Madera 2022/ tydzień pierwszy

Madera to piękna wyspa, licznie odwiedzana przez cały rok przez turystów spragnionych ciepła, spokoju, pięknych widoków, dobrego jedzenia, sportu czy wędrówek.

Jednak nasze życie na niej nie wygląda, jak ciągłe wakacje.
Codzienność z dziećmi w edukacji domowej rządzi się swoimi prawami.
Pewne rzeczy muszą być zrobione. Sprawy załatwione.
Na moje pisanie czas zostaje późnym wieczorem. Tak późnym, że czasem nawet z publikacją tekstu nie zdążam przed północą w polskiej strefie czasowej 😉

Wymyśliłam, że raz w tygodniu podzielę się takim jakby podsumowaniem, co nam się udało zobaczyć i zrobić na wyspie. Trochę pokazuję to na Instagramie, ale tu chciałabym zachęcać do zwiedzania konkretnych miejsc. Sprawdzonych z dzieciakami. Już nie malutkimi, co prawda, ale z takimi podróżuje się chyba częściej nawet niż z maluchami.

Pierwszego dnia po przylocie udało się nam skoczyć do Câmara de Lobos.
Lubimy tam jeździć ze względu na urokliwy port rybacki i restauracje z pysznymi potrawami.


Jest spory parking przy porcie. Można też przyjść pieszo z Funchal od plaży Formosa. Często wybieramy tę opcję, bo spacer jest malowniczy. Choć dość długi.
Tym razem byliśmy autem i wybraliśmy na szybką przekąskę knajpkę Gavião do Ilhéu. Polecamy tu pyszne grillowane małże (lapas grelhadas) i ryby. Dzieciaki nie są jeszcze gotowe na takie smaki. Zwykle biorą makaron z sosem bolognese 😉 Smakuje im tutejsza wersja.
Po jedzeniu można przejść się po miasteczku. Prosto z restauracji ruszyliśmy pod górę, przez Galerię Sztuki Ulicznej. Cała uliczka jest udekorowana różnymi dziełami.

Na trasie jest też plac zabaw, ukryty jakby w budynku. Po prawej stronie, jeśli idziemy od Gavião. Tym razem ominęliśmy.
Na końcu uliczki jest kościół św. Sebastiana. Swego czasu trafiliśmy na malowniczą procesję w dniu jego święta.
Za kościołem jest plac z widokiem na potężny klif Cabo Girão.


Jeszcze chwila wzdłuż wybrzeża i wracamy na parking mijając miejscowych panów (wydaje mi się, że rybaków), którzy zwykle popołudniami spotykają się przy porcie i grają m.in. w gry karciane.

Po drodze zdążyliśmy zajść na lody( dzieciaki z tatą) i zajrzeć do ślicznego kościółka(ja).

Jeszcze powrót do Funchal i piękna tęcza na koniec dnia.

Kolejnego dnia dokonaliśmy nowe odkrycia, co do zwyczajów panujących na wyspie (a może w całej Portugalii?).

Dzięki konieczności zwiedzania wielu sklepów z artykułami do domów odkryliśmy z zaskoczeniem, że na Maderze sezon na bożonarodzeniowe dekoracje w sklepach zaczyna się niemal 2,5 miesiąca przed Świętami. To jeszcze wcześniej niż w Polsce. Ubawiło mnie to spostrzeżenie szczerze. Narzekamy czasem, że jak tylko znikną w Polsce znicze ze sklepów, to wjeżdżają bombki. Ale przynajmniej mamy ten czas zniczy 😉
Tu już „coraz bliżej święta”.

W sumie nie powinno mnie to aż tak dziwić. Widzieliśmy dwa razy w styczniu skalę, w jakiej są udekorowane sklepy, domy i ulice na Boże Narodzenie. Znikają dopiero dobrze po Trzech Królach.
Czyli, tak na dobrą sprawę, Maderczycy cały kwartał żyją z ozdobami Bożonarodzeniowymi w przestrzeni najpierw komercyjnej, potem publicznej.

W piątek udało się nam jeszcze spotkać z koleżanką i jej dzieciakami, którzy półtora roku mieszkają na Maderze. Wybraliśmy bardzo fajny park w odległości 10-minutowego spaceru.
Quinta Magnolia.
Zadbany ogród z pięknymi roślinami. Plac zabaw z tyrolką. Bar. Restauracja. Korty tenisowe. Oraz woliery ze zwierzątkami ukryte wśród roślin- puszystymi królikami i kolorowymi papużkami.

Madera jest wyspą niedużą, ale bardzo urozmaiconą widokowo i przyrodniczo.

Jak już wspominałam w poprzednim artykule, w niedzielę, korzystając z pięknej pogody przed zapowiadanymi deszczami, i z wolnego dnia męża ( bo ja jeszcze poza miasto sama nie kieruję autem) wyskoczyliśmy w góry. Niedobór paliwa w baku zmusił nas do zatrzymania się na spacer wcześniej niż planowaliśmy.
Zatrzymaliśmy się przy Casa de Abrigo do Poiso. Jest to bar, restauracja i spory parking.
Miała być levada, była las i chaszcze. Ale wspaniały las i urokliwe chaszcze 🙂
Las piękny, majestatyczny, przejrzysty. Mogliśmy grzyby poobserwować.
A potem ścieżka przez krzaczory, która wyglądała na uczęszczaną głównie przez kozy czy owce, wnioskując po rozsianych na niej bobkach i tropach kopytek.
Trochę nie przygotowani byliśmy pod kątem obuwia. Zapomnieliśmy, że na szlakach często bywa ślisko. Ale daliśmy radę.

Powrót zaczęliśmy w idealnej chwili, kiedy okolica zachmurzyła się i przez chwilę mieliśmy jazdę po krętych drogach w chmurach.

Codziennie istotnym elementem planu dnia było też oczywiście zatroszczenie się o czas na obowiązki i naukę dzieci. Szło nam to w tym tygodniu trudno. Jakoś nas rozbiła ta podróż i przeprowadzka. Niełatwo jest w nowe miejsce wcisnąć te same schematy dnia. Bo rozjechały się godziny snu wszystkim domownikom, posiłki, aktywności.

Mam nadzieję, że stopniowo dojdziemy do jakiejś rutyny w tej kwestii. Chociaż przez najbliższe dwa tygodnie mamy gości z małymi dziećmi. Przeszlibyśmy pewnie siłą rzeczy na „unschooling”, podążanie za zainteresowaniami dzieci i podróżami , gdyby nie konieczność zdawania egzaminów klasyfikacyjnych z podstawy programowej.

