleżeć, żeby można było zjeść je ze smakiem.
W pewnej chwili spokojnego spaceru, do płynącej obok lewady, wpadł kotek pluszowy córki. Z 50 metrów go goniliśmy. Dobrze, że z naprzeciwka szła grupka polskich turystów i na moje zawołanie: „Łapcie kotka! Łapcie kotka!”- jeden z panów go wyłowił. Kot wymagał prania, ale przetrwał, to najważniejsze.
A co to za cudo nad głowami? Sechium edule, Kolczoch jadalny. Po madersku- pimpinela.
Po wyjściu z RB1, wracając wzdłuż plaży do samochodów, spotkaliśmy jeszcze urodziwe kaczki, prawdopodobnie piżmowe.
Kaczki na plaży w Madalena do Mar karmione Bolo do Caco- maderskim przysmakiem
W drodze powrotnej, część towarzystwa pojechała jeszcze na szlak Levada do Moinho zaczynający się przy kościele w Lombada da Ponta do Sol. Ja z mężem, Młodszą i jej koleżanką pojechaliśmy do domu na zabawę. Więc szlaku nie opiszę tym razem. Podobno fajny. Jeden z niewielu na wyspie, gdzie da się zrobić pętlę i przechodząc na drugi szlak, Levada Nova, wrócić do auta, nie tą samą drogą. Jak kiedyś sama pójdę, to pokażę zdjęcia i opiszę wrażenia.
Plaża – Calheta
Jak już wspominałam, bywamy tu dość regularnie. Plaża bezpieczna do korzystania przez dzieciaki, a obok pyszny tuńczyk- wystarczające powody by tu wracać.
Ujście rzeczki do oceanu- tak wyglada naturalne wybrzeże wyspy.
Plac zabaw przy plaży w Calhecie
Plaża w Calhecie to dokładnie dwie sztuczne plaże usytuowane naprzeciwko siebie.
Piasek na plaży. Im bliżej oceanu, tym więcej czarnych kamuszków. Za hotelem po lewej, spory market Pingo Doce.
Piasek, jaki jest, każdy widzi. Raczej nie pochodzenia maderskiego. Przywieziony w 2004r. z Maroka.
W pobliżu port, a przy nim deptak z licznymi restauracjami.
Rejs na Porto Santo
W sobotę mieliśmy płynąć z 3 znajomymi rodzinami promem Porto Santo Line na sąsiednią wyspę. Jednak gorączka, która dopadła Młodszą pociechę w drodze powrotnej z Calhety, zatrzymała mamę i córkę w domu. Jakoś dzień przetrwałyśmy. Porto Santo na nas poczeka. Bilety na prom ważne są 90 dni, to może się wybierzemy jeszcze w tym roku.
Wspólne przezgorączkowe leżanko przy słuchaniu podcastów.
Niedziela- kaplica Penha da França, końcówka chorowania i Levada dos Piornais
W niedzielę pierwszy raz byłam z synem na mszy sprawowanej po angielsku. Więcej o kaplicy i wspólnocie tam się spotykającej w tym tekście.
Kwiaty, owoce, liście- wszystko na raz na jednym drzewie? Na Maderze to możliwe. Puchowiec wspaniały.
Wieczorkiem wybrałyśmy się z Młodszą na spacer dla zdrowia. Gorączka została zwalczona, więc uzbrojone w mikroskop podręczny i saszetkę z kocią karmą poszłyśmy na naszą najbliższą lewadę- Levada dos Piornais.
Widok na Funchal i wyspy Desertas z Levada Piornais
Najlepsza terapia dla rekonwalescentki mojej małej, to kontakt z naturą. Najchętniej z tą miauczącą.
Zaczęło się od jednego…
…skończyło na trzynastu. Mała kocia fanka uszczęśliwiona.
Jeśli jesteście kocimi wielbicielami i jesteście w Funchal- dajcie znać. Zdradzę, gdzie dokładnie jest nasze kocie miejsce 😉
Funchal to ponad 500 letnie miasto. Zabytkowe budynki, nowe domy, rudery, nowoczesne blokowiska, hotele. Wszystko pomieszane z bujną, tropikalną roślinnością.
Stale ubogacającym doświadczeniem jest dla mnie branie udziału w liturgii w różnych parafiach. Chociaż staram się budować relację z parafią miejsca zamieszkania, to z różnych przyczyn czasem trafiam do innych kościołów.
Dziś mój kochany mąż zajął się gorączkującą córeczką, a ja z synem powędrowałam do malutkiego kościółka blisko portu, gdzie zatrzymują się ogromne wycieczkowce. Właściwie jest to kaplica, Capela de Nossa Senhora da Penha de França. Dopiero w domu uświadomiłam sobie, że w ołtarzu jest rzeźba objawienia w Lourdes, i moja patronka, św. Bernadeta Soubirous.
Skierowaliśmy się właśnie tam, bo jest to jedyne miejsce na wyspie, gdzie regularnie, w każdą niedzielę o 10:00, jest sprawowana msza święta w całości w języku angielskim. Liczyliśmy też na możliwość skorzystania z sakramentu pokuty i pojednania w języku angielskim. Byłoby to dla nas łatwiejsze, niż w języku portugalskim. Dzięki temu wysiłkowi, który musiałam podjąć i brakowi łatwego dostępu do sakramentu miłosierdzia na wyspie, uświadomiłam sobie, jak dobrze i wygodnie jest jeszcze w Polsce. Mogę pójść niemal na dowolną mszę świętą i przeważnie przed każdą ksiądz siada w konfesjonale. Tu już nie mam tak łatwo.
Po pierwsze bariera językowa, jeszcze trudniejsza dla dzieci. Ja już co nieco rozumiem, dzięki wcześniejszej nauce angielskiego, niemieckiego, włoskiego i odrobiny łaciny.
Po drugie, nie przed każdą mszą jest spowiedź. Są wyznaczone dni i godziny. W naszej parafii, są to czwartki przed wieczorną mszą. Jest oczywiście możliwość umówienia się z księdzem na inny termin, ale tu, patrz „po pierwsze”.
Po trzecie, jak już znalazłam mszę po angielsku, to przed mszą musiałam się wysilić i podejść do osoby świeckiej witającej ludzi przy wejściu do kaplicy i zapytać o możliwość spowiedzi. A nie jest to dla mnie łatwe. Trochę to sprzeczne z moją naturą. Możliwość była, po mszy świętej. Pan poszedł powiadomić księdza. Po mszy znowu mała niedogodność. Bo nie da się podejść dyskretnie do kratek konfesjonału. I pozostać jakby anonimowym. Najpierw zapoznaliśmy się w zakrystii z księdzem (obchodzącym 57 rok kapłaństwa). Spowiedź była w malutkiej salce przy kaplicy, która specjalnie dla nas została zamknięta drzwiami, bo normalnie tam sobie ludzie w czasie mszy siedzą. Nie było konfesjonału. Siedzieliśmy z księdzem na ławce obok siebie. No i język angielski. Niby znam. Niby rozmawiam w tym języku. Ale w takiej sytuacji po raz pierwszy.