Jako puenta niech wystarczy, że mimo, że był to dla nas trudny tydzień, było w nim też wiele wzajemnej dobroci, prawdziwych odkryć i pięknych chwil.

Jak świętujemy niedzielę na Maderze?

Gdziekolwiek do tej pory przebywaliśmy dłużej, staraliśmy się uczestniczyć w liturgii niedzielnej. Zwykle wybieramy się do najbliższego kościoła katolickiego, lokalnej parafii. Najdalsza wyprawa była w Bułgarii, w 2019 roku bodajże. Coś około 1,5 h jazdy. autem w jedną stronę. Bliżej nic nie znalazłam. Za to trafiliśmy na mszę do polskich misjonarzy. To była niedziela Zesłania Ducha Świętego. Dobrze pamiętam.

Bardzo cenne dla mnie jest uczestniczenie w liturgii w różnych krajach, w różnych językach. Mogę doświadczać wtedy z dziećmi Kościoła powszechnego. I wszędzie czuć się u siebie. Prawie w domu.
A jednocześnie ubogacać się różnicami w prowadzeniu Liturgii, w wyrazach pobożności, w sztuce religijnej czy w przeżywaniu tej samej wiary.

W Funchal, od kiedy mieszkamy u siebie, staramy się w niedzielę być w naszej parafii (ze względu na miejsce zamieszkania). Wcześniej jeździliśmy częściej do parafii katedralnej- Sé do Funchal.
Msze do wyboru mamy dwie, 9:00 i 11:30, a że po pierwsze lubię najważniejszy punkt dnia przeżyć rano, a po drugie, chcę uniknąć upału, to budzę dzieciaki przed wschodem słońca. (Wyjątkowo, bo zwykle dzięki edukacji domowej mogą się wysypiać zgodnie z potrzebami).
Szybkie śniadanie i pieszy spacer do kościoła Nazaré.
Brzmi fajnie, ale na Maderze prawie żaden spacer nie jest łatwy (Chyba, że wzdłuż Avenida do Mar w Funchal, wzdłuż nabrzeża).
W lini prostej mamy z domu do kościoła ok 400m. W rzeczywistości 1,4 km z przewyższeniem 70 m. Droga „tam” jest w większości pod górkę. Mamy po drodze ciekawe schodki i spory kawałek wzdłuż lewady, więc przynajmniej Młodsza traktuje to jak przygodę. Dojście zajmuje nam ok 25 min. Zwłaszcza teraz, kiedy nogi nam odwykły od chodzenia po skosach.

Sam kościół Nazaré jest dość nowoczesny, parafia ma ponad 50 lat dopiero. Ludzi przychodzi sporo. Porównywalnie do parafii w Polsce, w których bywam. A w kontraście do np. Włoch czy Niemiec, to dużo. Inne różnice, które zauważyłam do tej pory, w porównaniu z Polską, opiszę przy okazji.

Udział w Liturgii niedzielnej mszy świętej, poza wymiarem duchowym, daje nam też możliwość poczucia wspólnoty z mieszkańcami tej okolicy.
Jest też okazją do zanurzenia się w żywym języku portugalskim. Ja i Starszak dużo korzystamy z tekstów wyświetlanych na dużym ekranie, zarówno pieśni, jak i „Chwała na wysokości”, i „Wierzę w Boga”. Czytania liturgiczne czytamy w tym samym czasie, co lektorzy, po polsku z aplikacji Pismo Święte. Pomagam dzieciom śledzić tekst, na tyle, na ile nadążam za portugalskim. Przeważnie mam też ze sobą wydrukowany mini mszał z częściami stałymi po portugalsku. O wiele łatwiej jest mi wtedy coś zrozumieć, kiedy jednocześnie widzę napis. Język portugalski jest dość trudny do rozumienia ze słuchania, przez skracanie samogłosek i dużą ilość głosek szeleszczących. I piszę to jako osoba, której rodzimym językiem jest język polski, podobno jeden z trudniejszych do nauczenia się na świecie.

W drodze powrotnej zachodzimy zwykle do cukierni, na nasze ulubione serniczki (Queijadas) i pastel de nata. Potem już tylko przyjemny spacerek z górki.

Dziś udało się nam zaraz po powrocie wyskoczyć w wyższe partie Madery, na spacer do lasu. Wspaniale jest móc w ciągu 20 min zupełnie zmienić otoczenie i mikroklimat. Na takie wypady warto mieć ze sobą w aucie bluzę (różnica temperatur dziś z 8 stopni) i obuwie odpowiednie na śliskie szlaki ( nie sandały, jak moje dzisiejsze). Oczywiście w drodze tam i z powrotem pokonać musimy szalone maderskie drogi pełne zakrętasków i dziwnych przewężeń, szczególnie w mieście.

Niedziela to u nas czas świętowania, odpoczynku, bycia razem rodzinnie, ale też staram się znaleźć chwilę na tematy religijne.
Skoro każdego dnia czegoś się uczymy, to i w niedzielę chwilę na to znajdujemy.
Jako rodzic przejmujący pełną odpowiedzialność za edukację swoich dzieci, poza świadectwem i przekazem wiary, staram się też pomóc dzieciom zdobyć wiedzę o religii katolickiej i innych.

Starszak przygotowuje się z pomocą podręcznika do egzaminu z religii rzymsko-katolickiej w szkole. Uważam, że to ważne, aby temat wiedzy o religii traktował równie poważnie, jak inne przedmioty.
Z Młodszą czerpiemy na razie wiedzę z czasopism dla dzieci o tematyce religijnej, a ostatnio też z zeszytów ćwiczeń do katechezy Dobrego Pasterza.

Nie każda niedziela (Domingo, po portugalsku) jest taka sama, ale staramy się te najważniejsze punkty zachowywać. Jest też czas na zabawę, oglądanie filmów, gry czy inne rozrywki.

Zachęcam do pozwolenia sobie na jeden dzień w tygodniu inny od pozostałych. Na danie sobie czasu na odpoczynek dla duszy i ciała. Nie koniecznie przez tzw. nic-nie-robienie, ale przez zmianę aktywności i może nabranie dystansu do doświadczeń poprzedniego tygodnia?

Podziel się swoimi sposobami na świętowanie niedzieli w komentarzach 🙂

Czytane na głos w tygodniu 9-15.10.2022

Dzikie Opowieści. Aneta Chmielińska
Rozdział o niebie. To fascynujące, ile ciekawych faktów można poznać w jednym rozdziale tej książki. I każdy chce się sprawdzić samodzielnie. Na Maderze będziemy sprawdzać, czy da się zobaczyć stamtąd Gwiazdę Polarną. Z naszego miasta raczej nie, bo od północy mamy góry, ale jakbyśmy się wybrali na zachód słońca na południowe wybrzeże albo na któryś szczyt, to może nam się uda? Sprawdzimy.