Ogólnie wdzięczność czuję, że taka możliwość istnieje. Że nie musiałam czekać aż do powrotu do Polski. Że trudności były do pokonania. A poznaliśmy kolejne piękne miejsce na mapie Funchal.
Wspólnota tej parafii jest otwarta, zaangażowana i życzliwa. Ksiądz Bernardino bardzo serdeczny. Mówi po angielsku z silnym akcentem ( jest rodowitym Maderczykiem), jednak zrozumiale. Pracował w różnych krajach, też w USA. Jak to syn podsumował, wygłosił najlepsze kazanie, jakie kiedykolwiek słyszał, nawet w Polsce. A fragment, który go poruszył (mnie też): ksiądz mówił, że nie wie, gdzie jest niebo, jak wygląda, jak w nim jest. I go to zupełnie nie obchodzi. Wie natomiast, że niebo to będzie wspaniała niespodzianka, od Najlepszego Przyjaciela.
Zaskakujący dla mnie był moment, kiedy przed modlitwą „Ojcze nasz” ksiądz poprosił chrześcijan innych wyznań, obecnych w kaplicy, o podejście do ołtarza i wspólną modlitwę do Naszego Ojca. Nie zrozumiałam wszystkiego idealnie. Domyślam się, że we wspólnocie są np małżeństwa mieszane. Był to jednak ekumenizm w działaniu. I jedność, jako dar Ducha. Bo choć są różnice, to jest jeden chrzest, jeden Bóg w Trójcy, i jesteśmy wszyscy Jego dziećmi, i razem możemy i powinniśmy do Niego wołać.
Piękne było też specjalne błogosławieństwo dla osób obchodzących rocznice w tym miesiącu. Nasz Starszak też podszedł. W tym miesiącu kończy 13 lat. I po mszy wiele osób składało mu życzenia. A byliśmy tam po raz pierwszy, nikogo nie znając.
Kolejny szczególny rys tej wspólnoty, to działalność charytatywna. Po każdej mszy zbierane są datki, na pomoc ubogim na wyspie, której udziela od 2010 roku fundacja People Helping People, powstała przy tej parafii.
I jeszcze jedno. Po mszy jest poczęstunek z kawą, ciastkami i najlepszą, podobno, herbatą na wyspie. Tym razem nie spróbowaliśmy, bo w domu czekała Choruszka, ale wrócimy tam jeszcze, daj Boże.
And last but not least. Język angielski w pięknej, brytyjskiej wersji. (Nie jestem językoznawcą, ale brzmiał inaczej niż amerykańskich filmach;). Hymny śpiewane w tym języku. A na koniec pieśń „Oto jest dzień”, ograniczona w Polsce przeważnie do mszy dziecięcych czasu I Komunii i Białego Tygodnia, tu brzmiała rzeczywiście radośnie i dojrzale.
Dzisiejszy czas w kaplicy Penha de França, to budujące i rozwijające doświadczenie, za które jestem Bogu głęboko wdzięczna.
Już listopad. I już 3,5 tygodnia na Maderze. Płynie, płynie czas. Z perspektywy przeżytych lat- coraz szybciej. Ciekawe, jak ten czas odczuwa moja ukochana, prawie 84- letnia Babcia.
Trochę w tym tygodniu poczytaliśmy, choć dwa wieczory nam wypadły- nocowanko dzieci u znajomych było.
I kilka spotkań znowu. Tylko końcówka tygodnia chorobowa. Wspieraliśmy się podcastami i audiobookami.
Opowieści o świętych. Carey Wallace
Dobra lektura na listopad. Zaczęliśmy czytać w Uroczystość Wszystkich Świętych. Piękne ilustracje. Trochę baśniowe. Ale historie prawdziwych ludzi.
Supermocni kontra złodzieje zdrowia.
Książeczka z przepisami i z komiksami, do których Młodsza bardzo lubi wracać.
3 komiksy, 3 rysowników, 3 przygody ze zdrowym żywieniem w tle.
Na końcu świata. Natalia Przeździk.
Do codziennego czytania dodaliśmy szukanie w internecie miejsc, które zwiedza niebiesko-domowa rodzinka. Malinowa cerkiew w Blechnarce nas urzekła. Opowieści te mocno zostają w córce. Dziś wspominała jedną z przygód z części Morskie Bałwany.
Sprawdźcie sami… Mikroby. Sarah Hull
W tym tygodniu poczytałyśmy o grzybach- tych chorobotwórczych i tych służących ludziom. Grzyby są po prostu fascynujące.
Sobotnio- niedzielne gorączkowanie Młodszej minęło nam lżej dzięki słuchaniu. Były podcasty. A potem włączyłyśmy audiobooki. Kilka części „Basi” Zofi Staneckiej, czytanych przez Marię Seweryn, na rozgrzewkę. Następnie ruszyłyśmy z klasyką literatury dziecięcej.
Dzieci z Bullerbyn. Astrid Lindgren
Ze Starszym czytałam tę książkę na głos sama. Co najmniej dwa razy całą, bo tak się mu podobało. Później, jako samodzielny czytelnik wracał do niej po kilkakroć. Z Młodszą skorzystałyśmy z powyższego audiobooka. Interpretacja Edyty Jungowskiej jest świetna. Jak mówi Młodsza „fajowsko się słucha”.
Jestem wierną fanką książek papierowych. Takie czyta mi się najprzyjemniej. Jednak innymi formami też nie pogardzę. Ebooki to wiadomo, inny tylko nośnik słowa pisanego. Ale audiobooki, to już większa różnica. Mimo tego, znalazły w naszym domu swój czas i miejsce.
W naszym życiu i edukacji domowej przeżywamy często zmiany. Utrudniają nam one zachowanie pewnego stałego planu dnia i tygodnia sprzyjającego zbudowaniu nawyków dotyczących codzienności i nauki w domu.
Teraz zaczął się już czwarty tydzień od przylotu na Maderę. Powinniśmy już pewne nawyki sprzyjające nauce w nowym miejscu po raz kolejny wyrobić czy utrwalić. Jednak nic z tego. Nie ma tak łatwo. Są inne sprawy, które powodują, że nasz dzień dniowi nie podobny.