Staś , miesięcznik, numer październikowy. Bardzo lubimy to czasopismo. Młodsza chętnie słucha artykułów. Ma swoje ulubione rubryki. Wykonuje zadania i łamigłówki.

Misia i jej mali pacjenci.
Wróciłyśmy do tej książki po przerwie. Faza na zwierzęta nadal trwa. A biały piesek bohaterki przypomina nam naszego Jukiego, którego musieliśmy oddać do nowej rodziny, jak kupiliśmy mieszkanie na Maderze. W sumie mieszkał z nami niecały rok, bo dostaliśmy go razem z domem po rodzicach. Ale i tak było nam przykro go oddawać, choć wiedzieliśmy, że to dla jego dobra. I wiemy, że jest mu już dobrze, pytałam nową właścicielkę.

Na końcu świata. Natalia Przeździk
Zaczęliśmy czytać na Maderze. Akcja tej części toczy się w 2020 roku, czasy koronawirusowe. Aż się wzdrygam chwilami na wspomnienie siedzenia tygodniami w mieszkaniu w Warszawie z dzieciakami. Z drugiej strony niesamowite jest, że te początkowe miesiące były tak bardzo podobne dla wszystkich. Jednoczące. Później się to już zmieniło.

Pierwiastki wokół nas, Książka z okienkami
Lubimy tę pozycję. Chętnie do niej wracamy. A że przeleżała samotnie na Maderze pod naszą nieobecność, jest teraz prawie tak atrakcyjna, jak nowa. Zresztą jest w niej ukrytych tyle faktów o pierwiastkach, że nie sposób wszystkich zapamiętać. Dziś została przyniesiona przez Młodszą po tym, jak zobaczyła ona lampę sufitową przygotowaną do podłączenia, ze sterczacymi kablami elektrycznymi. Chciała mi pokazać, atomów jakiego pierwiastka jest w tym kablu pełno. Kto wie, o jaki chodzi?

No Mercado, seria Um Dia Divertido
Mała, kartonowa książeczka. Taka jakie się kupuje dla przedszkolaków. Dla oswajania z językiem portugalskim. Na Instagramie pisałam, jak, z pomysłu Młodszej, z niej dziś korzystaliśmy.

Czytania w tym tygodniu było niezbyt wiele.
Ale dobrze, że w ogóle było.
Cieszy mnie każda przeczytana strona.

To był tydzień pakowania,
pożegnań,
podróży,
rozpakowywania,
zadomawiania się na nowo na Maderze,
rozwalenia wypracowanego już planu dnia i nauki,
rozstroju zegarów biologicznych (choć to tylko godzina w tył względem Polski, to słońce wstaje i zachodzi o zupełnie innych porach i da się biologicznie odczuć zmianę),
załatwiania milionów sprawunków, bo mieszkanie jeszcze nie do końca urządzone.

A jak u Ciebie minął tydzień? Udało się przeczytać coś wartościowego?
Zostaw komentarz 🙂

Nasza droga do zamieszkania na Maderze.

Pierwszy raz polecieliśmy na Maderę w styczniu 2018r, z dwulatką i ośmiolatkiem. I od razu na miesiąc. W mieszkanku w Funchal, blisko plaży Formosa. Wtedy auto mieliśmy tylko kilka dni wynajęte, to poznawaliśmy głównie Funchal, z pomocą komunikacji miejskiej. Ta podróż to był pierwszy krok w realizacji celu mojego męża – zima w ciepłych krajach.

A dlaczego Madera, a nie gdzieś dalej?
* bo to jeszcze Europa
* bo jest ciepło cały rok, ale rzadko upalnie (choć przy pierwszym pobycie było nawet chłodno w nocy i wilgotno)
* bo podróż docelowa nie jest bardzo długa, a ja mam problemy z długimi lotami.

Drugi raz byliśmy na Maderze przez styczeń 2020. Tym razem w domku w Estreito da Calheta, bardziej zachodnia część wyspy. Auto było niezbędne, bo bez niego, nigdzie byśmy się nie ruszyli.
Wracaliśmy z widmem koronawirusa przed oczami. Na lotnisku w Lizbonie widzieliśmy pierwsze osoby w maseczkach i było dziwnie.

Skrótowo można powiedzieć, że m.in. koronawirusowa sytuacja pchnęła nas do decyzji o wyprowadzce z Warszawy i powrotu na rodzinną Suwalszczyznę, z planem budowy tam domu.

Plan upadł, po sytuacjach problemowych na białoruskiej granicy( dość blisko nas) i odkryciu, że odległość od stolicy nie służy pracy męża. Choć ogromnym plusem była bliskość rodziny mojej i męża przez te półtora roku. Rozważaliśmy powrót do Warszawy przez chwilę, a potem, pod koniec 2021 padł pomysł- czemu nie Madera? Zamiast budować dom w Polsce w niepewnych czasach i miejscu przygranicznym, może możemy kupić sobie schronienie na Maderze?

I tak w sumie, to już w tym roku na Maderze byliśmy prawie 3 miesiące.
Pierwszy raz polecieliśmy (bilety lotnicze mieliśmy już dawno) dokładnie w dniu zaatakowania przez Rosję Ukrainy. W niepewności, czy nie będziemy musieli zostać od razu na dłużej.
Podczas tego pobytu, zgodnie z planem z końca 2021, szukaliśmy mieszkania do kupienia w Funchal z pomocą polskiej agentki nieruchomości ( Dziękujemy, Kasiu!). Kupiliśmy to mieszkanie decydując się na nie po pierwszym oglądnięciu. Już po zdjęciach widzieliśmy, że to może być to.
Warunek był taki, żeby nadawało się do zamieszkania, bez dużych nakładów finansowych.
Nie mogliśmy jednak w nim od razu zamieszkać. Poprzedni właściciel potrzebował około 2 miesięcy na wyprowadzenie się.
Na koniec marca wróciliśmy do Polski.
A po Wielkanocy od razu polecieliśmy na Maderę.
Dwa tygodnie w jednym airBnB, blisko nowego mieszkania, poznając okolicę.
Dwa tygodnie kolejne w tym samym airBnB, co w marcu, znowu przy Formosie.
W końcu 9 maja odebraliśmy klucze do mieszkania.
Warunki mieliśmy trochę „spartańskie” przez maj.