Goście w domu. Znajomi z Polski na wyspie. Z każdym chcemy się spotkać. Wyjść do restauracji na lokalne przysmaki. Umożliwić naszym dzieciakom utrzymywanie relacji z polskimi znajomymi. Chcemy pokazywać wyspę znajomym. I chcemy odkrywać ją razem z nimi.
A wszystko to wymaga czasu.
Dopasować się jeszcze musimy do pogody. Pada- zostajemy w domu. Nie pada- ruszamy w teren. Czasem w ciągu 15-30 min się zbieramy.
I plan dnia leży.
Łapiemy chwile na naukę tu i tam.
Trochę popisać, trochę poczytać, kilka zadań, film przedmiotowy na YouTube… Świetnie nadają się na takie chwile również podcasty.
Najbliższa Młodszej jest teraz przyroda, stąd nasze ostatnie odkrycie to podcast Dzikoprzygody- Anety Chmielińskiej, autorki książki „Dzikie opowieści”, o której pisałam tu i tu. Co dziwne, nie szukałam go po zapoznaniu się z książką. Dopiero ktoś znajomy w internecie podzielił się tym podcastem.
Podcast jest równie ciekawy jak książka. Jego formuła umożliwia utrwalenie świeżo usłyszanych ciekawostek. Dziś nasza pierwszoklasistka, po przesłuchaniu 3 odcinków rodzinnie przy śniadaniu, upraszała by mogła jeszcze posłuchać w swoim pokoju. A wieczorem opowiedziała mi o porostach. Po raz pierwszy się z opowieścią o tym rodzaju organizmów żywych spotkała. A była w stanie mi przekazać sporo faktów. Bardzo jej pasuje taki sposób poznawania świata przez opowieści.
Wcześniej, od zeszłego roku, słuchaliśmy podcastu przyrodniczego Bliżejlasu.pl. Bardzo pasował i Młodszej, i mi, jako mamie. Towarzyszył w wieczornym czasie relaksu przed snem. Niby też o przyrodzie, ale trochę inaczej niż Dzikoprzygody. Każdemu tematowi towarzyszył eksperyment do wykonania samodzielnie. A eksperymentowanie, wyciąganie własnych wniosków to, moim zdaniem, niezbędny element poznawania świata.
Wspaniale jest, że mamy wybór. Że wiele osób dzieli się swoją wiedzą i pasją również w formie podcastów. I że robią je w dobrej jakości, w przemyślany sposób.
Są dzieciaki chętniej przyswajające wiedzę „przez uszy” i opowieści. Dla nich materiały w tej formie to ogromne wsparcie. A że w edukacji domowej mamy swobodę wyboru środków, materiałów i pomocy do realizacji podstawy programowej i szerzej- do poznawania świata i rozwijania pasji członków rodziny- to chętnie z nich korzystamy.
Odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi w naszym przypadku: Tak! W nie tak dawnych czasach opowieści starszych czy doświadczonych osób były jednym z głównych sposobów przekazywania wiedzy między pokoleniami. Teraz mamy tych możliwości o wiele więcej. Warto jednak korzystać również z tej.
Korzystacie z podcastów? Lubicie? A może zupełnie Wam nie pasują?
Jeśli znasz jakieś wartościowe podcasty skierowane do dzieci lub rodzin, nie tylko przyrodnicze, lub chcesz się podzielić swoim doświadczeniem w korzystaniu z takiej formy nauki, zapraszam do podzielenia się w komentarzu.
Pozornie nic się nie zmieniło na Maderze od naszego wyjazdu na początku czerwca. Wyspa nadal jest piękna, kwiecista i zielona. Ale kwitną coraz to nowe rośliny i powietrze wypełnione jest nowymi zapachami. Nawet w czasie załatwiania formalności, jak kupno portugalskich numerów komórkowych, można nacieszyć oczy wspaniałościami. Wystarczy chcieć się zatrzymać i patrzeć.
Park Santa Catarina
Kolejka linowa Funchal- Monte
Pogoda w październiku jest zmienna. Codziennie czasem słońce, czasem deszcz. Mimo to warto zwiedzać. Nawet w niepewną pogodę. Najwyżej się trochę zmoknie, lub odbędzie romantyczny spacer w chmurach.
Miasto pod stopami
We środę ze znajomymi wybraliśmy się kolejką linową z centrum Funchal do Ogrodów Tropikalnych na Monte. Wybraliśmy bilety w dwie strony. Możliwy jest też powrót z góry autobusem, taksówką, toboganem ( sankami po asfalcie-część trasy) lub pieszo (to opcja dla wytrwałych, choć z górki idzie się zdecydowanie łatwiej niż pod górę)
Jadąc z dzieciakami wypatrujemy pod nami kotów, psów i owiec
Przejazd przez chmury
Teleférico do Funchal- widok ze stacji Monte
Ogrody Tropikalne Pałacu Monte
Po dotarciu do stacji końcowej pierwsze kroki skierowaliśmy do kawiarni pod kolejką. Dzieci zdążyły już zgłodnieć, a my daliśmy chwilę chmurom na ogarnięcie się. Pogoda nie była bardzo zachęcająca do zwiedzania Jardim Tropical Monte Palace. Po pół godzinie decyzja została podjęta- zwiedzamy.
Zdjęcia nie oddają całego piękna i blasku tych kamieni.
Naszej rodzinki to była już kolejna wizyta w tym ogrodzie. Pierwsze kroki skierowaliśmy na wystawę minerałów i kamieni szlachetnych- moje ulubione miejsce w tym ogrodzie. Sprawdziłam je już wiosną z dzieciakami. Mogłabym tam spędzić nawet godzinę. Co ważne- nawet w czasie deszczu na głowę nie pada.
Ogród podzielony jest na strefy z różnymi gatunkami roślin i rodzajami klimatycznych elementów architektury.
Co krok można natknąć się na dzieła sztuki.
A wszystko zanurzone w soczystej zieleni.
Przy dobrej pogodzie z tarasu przed pałacem jest piękny widok na zatokę Funchal. W czasie naszej wizyty chmurę na chwilę się podniosły, ale potem zaczął padać drobny deszcz i ze względu na dzieciaki, szybkim krokiem skierowaliśmy się do wyjścia. Na szczęście czekał na nas atrakcyjny zjazd kolejką z powrotem do centrum Funchal.
Po wyjściu z kolejki towarzystwo się rozdzieliło. Część pojechała do domu. Część ruszyła w miasto- na dole świeciło słońce- w poszukiwaniu obiadu dla dzieciaków.