Okazało się, że wcale nie jest tak łatwo kupić brakujące meble i rzeczy.
Nie znając prawie portugalskiego.
Nie znając sklepów.
Nie znając ich lokalizacji ani asortymentu.
Kierując autem po Funchal z lękiem przed ruszaniem pod górkę.
Trafiając na godziny sjesty w niektórych sklepach.
Ciągając ze sobą dzieci w większość miejsc.
Załatwiając formalności urzędowe i pobytowe ( to temat na kolejny wpis)
Pomagając w międzyczasie synowi przygotować się do ostatnich egzaminów.
Zwiedzając wyspę.
Mając na liście ze 100 rzeczy do kupienia.
Nie mogąc znaleźć tego, co się podoba mężowi i żonie jednocześnie.
Nie mając możliwości kupienia mebli na zamówienie, bo dostawa 1,5-3mcy, a my musieliśmy na początku czerwca wrócić na egzaminy i lato chcieliśmy w Polsce spędzić.

Zdołaliśmy przed wprowadzeniem kupić łóżka i pościel, które dostarczono nam 10 maja
( z tym dniem wiąże się jeszcze jedna przygoda moja, dość przykra. Choć z perspektywy czasu trochę już zabawna. Ale o tym kiedy indziej, jak nie zapomnę),
a bez stołu chyba jeszcze z dwa tygodnie żyliśmy.
Nawet gości z Polski zdążyliśmy przyjąć w tych warunkach.
Pozostałe rzeczy kupowaliśmy stopniowo.
Ale w ciągu miesiąca nie udało się wszystkiego.

Wracając do Polski zostawialiśmy mieszkanie pod opieką koleżanki Polki mieszkającej na Maderze na stałe. Nadal bez lamp w 3 pokojach, bez jadalni i wielu innych potrzebnych rzeczy.

Nie wiem, czy cokolwiek innego przychodzi mi tak trudno, jak konieczność dokonywania wyboru w czasie zakupów. Chyba, że konieczność załatwiania spraw przez rozmowę telefoniczną.

Teraz wróciliśmy na wyspę.
Trzy dni temu.
I co ja robię?
Nawet na plaży jeszcze nie byłam i oceanu nie dotknęłam.
A codziennie jeżdżę po sklepach, szukając kolejnych rzeczy do mieszkania.
Dziś byłam dwa razy.
Raz z dziećmi, raz z mężem.
Wyprawa z mężem bardzo owocna, bo udało się nam wybrać podobający się nam obojgu strategiczny mebel- stół do jadalni.
Od wtorku będą u nas goście przez dwa tygodnie i fajnie będzie móc z nimi zjeść przy dużym stole, a nie cisnąć się w kuchni w 8 osób (4+4) przy stole 120/70 lub jeść na zmiany.

Plan od przyszłego tygodnia, to zwiedzanie wyspy z gośćmi i w międzyczasie dalsze formalności załatwianie.
Kilka spraw urzędowo- mieszkaniowych jeszcze zalega.

Jeśli masz chęć otrzymywać moje dalsze opowieści o naszym życiu i edukacji domowej na Maderze na swojego maila…

Jak żurawie po raz pierwszy odlatujemy na całą zimę z Polski.

Ostatnie spojrzenie na Warszawę

Podróż na Maderę była długim dniem pełnym ćwiczeń w cierpliwości. To dla mnie bardzo trudne ćwiczenia, bo niecierpliwość to moje drugie imię. Od lat z tym walczę. Podejrzewam, że edukacja domowa to też pomysł Opatrzności, by pomóc mi wyćwiczyć cnotę cierpliwości. A że dużo do wypracowania, to i ćwiczeń dużo. Wdzięczna jestem, że tyle czasu mi dano na tę walkę i tyle cierpliwości Ojciec niebieski mi okazuje.

Czasem myślę, jak wspaniale by było gdyby mi te moje wady po prostu zabrał i w jednej chwili dał mi cnoty. Jednak to On wie lepiej, co dla mnie dobre.
Taka nagła zamiana szybko by mnie pewnie poprowadziła w pychę i zapomnienie o Dawcy tej zmiany.
A tak, ten codzienny „oścień”, za św. Pawłem powtarzając, trzyma mnie trochę dalej od pychy i przypomina, że sama jestem tak słaba, że nawet z cierpliwością codziennych niedogodności znieść nie mogę.

Ćwiczenia w cierpliwości z wczorajszej podróży:

  1. Długie stanie w kolejce do nadania bagaży- system szwankował.
  2. Nie mogłam zrobić zakupów upominkowych na lotnisku, bo nie wzięłam karty pokładowej od męża, a mało już czasu do wejścia na pokład było.
  3. Godzinę ponad siedzieliśmy w samolocie na Okęciu czekając na start mimo, że weszliśmy jako jedni z ostatnich.
  4. Z rozpędu odwołałam transfer z lotniska w Funchal w chwili startu bardzo opóźnionego samolotu z Warszawy. Skończył się zasięg i nie mogłam już tego odkręcić. W Lizbonie musiałam zamówić jeszcze raz- 45e w plecy. Trudna lekcja w znoszeniu cierpliwie swoich błędów i słusznych wyrzutów o marnotrawstwo. Wypuszczenie paru łez nad sobą, wyżalenie się w notatniku i modlitwa bezradności pomogły mi się opanować na tyle, by nie być przykrą dla bliskich w dalszej podróży.
  5. W Lizbonie wylądowaliśmy z ponad godzinnym opóźnieniem. Dostaliśmy nowe bilety na lot o 19:50- kolejne 2 h czekania, i vouchery po 6e/na osobę na przekąskę do wykorzystania w knajpkach na terenie lotniska.( Dzięki, TAP Portugal)
  6. Boarding do samolotu na Maderę zaczął się z opóźnieniem.
  7. Już w autobusie do samolotu poinformowano nas o awarii samolotu i jego zmianie. Musieliśmy wrócić na górę do bramki i czekać dalej.
  8. Wystartowaliśmy z Lizbony 21:10.
  9. W międzyczasie jeszcze kilka kłótni zmęczonego rodzeństwa.

Żeby nie było, że tylko trudne lekcje były. Były też miłe.

1. Ominięcie długiej kolejki do kontroli bezpieczeństwa, dzięki panu, który wpuścił nas przez bramkę uprzywilejowaną, bo podróżujemy z dziećmi. A nie jest to standardem w naszym przypadku. Dzieci mamy już duże i jakoś sami nie korzystaliśmy z tej możliwości od kiedy bez wózka latamy.

2. W pierwszym samolocie przed nami i za nami siedziały niemowlaki i dość dobrze zniosły te długie oczekiwanie i opóźniony lot. Dzięki temu nie stresowałam się płaczami, bo zwykle reaguję na płacz dziecięcy napięciem. To podobno wbudowane w nasz genom czy mózg, że płacz dziecka ma nas zmuszać do działania i zajęcia się nim.

3. Nie rozbolała mnie głowa, jak często bywało w czasie długich podróży samolotem. W odpowiednim momencie łyknęłam pigułkę i zadziałała- a kiedyś nie działały na ten rodzaj bólu wcale.

4. Dzieciaki nasze te oczekiwania długie i podróż zniosły dość dobrze. Korzystamy w długich podróżach z tabletów, pomaga to bardzo odwrócić uwagę od niedogodności. I przed ostatnim lotem mąż zarządził krótka gimnastykę, to się trochę rozruszały.

5. Dzięki Mężowi, który hamował nas przed wcześniejszym boardingiem, w Lizbonie wycofaliśmy się tylko z autobusu, a nie już z samolotu.

6. Drugi samolot podstawiony na lot na Maderę był wygodniejszy od pierwszego. Mimo zmiany miejsc na inne niż rezerwowaliśmy, okazało się, że miejsce obok mnie zostało wolne i Starszak mógł się do nas dosiąść zamiast siedzieć między obcymi ludźmi.

7. Bagaże odebraliśmy w ciągu 5 min od ruszenia taśmy bagażowej. 4 walizki w 5 min.! Pierwszy raz tak nam się udało. Taka nagroda na koniec trudnego dnia 🙂 Wyszliśmy z lotniska jako pierwsi z bagażami. Transfer też poszedł sprawnie. 23:30 byliśmy już w domu.

Madera z samolotu nocą

Uff. Czas odpocząć.

Edukacja domowa i podróże.

Madera w maju

Wbrew pozorom warstwy słownej, edukacja domowa świetnie łączy się z podróżami.

Sama nazwa „edukacja domowa” jest myląca. To taki skrót myślowy. Ten „dom” jest tym, co przejmuje odpowiedzialność za edukację dziecka, a nie tylko miejscem, gdzie się ta edukacja odbywa.
W języku angielskim jeszcze chyba węższe określenie- homeschooling.
Już chyba lepsza i bardziej oddająca realia, jest nazwa wynikająca z ustawy z dnia 14 grudnia 2016 r. Prawo oświatowe- spełnianie obowiązku szkolnego poza szkołą.
Bo w naszym kraju każdy ma prawo do nauki wynikające z konstytucji oraz obowiązek nauki i szkolny.

Prawo oświatowe Dz.U.2021.1082 t.j. akt obowiązujący
Wersja od: 1 września 2022 r.
Art.  35.  [Obowiązek szkolny]
1. Nauka jest obowiązkowa do ukończenia 18. roku życia.
2. Obowiązek szkolny dziecka rozpoczyna się z początkiem roku szkolnego w roku kalendarzowym, w którym dziecko kończy 7 lat, oraz trwa do ukończenia szkoły podstawowej, nie dłużej jednak niż do ukończenia 18. roku życia.

Spełnianie obowiązku poza szkołą, czyli de facto wszędzie, gdzie możemy umożliwić naszym dzieciom spełnianie tego obowiązku, czyli uczenie się i przygotowanie do zdania egzaminów klasyfikacyjnych, a poza tym szukanie i rozwijanie pasji.

Nie musimy ciągle siedzieć w domu, żeby przerabiać lekcje, tak samo, jak w szkole.

Pierwszą naszą podróżą po oficjalnym podjęciu edukacji domowej we współpracy ze Szkołą Daniel, był wyjazd we wrześniu do Chorwacji.
Wrzesień jest super na Chorwację. Pogoda nadal piękna, woda w Adriatyku cieplutka, figi dojrzewają, a większość turystów z rodzinami wróciła już do siebie, bo dzieciaki do szkoły trzeba wysłać.
( Co ciekawe, Chorwaci nie mają tak fajnie, jak my w Polsce i nie mogą prowadzić edukacji domowej dla swoich dzieci- o czym dowiedziałam się od Eduarda-Chorwata poznanego na Maderze).

Dużym plusem ED, jest możliwość ruszenia w podróż poza szczytem sezonu turystycznego, skorzystania z lepszych cen, i więcej swobody i spokoju, jeśli lubimy mniej ludzi w okolicy, gdzie wypoczywamy i zwiedzamy.
Albo korzystając z dni roboczych, a nie tylko z sobót i niedziel, co jest warte rozważenia nawet w kwestii muzeów. `Mamy porównanie takiego zwiedzania i jeśli możemy to unikamy weekendów.

Naukę w ED możemy prawie dowolnie rozłożyć, żeby sobie zapewnić czas zupełnie wolny na podróż. Jeśli chcemy wtedy skupić się na poznawaniu świata, ludzi, nauce w praktyce. Naukę stricte do egzaminów można nadrobić przed lub po podróży.

A jeśli planujemy dłuższą podróż, możemy naukę zabrać ze sobą. Zależnie od tego, nad czym i jak dziecko lubi i chce pracować, zabieramy to, co nam potrzebne. Pomocne dla nas w nauce w podróży są audiobooki, ebooki i wszelkie pomoce i źródła cyfrowe.

Jednak przy długim wyjeździe, jak nasz obecny na Maderę, na kilka miesięcy, bierzemy ze sobą też fizyczne pomoce- głównie książki i podręczniki, bo dzieci lubią z nich korzystać. A dla mnie też jest to wygodne.
Fakt, że przez to bagaż nasz waży trochę więcej( chociaż zmieściliśmy się w sumie w 60 kg- ja i dzieciaki, bo mąż ma swoją mini walizeczkę).

Podróżować zawsze warto, w miarę swoich możliwości. Nawet jeśli miałaby to być wyprawa do sąsiedniego miasta, muzeum czy parku narodowego. Plusy podróżowania są na tyle znane i doceniane, że nie trzeba ich tu wymieniać.

Dla mnie najistotniejsze jest chyba poznawanie drugiego człowieka i jego kultury w miejscu jego życia. Już dawniej lubiliśmy wynająć apartament w AirBnB ciut dalej od turystycznej strefy, zrobić zakupy w zwykłym spożywczaku, pójść na mszę w lokalnej parafii. Wtedy rzeczywiście czuję, że jakieś miejsce choć trochę poznałam, jeśli dzieliłam w jakoś sposób życie z miejscowymi.
Fakt, że do tej pory poznawaliśmy głównie kraje europejskie.
Mimo to, bardzo jest ciekawe, że nawet w ramach tego samego kontynentu ludzie jednocześnie tak bardzo się różnią i są do siebie tak podobni.