Wybraliśmy restaurację ze względu na taras i możliwość wjazdu windą z wózkiem dziecięcym. Jak się okazało wybór nie był najlepszy. Po długim oczekiwaniu na złożenie zamówienia, części obsługi chwilami taktującej nas jak intruzów, jeszcze dużo dłuższym czekaniu na jedzenie, histerii najmłodszych ze zmęczenia i głodu, niezbyt smacznych potrawach i posiłku przerwanym przez tropikalną ulewę, wyszliśmy z tej restauracji z, de facto, niesmakiem. Nawet nie napiszę nazwy. Może inni klienci byli zadowoleni. Nam się nie podobało. Albo trafiliśmy na kiepski moment, tzw. godziny szczytu i ciszę przed burzą. Tylko w czasie ulewy obsługa szybko i sprawnie pomogła nam przenieść się z krawędzi tarasu do innego stolika w głębi sali. Minimalna jest szansa, że kiedyś tam jeszcze wrócimy. Na szczęście w Funchal wybór miejsc z jedzeniem jest duży.
Madeira Story Center
Ulewa nadal trwała w najlepsze. Rozdzieliliśmy się po raz kolejny. Nasi goście poszli do auta, uśpić swoje maluchy w czasie przejażdżki w poszukiwaniu słońca na wyspie. Ja z Młodszą trafiłam do pobliskiego muzeum historii i kultury Madery. Byłyśmy tam drugi raz. Centrum to istnieje chyba od 2005 roku. Na początku na pewno było bardziej atrakcyjne. Pomyślane jest jako wystawa interaktywna, gdzie można posłuchać, obejrzeć, dotknąć i powąchać elementy historii i kultury wyspy. Opisy do eksponatów są w 4 językach. W tej chwili część eksponatów nie działa. Całość sprawia wrażenie przestrzeni wyeksploatowanej i nie zadbanej. A wystarczyłoby naprawić niedziałające eksponaty. Bilety nie kosztują bardzo dużo- 5 e za dorosłego, 3 e za dziecko. Mogłabym zapłacić więcej i wracać częściej, gdyby ten dochód przeznaczano częściowo na odnowienie wystawy.
Kolejny polski (choć ten akurat hipotetyczny) akcent na MaderzeWizyta Krzysztofa Kolumba w Funchal
Plaża Formosa
To miejsca pojawiać się w moich artykułach będzie pewnie często. Jest to najbliższa dla nas plaża. Dobrze nam znana. Z gwarancją pięknych zachodów słońca przy dobrej pogodzie.
Piaszczyste części plaży służą motoryce małej…
…i nauce pisania.
Chodzenie po częściach kamienistych plaży stymuluje stopy i zmysł równowagi. Same plusy. Prawie. Bo bolesne zderzenia też się czasem zdarzają. Ale to w sumie też plus. Uczy wytrwałości i cierpliwości w znoszeniu niedogodności.
Przy kolacji ze znajomymi w knajpce przy plaży mogliśmy podziwiać zachodzące słońce.
Punkt widokowy Pico do Areeiro
W sobotę wyruszyliśmy na poszukiwanie wrażeń w centralnej części wyspy. Najpierw przystanek na kawę w Casa de Abrigo do Poiso. Mogliśmy przy okazji pooglądać przejeżdzające auta biorące udział w jakimś rajdzie.
Dalej zdecydowaliśmy się na jazdę w stronę Pico do Areeiro, ale z każdą minutą było coraz więcej chmur. Kiedy dotarliśmy na punkt widokowy przy samym szczycie , drugim najwyższym na `Maderze, była cały pokryty chmurami. Pierwszy raz byliśmy tam w taką pogodę. Wietrznie i zimno już bywało. Tym razem było jeszcze bardzo wilgotno. I pole widzenia bardzo skąpe.
Widok z trasy do Pico do Areeiro
Szarańcza? Pasikonik? wypatrzona przez Starszaka na parkingu pod szczytem.
Po krótkim cieszeniu się dzieciaków wspinaniem na sam szczyt punktu widokowego ruszyliśmy dalej.
Parque Temático da Madeira
Z powodu utrzymującego się zachmurzenia zrezygnowaliśmy ze spaceru Levada dos Balcões, którą można przejść nawet z wózkiem dziecięcym. Pojechaliśmy dalej, miejscami bardzo krętą i stromą drogą, do miejscowości Santana i znajdującego się tam parku rozrywki, skierowanego przede wszystkim do rodzin z dziećmi.
Czy to hobbitowe Shire? Tylko pagórki trochę większe. Baśniowe widoki na wjeździe do Santany.
W parku tematycznym byliśmy na pewno przy pobycie na Maderze w 2020. Przyznam, że trochę się tam zmieniło od tego czasu.
Jako pierwsze odwiedziliśmy kino z ruszającymi się fotelami, bo akurat miał się zacząć pokaz. Pod drzwiami musieliśmy jednak poczekać dodatkowe 15 min, bo przed nami weszła grupa zajmująca całą salę. Tzn. nie całą, tylko te 20 miejsc, które jednorazowo uruchamiają. Przy poprzednim pobycie był inny film, coś w stylu podróż poślubna i atrakcje Madery. Tym razem film był zrobiony á la gra komputerowa. Główny bohater zaliczając kolejne atrakcje zdobywał kolejne elementy stroju ludowego Maderczyka. Najfajniejszy był chyba moment zjazdu toboganem z Monte- poruszające się fotele dobrze oddawały dynamikę tego zjazdu. Może się nawet kiedyś skuszę w rzeczywistości.
Nową częścią jest mini zoo z wieloma zwierzakami. Dzieciaki podkarmiały je trawą. Poza widocznymi poniżej owcami i tabunem królików, są jeszcze lokalne krowy, kozy, ptactwo domowe i strusie. I staw pełen dużych ryb, ale te już były poprzednio. Jeszcze pawie przechadzały się po terenie parku. Dla dzieciaków radocha. Ja karmieniem czy głaskaniem futrzaków też nie pogardzę.
Nowy dla nas był też plac zabaw w hali. Z interaktywną częścią pokazującą, jak powstaje cukier z trzciny cukrowej i jak powstaje mąka. Z tą częścią, która miała pokazywać wytwarzanie cukru, mieliśmy małą wtopę. We czwórkę dorosłych uznaliśmy, że jest to element rzeczywiście interaktywny i że możemy w prasie leżącą obok trzcinę zmielić. Już miałam palcem spróbować sok, który udało się wycisnąć z trzciny mężowi, kiedy nagle pani bileterka od tej sali nas powstrzymała. Okazało się, że to raczej wszystko na pokaz leży. Można sobie popatrzeć, ale akurat niekoniecznie mielić. Trzcina rzeczywiście nie wyglądała na super świeżą, ale dla dobra nauki gotowa byłam się poświęcić. No cóż. Z głupimi uśmiechami poszliśmy dalej. Sam plac zabaw w porządku. Huśtawka. Małe linarium. Równoważnia. Ścianka wspinaczkowa. Drabinki. Dobra alternatywa na odpoczynek od drobnego deszczu padającego na zewnątrz. Zwłaszcza, że podwórkowe place zabaw, które pamiętaliśmy, jako bardzo fajne, były ogrodzone taśmą i nieczynne.