Podsumowując edukacja domowa jest korzystna
przy podróżach bliskich i dalekich.
Przy krótkich i przy długich.
I w kraju, i za granicą.

Podróże świetnie łączą się z edukacją. Uzupełniają ją, zastępują, sprawdzają w praktyce.
Jak lepiej poznawać geografię, przyrodę, etnografię, religie, historię, kulturę, języki niż właśnie podróżując?

Technicznie dla nas pewnym minusem była konieczność dostosowania się do zdawania egzaminów w szkole. Była to cała wyprawa z Suwalszczyzny pod Warszawę.
Przy okazji korzystaliśmy z uroków Warszawy- muzea, zoo, Kopernik, dawni znajomi…były to plusy.
Jednak dotarcie na egzamin z Madery jest już trudniejsze.
Więcej zmiennych. Większy koszt. Dłuższą podróż. Większe ryzyko opóźnień.
Dlatego zmieniliśmy szkołę na taką, w której egzaminy przez internet są standardem, nie opcją na czas pandemii.

To wspaniałe, że edukację domową łatwiej dopasować do naszego pomysłu na życie niż zmieniać szkoły stacjonarne.

A jak Wy radzicie sobie z podróżami? Lubicie egzotyczne czy swojskie?
Jeśli jeszcze nie korzystacie z ED, to jak sądzicie, czy ED byłoby Wam pomocą czy przeszkodą do podróży? Podzielcie się w komentarzach.

Książki i czasopisma czytane na głos w tygodniu 2-8.10

Morskie bałwany. Natalia Przeździk.
Podróż się zakończyła. Przeczytaliśmy ostatnie cztery rozdziały, wspominając też naszą zeszłoroczną wizytę na zamku w Malborku.
Zdecydowanie książki pani Natalii Przeździk są warte polecenia. Nas wciągnęły. Związaliśmy się z bohaterami. Są czasem dla nas, jak dalsza rodzina czy przyjaciele. Czekamy już, żeby zacząć kolejną część,”Na końcu świata”.
Ale to już na Maderze ( To w sumie też taki „koniec świata”).
Walizki mamy wypchane książkami. Chociaż na pewno nie wystarczy nam lektur na cały pobyt. Będę tęsknić za naszą domową biblioteczką. Wspierać się będziemy audiobookami i ebookami.

Zerko czyli trzy dni w Karlikanii. Władimir Lowszyn.
Rozdział Kosmos w domu zachęcił nas do poszukiwania aktualnych wiadomości o Układzie Słonecznym. Bo ile w końcu jest tych planet? 9- jak w książce o nauce, którą mamy? Czy 8- jak w piosence NutkoSfery Cezika? I co z tym Plutonem? Wydanie Zerka, które czytamy jest z 1991r., a stan wiedzy naukowej nie jest jeden i niezmienny raz na zawsze. Pojawiają się nowe wyliczenia i fakty, dlatego warto zadawać sobie pytania i szukać na nie odpowiedzi.
Doczytaliśmy całą książkę do końca, żeby nie zostawiać tylu zaczętych książek w Polsce. Na wyjazd zabieramy starą książkę o geometrii z ilustracjami Bohdana Butenki.

Gang Bystrzaków, oszczędzanie to nasza misja, Paulina Piątkowska
Zdążyliśmy jeszcze zacząć powyższą książeczkę , którą Młodsza dostała od babci. Przeczytaliśmy rozdział o piesku ( którego bardzo chciała i też dostała).
Wrażenia? Hmm… Poprzednie książeczki „biedronkowe” były lepiej napisane.
I ta tematyka. Rozumiem, że dotyka czasu obecnego kryzysu, wzrostu cen i ma zachęcać do oszczędzania. Ale ta postać Biedronki ratującej bohaterów w różnych sytuacjach… Nie wiem, czy można to było lepiej napisać i zrobić. Dla mnie ta nachalność jest trudna do przełknięcia. Mimo, że sama jestem klientem tej sieci sklepów.

Dziś tylko tyle książek. To był tydzień domykania różnych spraw przed wyjazdem na Maderę. Kilka spotkań z rodziną i przyjaciółmi. Czytanie trochę odstawione na boczny tor. Choć Młodsza wczoraj na nocowanku u babci, czytała z nią różne książki.

A jakie książki u Ciebie, drogi Czytelniku, pojawiły się w tym tygodniu?
Polecenie (lub przestrogę) zostaw w komentarzu.

Jak spakować rodzinę na dłuższy pobyt za granicą?

Dłuższych, przynajmniej miesięcznych, wyjazdów już za nami kilka. Prawie wszystkie związane z lotem samolotem, a co za tym idzie również z ograniczeniami wagowymi bagażu.

Kiedy jeszcze druga pociecha była mała, korzystałam z listy rzeczy do spakowania. Miałam ją przygotowaną w Evernote. Szykując się do wyjazdu aktualizowałam ją i kompletowałam rzeczy, żeby nic nie pominąć, skrupulatnie odznaczając każdą włożoną do walizki.

Teraz, nauczona doświadczeniem kilku lat ( i sugestiami męża), wychodzę z założenia, że jak czegoś zapomnę, to dokupię na miejscu. W końcu nie wyjeżdżamy w dzicz, tylko do europejskiego kraju. Autonomiczny Region Madery daje możliwość kupienia prawie wszystkiego, co dla nas potrzebne.

Mimo tego wiozę ze sobą zwykle trochę rzeczy, które są mi potrzebne, a na miejscu nie mogę ich dostać. Są to zwykle kosmetyki ulubione (moje ulubione Purite), olejki eteryczne, jako część apteczki oraz wybrane przyprawy kuchenne.

Uwzględniam tym razem to, że po raz pierwszy lecimy już do siebie, do własnego mieszkania i trochę rzeczy swoich tam już zostawiliśmy.

Mieliśmy plan latać tylko z małym bagażem podręcznym po kupnie mieszkania na Maderze. Żeby prawie nic nie przewozić ze sobą. Jednak okazało się, że nasz Nastolatek i Młodsza, tak szybko rosną, że ciuchy i buty, które teraz bym zostawiła w Polsce, po powrocie wiosną byłyby już za małe. Więc lecą z nami. A wiosną w Polsce kupimy większe. Ja też mam swoje ulubione ciuchy, z którymi nie chcę się rozstawać.