Była też chwila dla dzieciaków w labiryncie z krzewów. Sporo urósł od ostatniego razu.
Po tych atrakcjach mężczyźni się oddzielili, a my ruszyłyśmy jeszcze w podróż w poszukiwaniu Madery. Pawilon G, chyba. To miejsce już poprzednio zapamiętałam, jako bardzo fajne. Przejażdżka łódką po szynach, gdzie przez chwilę możesz poczuć się jak podróżnik i odkrywca wyspy.
Dzięki temu, że faceci już czekali przy wyjściu z parku, a my miałyśmy ich bilety, mogłyśmy z przejażdżki skorzystać dwa razy. Bardzo się dziewczynkom podobało. Gdybyśmy miały więcej biletów, pojechałybyśmy jeszcze raz.
Atrakcji na terenie parku jest więcej. Nie ze wszystkich tym razem skorzystaliśmy. Można trafić na pokazy pracy lokalnych twórców- wikliniarza, hafciarek, garncarza. Za 1 e można popływać łódką wiosłową po stawie. Są też symbole Madery w skali makro- fajne do robienia sobie zdjęć.
Z pobytu w parku wnioski różne. Mąż zapowiedział, że więcej już tam nie pojedzie. A ja w sumie, z dzieciakami, czemu nie. Tylko przy lepszej pogodzie i z zapasem prowiantu.
Restaurante Gale- Santana
Prosto z parku, wszyscy już nieźle wygłodniali (jak długo można się żywić bananami?), ruszyliśmy do Restaurante Gale w Santanie, oddalonej kilka minut jazdy autem. Tym razem podaję z nazwy, bo mogę śmiało polecić. Lokal niezbyt duży i niezbyt atrakcyjny wizualnie. Ale obsługa miła i zabawna. Zamówione jedzenie podawano sprawnie i smaczne. Do tego kucharz i właściciel lokalu w jednej osobie wychodził do nas dwa razy. Najpierw zapytać, czy nam smakuje, a na koniec pogadać o restauracji. Bardzo fajne doświadczenie.
Księżyc i gwiazdy nad Funchal
W niedzielę nasz zwyczajowy poranny spacer do kościoła. I kolejne miłe spotkania z futrzakami.
Koto-love
Potem pożegnanie jednych znajomych wracających do Polski, powitanie kolejnych, którzy przylecieli pierwszym bezpośrednim lotem WizzAir z Warszawy i popołudnie z Młodszą i jej koleżanką na basenie osiedlowym.
Tydzień zakończyliśmy oglądaniem zachodu słońca z tej skały na Formosie widocznej na pierwszym zdjęciu tego artykułu. Dzieciaki się wspinały, a my jedliśmy gorące kasztany, po raz pierwszy upieczone samodzielnie w domu.
Wiele jest pięknych miejsc na świecie. To które teraz najbliżej poznajemy, i którym chcę się dzielić w zdjęciach i opisach, to Madera.
Zachęcam do obserwowania mojego profilu na Instagramie. Umieszczam tam krótkie relacje z naszego poznawania wyspy. Dopiero uczę się mediów społecznościowych. I nie chcę ich używać nadmiernie. Doceniam jednak, że jest to fajny sposób na podzielenie się pięknem, które jest nam dane prawie na codzień oglądać.
Podczas naszego codziennego czytania, mamy książki, które towarzyszą nam dłużej i są elementem wieczornej rutyny przed spaniem. Mamy też takie, które czytamy dla konkretnej wiedzy czy inspiracji.
W tym tygodniu wróciliśmy do kilku książek z okienkami. Mimo formuły, nie są to książki dla maluszków. Ten sposób podawania wiedzy jest po prostu atrakcyjny. Nawet nasz nastolatek czasem zerka.
Na końcu świata. Natalia Przeździk
Ta książka to towarzysz długodystansowy. Dozujemy sobie po rozdziale. Młodsza cieszy się przygodami dzieciaków w Beskidzie Niskim, części Polski nam jeszcze nie znanej. Ja wspominam nasze lato 2020, z covidem w tle, i nasze ukrycie w kilku pięknych miejscach na Suwalszczyźnie. Też tytułowy „koniec świata”, tylko na innym krańcu Polski. Najpierw pod litewską granicą nad urokliwym jeziorkiem, w okolicach Puńska. Potem w chatkach w dwóch miejscach nad ulubioną rzeką, rzeką dzieciństwa, Czarną Hańczą.
Czy wiesz, po co jesz? Książka z okienkami. Emily Bone, Stefano Tognetti
Książeczka, która 4 miesiące przeleżała samotnie na Maderze. Teraz Młodsza znowu ją wyciągnęła. Przypominamy sobie budowę układu pokarmowego, jakich pokarmów potrzebuje ciało by być zdrowym i rosnąć, pojawiają się tematy bakterii jelitowych, zatruć czy alergii pokarmowych. Różne ciekawostki z zakresu odżywiania i trawienia. Dobrze jest wiedzieć, po co się je.
Sprawdźcie sami… Mikroby. Książka z okienkami. Sarah Hull
Twoje dziecko interesują bakterie? Wirusy? Grzyby? A może pierwotniaki? O tych mikrobach można poczytać w tej książeczce. A także, o tym, jak nam ludziom pomagają albo szkodzą. Jest też ciekawy rozdział pokazujący, jak nasze ciało jest świetnie przygotowane do obrony przed niechcianymi intruzami.
Nam książka podoba się bardzo. Jest kolorowa, ale nie aż tak, żeby zamazać istotne informacje. Fakty są ciekawie i dość prosto przedstawione. Jak każda książka opierająca się na faktach naukowych, może się z czasem zdezaktualizować. Zachęca to dodatkowo, do sprawdzania, czy dana ciekawostka jest aktualna, albo do szukania, jak rzeczywiście wyglądają mikroby przedstawione na ilustracjach.
Garfield. Tłusty Koci Trójpak. Tom1. Jim David
Z kocią fanką czytamy i takie lektury. Chociaż ta konkretnie należy do Starszego. To dzięki niemu, fanowi komiksów, poznałam wielu świetnych rysowników i powieści graficznych. Dla mnie nie stoją już na niższej pozycji niż książki. Jest to po prostu zupełnie inny rodzaj twórczości. Często równie wartościowej.
Garfielda lubimy za żarty i odniesienia do rzeczywistości- nie wszystkie zrozumiałe, bo odnoszące się w chwili powstania do konkretnego czasu i kraju. Również za możliwość śledzenia ewolucji rysunkowej bohaterów komiksu. I za kotowatość tytułowego bohatera.
Jeśli chciałabyś/ byś podzielić się jakimś wartościowym tytułem, zostaw komentarz pod tekstem.
Szykujemy się do zamówienia pierwszej paczki z książkami z Polski na Maderę i szukamy dobrych książek, które mogłyby zasilić naszą tutejszą biblioteczkę.
We wtorek, 25.10.2022, odbyło się pierwsze czytanie poselskiego projektu (z 20.10) ustawy o zmianie ustawy – Prawo oświatowe oraz niektórych innych ustaw w komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży.
Uczyć można się wszędzie Madeira Story Center
Wspominałam o proponowanych zmianach, szkodliwych dla szkół i rodzin ED w tekście sprzed tygodnia.
W czasie pierwszego czytanie usunięto część propozycji negatywnie wpływających na szkoły specjalizujące się we wspieraniu rodzin z dziećmi spełniającymi obowiązek szkolny poza szkołą.
Zostały do dalszego procesu legislacyjnego te utrudniające życie i działanie rodzinom i dzieciom ED.
rejonizacja- szkoła w województwie zamieszkania dziecka lub ościennym.
„Zezwolenie, o którym mowa w ust. 1, może być wydane, jeżeli:”, – po pkt 1 dodaje się pkt 1a w brzmieniu: „1a) przedszkole, inna forma wychowania przedszkolnego lub szkoła, do których dziecko zostało przyjęte, znajduje się na terenie województwa, w którym zamieszkuje dziecko, lub na terenie województwa sąsiadującego z tym województwem;”,
Nie będziemy mogli, jako rodzice, wybrać szkoły, której działanie i wsparcie nam, jako rodzinie, najbardziej odpowiada, ale jest w innym województwie niż zameldowania i dalej niż w sąsiednim.
To dyskryminacja. Rodzice korzystający ze szkół stacjonarnie mogą wybrać dowolną szkołę na terenie Polski.
A jeśli chodzi o uniemożliwienie istnienia dużych placówek wspierających ED, jak na przykład Szkoła w Chmurze, która w jednym miejscu „gromadzi” 10000 uczniów? Dopóki rodzice otrzymują dla swoich dzieci od tej szkoły wsparcie w edukacji domowej zgodne z ich oczekiwaniami; dopóki kontakt ze szkoła jest sprawny; dopóki zatrudniają tylu nauczycieli i pracowników, że dziecko i rodzic otrzymuje wsparcie w każdej chwili, a do tego dotychczasowe kontrole nadzoru pedagogicznego i finansowego przechodzą bez większych błędów czy problemów, to moim zdaniem wszystko jest w porządku. Zostawmy tę decyzję rodzicom. Niech sami decydują, której szkole chcą powierzyć swoje podatki w formie subwencji oświatowej.
Ograniczony czas na złożenie przez rodziców wniosku o ED od 1 lipca do 21 września
„1a. Wniosek, o którym mowa w ust. 1, składa się w terminie od dnia 1 lipca do dnia 21 września roku kalendarzowego, w którym dziecko ma rozpocząć spełnianie obowiązku, o którym mowa w art. 31 ust. 4, obowiązku szkolnego albo obowiązku nauki odpowiednio poza przedszkolem, oddziałem przedszkolnym w szkole podstawowej, inną formą wychowania przedszkolnego lub szkołą.”,
Są sytuacje trudne, kiedy później niż do 21 września okazuje się, że dziecko ma poważne problemy zdrowotne, szkolne czy inne, na które jednym rozwiązaniem jest zabranie dzieci ze szkoły i danie im możliwości nauki w bezpiecznej przestrzeni domu i rodziny. To powinno zależeć od decyzji rodziców, a nie polityków. Tylko oni mają prawo i obowiązek decydować, jak zatroszczyć się o swoje dzieci.
Egzaminy klasyfikacyjne w szkole i z nadzorem kuratorium
„Egzaminy klasyfikacyjne są przeprowadzane w szkole, której dyrektor zezwolił na spełnianie obowiązku szkolnego lub obowiązku nauki poza szkołą.”
„Dyrektor szkoły informuje organ sprawujący nadzór pedagogiczny o terminie i miejscu przeprowadzania egzaminów klasyfikacyjnych, o których mowa w ust. 4, co najmniej 14 dni przed terminem przeprowadzenia tych egzaminów.”
A co z dzieciakami z większymi potrzebami edukacyjnymi, chorymi czy niepełnosprawnymi, dla których dojazd na egzamin do szkoły nawet w tym samym województwie jest zbyt trudny, a obecność dodatkowej osoby z kuratorium na egzaminie bardzo stresująca?
Co z dzieciakami podróżującymi większość roku poza Polską z rodzicami, którzy płacą podatki w Polsce, więc subwencja i dostęp do oświaty im się należą?
Czy na klasówkach ( z których oceny wpływają na ocenę końcową ucznia) jest obecny kurator?
Dlaczego jednym nauczycielom mamy ufać a innym nie?
Uważam, że egzaminy klasyfikacyjne przeprowadzone online/zdalnie/z pomocą środków przekazu/ przez internet w obecnych czasach są formą słuszną i wiarygodną- można je udokumentować w formie audio i video. Skoro studia i egzaminy na nich mogą być w formie online, to dlaczego nie egzaminy dla uczniów w edukacji domowej? To oszczędność czasu na dojazdy. Zmęczenia dla dziecka. Oszczędność paliwa ( w obecnych czasach bardzo istotna). Zapewnienie komfortu dzieciom z większymi potrzebami edukacyjnymi zdawania egzaminu w bezpiecznym dla nich środowisku domowym.
A dzieci podróżujące z rodzicami mogą pozostać w polskim systemie edukacji i wrócić do Polski, by tam studiować, żyć i pracować, nawet jeśli rodzice swoje życie i pracę opierają na częstych podróżach poza Polską. Bo przylot do Polski z innego kraju dodatkowe kilka- kilkanaście razy w ciągu roku na egzamin, to duży wysiłek logistyczny, fizyczny ( zmęczenie dziecka długą podróżą) , finansowy, energetyczno-paliwowy( zanieczyszczenie środowiska) dla dziecka i rodziców.
Jeśli państwo potrzebuje większego nadzoru, pracownik z kuratorium mógłby również jako obserwator być dodawany do egzaminów klasyfikacyjnych online. My jako rodzina edukująca dzieci domowo nie mamy nic do ukrycia.