Z edukacji domowej wynika procentowy udział książek w naszych walizkach- wagowo wychodzi z 30-40%. Jeszcze nie sprawdzaliśmy kupowania przez internet książek z Polski na Maderę. Jest to możliwe oczywiście, tylko czasochłonne, a na portugalsko-języczną literaturę nie jesteśmy jeszcze gotowi. I nie chcę też dublować całej biblioteczki, którą latami kompletowałam. To co nam teraz potrzebne, wyciągam z półek i wciskam w walizy, ile wlezie. Jak trzeba, to dociskam kolanem, zostawiam na noc, a kolejnego dnia dokładam coś jeszcze.

Mimo dużego doświadczenia w pakowaniu, te ostatnie dni przed wyjazdem, to dla mnie trudny czas. W każdym pomieszczeniu piętrzą się stosiki rzeczy do spakowania. A do mnie należy staranne i umiejętne spakowanie tych wszystkich dobroci w niewielkie walizki. To takie moje Tetris level hard. Tym razem bierzemy ze sobą jedną średnią walizkę i trzy małe jako bagaż rejestrowany, oraz mini walizkę ze sprzętem elektronicznym i jedną zmianą ubrań dla mnie i dzieci, jako bagaż podręczny ( plus plecaki dzieci, które one pakują sobie).

Tylko raz leciałam bez zmiany ubrań w podręcznym bagażu. W czerwcu tego roku. Z Madery. I właśnie ten jeden raz bagaż rejestrowany nam zaginął, a ja skończyłam samotną podróż z dwójką dzieci i opóźnionymi lotami, kupując po 21ej w Złotych Tarasach synowi ciuchy na zmianę.
Kolejnego dnia ok 10:00 miał egzaminy końcowe z polskiego i matematyki w Grodzisku Mazowieckim.
Dobrze, że Młodsza została wtedy u znajomych na noc i tam pożyczyła ciuszki od koleżanki( dzięki, Aga i Lila:))

O, nie! Właśnie sobie uświadomiłam, że nie uwzględniłam w walizkach miejsca na Ptasie Mleczko! Jutro dokupię i sprawdzę, czy się zmieści. Tylu osobom na Maderze obiecaliśmy przywieźć ( pani w portugalskim banku, panu z salonu samochodowego, sąsiadom…) W najgorszym wypadku kupię na Okęciu i będę się z tym tłuc w czasie przesiadki w Lizbonie. Albo dodatkową walizkę dopakuję- ciekawe, czy się zmieści w bagażniku na dojazd do Warszawy?

A jakie są Twoje patenty na pakowanie rodziny na dłuższy wyjazd? Wolisz minimalistycznie czy ledwo mieścisz się w limicie bagażu?

10 rzeczy, które zaskoczyły mieszczucha po przeprowadzce ze stolicy na podlaską wieś.

Wiosenny zachód nad łakami

Poniżej subiektywna lista po 1,5 roku życia na wsi:

  1. Ilość pracy przy utrzymaniu domu. Starego domu i wielkiego terenu. Musieliśmy znaleźć osoby do pomocy. I w domu, i w terenie.
  2. Trawa, liście, mycie okien (jak często można myć 12 okien?!), warzywniak ciągle zarastający zielskiem i w upały domagający się wody. Choć fajnie mieć swoje. warzywa i owoce.
  3. Muchy i różne inne owady i zwierzątka lubiące zasiedlać stare, drewniane domy. Zaskroniec pod szalunkiem czy w garażu? Żabka pod prysznicem czy w zlewie? Proszę bardzo!
    O mrówkach już nie wspominam, bo w mieście w mieszkaniu na parterze też się nam zdarzały naloty. Ale tu mamy przegląd różnych gatunków i rozmiarów. Szczególnie upodobały sobie sypialnie córki. Na szczęście gatunek nie gryzący.
  4. Myszy! Z końcem lata pragnące skolonizować nasz dom. A zakamarków jest mnóstwo. Już sama czasem nie wiem, gdzie trutki wykładać. Zaczynam się czuć chwilami, jak Popiel.
  5. Ogrzewanie- samemu trzeba się zatroszczyć o ciepłą wodę i miłą temperaturę w domu. Jak nie napalisz, to nie masz. Zwłaszcza przy starym piecu, który ( na szczęście?) zepsuł się po miesiącu od przeprowadzki. Wymiana na nowy- koszt ogromny- ale przez jedną zimę mieliśmy wygodę z paleniem. Tylko dwa razy w tygodniu trzeba było napełnić zbiornik pelletem ( pięknie pachnącym, czysto sosnowym). W tym roku już trochę gorzej- cena tony pelletu 3x wyższa niż w tamtym roku (prawie 3000 za tonę). W mieście chyba nigdy aż takiej podwyżki cen nie doświadczyliśmy. Dobrze, że na zimę wyprowadzamy się do ciepłego kraju. Dom pusty będziemy ogrzewać tylko do max 15*. Stary jest i nie docieplony, przy niższej temperaturze rury mogą nam zamarznąć. Mam nadzieję, że 2 tony nam wystarczą- jedną mieliśmy z tamtego roku, drugą dokupimy. W lutym dopiero, bo dopiero na luty dostaliśmy wolny termin z firmy robiącej certyfikowany pellet ( ten pięknie pachnący;)). 5 miesięcy oczekiwania! Powtórzę- nawet dobrze, że wyjeżdżamy.
  6. Odpady- nie dość, że trzeba je posegregować, to jeszcze mieć miejsce do składowania (a to lubią znowu myszki, i czasem szczury- trutka to towar pierwszej potrzeby na wiosce). Segregowane odpady odbierane są raz w miesiącu. Zmieszane w ciepłe miesiące co 2 tygodnie. A mieszczuchy (tzn. my) przyzwyczajeni do wygody i codziennego odbioru odpadów, za bardzo ich ilości ograniczyć nie umiemy. Aha. Worki trzeba wystawić w wyznaczonym dniu odbioru najpóźniej do godziny 6:00 rano, bo mogą nie zabrać. Zdarzyło się wstawać o 5:30, bo wieczorem dnia poprzedniego się zapomniało i było już zbyt ciemno.
  7. Jeszcze mniej ciekawe niż odpady- ścieki. Też o tę kwestię trzeba się zatroszczyć. Stara oczyszczalnia, działała fatalnie, musieliśmy wybudować nowy zbiornik szamba szczelnego dalej od domu. I co? I to, że zbiornik ten nie mówi, na ile jest zapełniony.
    I jak mąż spacerując w sobotnie popołudnie odkrywa wyciek z rzeczonego zbiornika, a obdzwonione firmy mogą przyjechać dopiero w poniedziałek rano, to kończy się niedzielą prawie bez mycia( się) i spuszczaniem wody tylko po nr.2. Na szczęście w miarę ciepło, to przynajmniej osobnicy męscy mogli korzystać z natury w celu wiadomo jakim. I wiadomo- każde przyjechanie specjalnego wozu- 350zł.
  8. Opłaty. Po samej przeprowadzce wydawało mi się, że koszty będziemy mieli prawie żadne, w porównaniu z czynszem za wynajmowane w Warszawie mieszkanie- 3000zł/mc plus opłaty. Ale jak tak byśmy podsumowali, to chyba wyszło by nam drożej na wiosce. Zwłaszcza uwzględniając koszty jakie musieliśmy ponieść na piec, szambo, niewielki remont na początek. O większych kosztach z burzenia budynków po-gospodarczych nie wspominając już.
  9. Nie możemy po prostu zamknąć domu na 4 spusty i sobie wyjechać na 2 tygodnie czy miesiąc. Ktoś musi doglądać z 2 razy w tygodniu. Przynajmniej by piec doładować i myszy przegonić.
  10. Śnieg. Może zasypać drogę i na kilka dni nawet uniemożliwić możliwość wyjazdu. Nam się nie zdarzyło jeszcze. Ale rodzicom mieszkającym w tym domu wcześniej już tak. Dobrze jest mieć trochę zapasu jedzenia i środków higienicznych zimą.