To dopiero pierwsze czytanie. Proces legislacyjny trwa. Druk zmian wprowadzonych po pierwszym czytaniu w linku poniżej.
Jak dla mnie wszystkie powyższe proponowane zmiany dotykające edukacji domowej powinny zniknąć.
Ewentualnie można by dodać, że egzaminy klasyfikacyjne mogą być również w formie zdalnej, zgodnie, zgodnie z potrzebami dziecka. Czy też wprowadzić zapis o legalnym unschoolingu, jak np. w Wielkiej Brytanii. Ale to na obecne warunki w Polsce jest to propozycja mocno życzeniowa.
We czwartek po porannym deszczu i przy wietrznej pogodzie wybraliśmy się z naszymi gośćmi na plażę Formosa.
Kilka razy przy niej mieszkaliśmy i lubimy tam być. Widoki są piękne. Plaża jest czarna. Częściowo kamienista, miejscami piaszczysta. Przy spokojnym oceanie można się kąpać. Tym razem, ze względu na spory wiatr, ograniczyliśmy się do zabawy z falami przy brzegu. Przy plaży jest kilka restauracji i barów. Jest również zaplecze sanitarne i prysznice.
Po plażowaniu pojechaliśmy na Cabo Girão– na punkt widokowy ze szklanym tarasem. Podobno drugi, co do wysokości n.p.m., na świecie. Zrobiliśmy sobie tam piknik z lokalnymi wypiekami i owocami.
Pogoda nam sprzyjała, więc skończyliśmy kąpielami i opalaniem na basenie przy bloku. Baseny „osiedlowe” to bardziej w tym klimacie standard niż coś niezwykłego. W Polsce w tym miejscu byłby pewnie plac zabaw.
Plaża w Calhecie (Praia da Calheta)
Kolejny dzień również był początkowo deszczowy. Około południa dołączyli do nas następni goście z Polski.
Po miłym spotkaniu ruszyliśmy na zachód, do miejscowości Calheta. Jest to jedno z najczęściej odwiedzanych przez nas miejsc na wyspie. Jest tu sztuczna plaża z żółtym piaskiem (a nawet dwie ) osłonięte falochronem, bezpieczne dla dzieciaków. Obok pełen węzeł sanitarny. Hotele, plac zabaw, restauracje przy porcie i przy plaży, a nawet spory sklep Pingo Doce.
W 2020 bywaliśmy tam bardzo często, bo przez miesiąc mieszkaliśmy w domu w Estreito da Calheta.
Mamy tam ulubioną restaurację, Essência do Atlântico. Danie popisowe to tuńczyk, którego samodzielnie się piecze na rozgrzanym kamieniu. Próbowaliśmy też innych dań. Jeszcze ani razu nas nie zawiedli. Ceny przystępne w porównaniu z Warszawą.
Na koniec polecam krótki spacer wzdłuż mariny i niewielkiego parku. I lody w Manifattura di Gelato, tuż obok restauracji Essência.
Prazeres
Sobota była dniem pełnym wrażeń. Pogoda nam sprzyjała, więc wyruszyliśmy już po śniadaniu.
Jako, że gościmy małego wielbiciela zwierzątek pierwszym celem było Prazeres, a w nim Quinta Pedagógica dos Prazeres. To taka farma, mini zoo, ogród znajdujące się blisko kościoła.
Wstęp 1 e od osoby dorosłej, za kolejne 1e można kupić torebkę karmy, a najlepiej w kawiarni dwa rodzaje karmy, dla ptaków i innych zwierząt w minizoo. To największa frajda tego miejsca.
Mój mąż ma tam swoją ulubienicę- lamę- zawsze karmi ją nie tylko karmą, ale też słodkimi słówkami 😉 Mi chyba najbliżej do ptaków. Tym razem zachwycił mnie struś swoim spojrzeniem. I loczko-piórami na głowie. I wielkimi otworami usznymi. Dzieciaki biegają zwykle od zwierzaka do zwierzaka, od zagrody do zagrody.
W kawiarnii przy wejściu można kupić też wyroby z tej Quinty: dżemy, nalewki, zioła…
Jeszcze jednym miejscem, które sprawdziliśmy jest kawiarnia XS Cafe, na skrzyżowaniu przy kościele, pokazana nam przez koleżankę, która mieszka w Prazeres.
Pyszna kawa palona na Maderze, domowe ciasta, czekoladki, tosty i świeżo wyciskane soki.
Ciekawostka- nazwę Prazeres można przetłumaczyć jako „przyjemności” i rzeczywiście coś w tym jest.
Ponta do Pargo
Po zwierzęcych atrakcjach ruszyliśmy do Ponta do Pargo nasycić oczy pięknymi widokami. Byliśmy przy latarni morskiej( którą można zwiedzać, ale tym razem odpuściliśmy sobie). Widok na ocean i klify rozpościera się stamtąd przepiękny, a od spojrzenia w dół może zakręcić się w głowie.
Dziewczynki znalazły sobie o wiele ciekawszą atrakcję- super przyjaznego sierściucha do wygłaskania.
Porto Moniz
Kolejnym naszym celem były baseny naturalne w Porto Moniz. Ocean był wystarczająco spokojny by z nich skorzystać. Kilka razy, kiedy tam byliśmy, fale spektakularnie rozbijały się i przelewały do basenów, jednak kąpiel nie była możliwa. Dobrze jest mieć buty basenowe, albo być bardzo ostrożnym przez wchodzeniu do wody, ponieważ stopnie są idealnie śliskie od glonów, przynajmniej latem.
Baseny naturalne Porto Moniz
Chcieliśmy zjeść też obiad w jednej z knajpek. Jednak kiepsko trafiliśmy i czekaliśmy tak długo, że zrezygnowaliśmy. Musiały nam wystarczyć przekąski ze spożywczaka.
Plaża w Seixal
Jako, że dzień był jeszcze młody, w drodze powrotnej zajechaliśmy na plażę w miejscowości Seixal na północy wyspy. Po raz pierwszy trafiliśmy tam w maju. Poleciły nam to miejsce panie z banku, w czasie załatwiania ubezpieczenia na auto. jak również kilka innych plaż, które mieszkańcy wyspy odwiedzają z dziećmi. Plaża jest dość duża. Z czarnym piaskiem i łagodnym zejściem wgłąb. Na jednym krańcu jest też niewielki wodospad. Są prysznice i toalety. Na miejscu jest też klub sportowy, w którym odbywają się lekcje surfowania. Parking jest w pobliżu.
Plaża w Seixal
Najlepsze są jednak widoki. Kiedy tam jestem, odpoczywam patrząc na tę głęboką, soczystą zieleń. Najbardziej lubię dni bezsłoneczne na takie plażowanie.
Mniejsze dzieciaki bawiły się w piasku, jedno przespało całe plażowanie w wózku. Nasz nastolatek natomiast cieszy się przez ponad godzinę skakaniem w fale. Cieszył się tak bardzo, że równie mocno był niechętny do wyjścia z wody, jak na początku było niechętny do przyjazdu na tę plażę w ogóle.
Po plażowaniu czekało nas jeszcze 40 min jazdy do ulubionej restauracji na mocno wyczekaną obiadokolację. Spotkał nas jednak zawód, bo nasza ulubiona restauracja mięsna w Câmara de Lobos– Viola- była zamknięta. Na szczęście mamy niewiele dalej jeszcze jedną sprawdzoną restaurację Santo António. Jedyny minus- nie mają przepiórek, ulubionego dania naszej Młodszej.
Zakończyliśmy sobotę ucztą- espetada ( wołowe i drobiowe mięso pieczone na grillu na szpadzie), z sałatką prostą i pyszną (pomidor, sałata, cebula cukrowa, sos), frytkami (batatas fritas) i smażoną polentą z kukurydzy (milho frito). Było pysznie. Jak będziecie na Maderze, polecamy to danie z dodatkami.
Katedra w Funchal
W niedzielę wybrałam się z dzieciakami na mszę do katedry w Funchal (Sé Cathedral). Jakoś się złożyło, że to był nasz pierwszy wyjazd w stronę centrum w czasie tego pobytu. Zwykle korzystamy z komunikacji miejskiej. Tym razem wzięliśmy taksówkę, żeby zdążyć na czas.
Katedra w Funchal jest piękna. Ma ponad 500 lat. Jej historię i wystrój opiszę w osobnym artykule. Bo jest po prostu wspaniałym dziełem sztuki sakralnej i architektury.
Czujemy się w tym kościele, jak u siebie, też dlatego, że w jednym z ołtarzy jest obraz św. Jana Pawła II. A przy wejściu do katedry jego pomnik- pamiątka po jego wizycie na Maderze.
Prosto z kościoła Starszak samodzielnie wrócił do domu. Ja z Młodszą ruszyłam na spotkanie z nowymi koleżankami, Polkamipoznanymi i mieszkającymi na Maderze. To był dobry czas rozmowy, wymiany doświadczeń. Młodsza bawiła z koleżankami w podobnym wieku. Był też duży, przytulaśny pies i dwa koty, więc poziom szczęścia był wysoki.
Ajuda
Kolejne dni, to był czas trochę odpoczynku od zwiedzania, a trochę pracy i nauki. Nasi goście w tym czasie korzystali z uroków wyspy.
Jeszcze jednym miejscem do odwiedzenia w mieście z dzieciakami, jeśli będziecie w okolicy centrum handlowego Forum Madeira, jest park i ogród Ajuda ( Jardins d’Ajuda). Ładnie utrzymana roślinność. Jest tam też placyk zabaw dla mniejszych dzieci, boisko do koszykówki, stoły do tenisa stołowego. Bywamy dość często, choć to spacer prawie półgodzinny od nas.
Dla starszych dzieci też coś się znajdzie.
Dopiero poznajemy dokładniej wyspę. Mimo kilku pobytów mamy świadomość, że jeszcze niewiele widzieliśmy. Mamy apetyty na o wiele więcej. ale nie musimy się spieszyć i wszystko w swoim czasie.
Jeśli któreś miejsce szczególnie Ci się spodobało, podziel się w komentarzu.
Możesz też zostawić swój adres e-mail, by dostawać opisy kolejnych atrakcji Madery prosto na swoją skrzynkę.
To był tydzień pod hasłem „Gość w dom, Bóg w dom”.
Wynikiem tego jest ogrom czasu spędzanego w domu w powiększonym składzie dwurodzinnymi, w tym z ponad roczniakiem na pokładzie. Młodsza miała towarzystwo koleżanki całymi dniami. Sporo było też wycieczek i wspólnych wyjść.
Udało się nam jednak każdego wieczoru przeczytać po rozdziale książki 🙂
Jednego dnia była to stylizowana historyjka o wikingach z Komiksu Kaczor Donald.
Tajemnica białego kota. Baśnie o kotach z całego świata. Käthe Recheis, Friedl Hofbauer
Z tej książki przeczytaliśmy piękną bajkę z Japonii: Kot mądrego człowieka i ogromny szczur.
Na końcu świata. Natalia Przeździk.
Ta książka towarzyszyła nam przez pozostałe wieczory. Taki element stałości i przewidywalności. Dotarliśmy do wakacyjnego celu książkowej rodzinki. Dalsze przygody w kolejnych rozdziałach.
Kolejny tydzień przed nami, nadal z gośćmi. W planach sporo wycieczek. Zobaczymy, co uda się nam przeczytać.
20 października pojawił się projekt zmian w ustawie o oświacie. Część z proponowanych zmian brzmi niepokojąco dla rodziców z dziećmi spełniającymi obowiązek szkolny poza szkołą czy przedszkolem lub tych chcących dołączyć do takiej formy edukacji. Szczególnie dla rodzin z dziećmi w edukacji domowej, które ze względu na pracę i podróże większość roku szkolnego spędzają poza Polską, bo uderzają w swobodę wyboru terminu egzaminów czy zdawanie egzaminów online.
W środowisku ED w internecie huczy. Wiele wsparcia w trudnej sytuacji. Równie dużo wzajemnego obwiniania. Staram się zachować spokój, choć gdyby przyjęto te wszystkie zmiany, to musielibyśmy i my dużo zmienić, i zrezygnować z części tej wolności, jaką daje nam korzystnie z edukacji domowej w obecnej formie. Chyba jedyna lepsza forma dla nas od obecnej, to legalny unschooling.
Nam bardzo zależy na utrzymaniu dzieciaków w polskim systemie edukacji, ponieważ chcą one, jak dorosną, wrócić do Polski. Jednak w tej chwili nie chcemy latać do Polski kilka razy w ciągu roku na egzaminy, czy na zdawanie kilkunastu egzaminów w jednym tygodniu.
Dlatego w wolności wybraliśmy szkołę, która nam te kwestie ułatwia. Uważam, że wprowadzenie takich zmian byłoby atakiem na prawa i wolność wyboru przez rodziców formy kształcenia dla ich dzieci.
Póki co, czytam, co piszą inni. Obserwuję sytuację. Pierwsze czytanie w Sejmie we wtorek 25 października.
Dodaj komentarz