Mieszkanie na wsi jest wspaniałe.
Ta przestrzeń, cisza, spokój, przyroda.
Minusy jednak i utrudnienia swoje też ma.
Dobrze o nich wiedzieć, zanim się podejmie decyzję o wyprowadzce z miasta.

Dlaczego zdecydowaliśmy się na edukację domową naszych dzieci?

Szybko czy powoli…ważne, że do celu.

Cofnijmy się do roku 2014.
Obowiązek przedszkolny (zerówka) dotyczył wtedy dzieci urodzonych w 2009.
Nasz pierworodny w momencie rozpoczęcia roku szkolnego nie miałby ukończonych jeszcze 5 lat. I ze względu na pewne trudności i brak gotowości do nauki w szkolnej ławce, naszym zdaniem ( a zdanie rodziców najważniejsze- nikt nie zna Waszego dziecka tak, jak Wy), nie powinien był iść wtedy do zerówki.
Z przedszkola wcześniej też nie korzystaliśmy. Trochę ze względów finansowych (ceny przedszkoli prywatnych w Warszawie powalały), trochę ze względu na zmiany miejsca zamieszkania (Warszawa->Toskania->Suwalszczyzna->Warszawa), trochę ze względu na podróże.

Szukaliśmy różnych opcji, jak to pójście do szkoły odroczyć, ale też grupy dzieciaków do bardziej regularnych spotkań. Dotychczasowy krąg znajomych, to były rodziny posyłające swoje dzieciaki do placówek, więc czas na spotkanie był tylko popołudniami, i to nie za często, bo zajęcia dodatkowe itd.

Jakimś „cudem” trafiliśmy na osoby zainteresowane edukacją domową z różnych powodów. Dla nas to był nowy temat.
Spotykaliśmy się przy przedszkolu „Owieczka.Asia” na Kabatach, której właściciel chciał dać rodzicom możliwości prowadzenia edukacji domowej własnych dzieci.
Jedną z osób tam przychodzących była Angelika, która znała temat edukacji domowej z gruntu amerykańskiego (jej mąż pochodzi z USA).
Dzięki działaniu i znajomościom Angeliki ostatecznie znaleźliśmy jednak swoje miejsce pod skrzydłami Chrześcijańskiej Szkoły i Przedszkola Daniel, dla której współpraca z rodzicami w ramach edukacji domowej też była nowością.

Coś, co miało być dla nas możliwością na przetrzymanie syna „w domu” przez rok, żeby miał szansę się rozwinąć i nabrać gotowości szkolnej, zmieniło się w styl życia i trwa już wiele lat. W sumie już 9 rok.

W międzyczasie były wzloty i upadki. Poznawaliśmy oprócz plusów, również minusy tej formy edukacji. Bywały chwile, gdy byliśmy gotowi z jednym dniem wysłać Pierworodnego do szkoły ( najlepiej z internatem;)).
Jednak wolność od systemu edukacji, jakiej doświadczyliśmy, sprawiła, że przygodę z ED kontynuujemy też z drugą pociechą.

Tak jednym zdaniem, to bym określiła edukację domową (formalnie „spełnianie przez dziecko obowiązku szkolnego poza szkołą”) jako wolność i odpowiedzialność.

Edukacja domowa to wolność i odpowiedzialność.

Młodsza pociecha, nasza aktualna pierwszoklasistka, bez problemu odnalazłaby się w systemie edukacji. Ma ku temu predyspozycje albo raczej brak jakichkolwiek przeciwwskazań. Dobrze odnajduje się w grupie. Od małego lubiła pozostawać pod opieką obcych osób.
Tym razem wybór edukacji domowej dla niej jest podyktowany naszym rodzinnym stylem życia.
Chcemy móc wyjeżdżać, kiedy i gdzie chcemy, a nie czekać na ferie czy wakacje, albo nadrabiać materiał, wyjeżdżając w roku szkolnym.
Nie chcemy być przywiązani do jednego miejsca szkołą.
Mamy dom na Suwalszczyźnie i mieszkanie na Maderze i chcemy przemieszczać się między nimi, kiedy i jak nam pasuje.

A że wiemy już, że jesteśmy w stanie zapewnić naszym dzieciom warunki do rozwoju i nauki, to nic nas nie powstrzymuje.
Znamy realia edukacji domowej w Polsce.
Wiemy, jak spełnić jej wymogi formalne obowiązujące w kraju.
Znamy szkoły przyjazne edukacji domowej. Już 4 sprawdziliśmy na sobie ( dwie od tego roku).
Wiemy też, że nie jest to opcja dla każdego.
Każda rodzina sama musi zbadać swoje „za” i „przeciw”, jeśli poważnie myśli o ED.
Niemalże ile rodzin, tyle powodów podjęcia się trudu edukacji domowej własnych pociech.

Jeśli rozważasz edukację domową w swojej rodzinie, daj znać w komentarzu, jakie jest Twoje największe ZA?