Upalny tydzień Targów Książki w Funchalu się kończy, a nasze przygody czytelnicze dalej trwają. Dokupiliśmy tylko kilka książek do naszej biblioteczki. Dwie po portugalsku dla córki, dwa komiksy po angielsku dla syna i trzy portugalsko- angielskie albumy o Maderze dla mnie. Ale przyjemności z przeglądania książek na stoiskach mieliśmy duuużo więcej.
O senhor cavalo-marinho. Eric Carle
Książeczka znanego autora ilustrowanych książek dla dzieci. Książeczek w niepodrabialnym, wyjątkowym stylu. Czytaliśmy ich kilka, jak córka była mała, wypożyczanych z biblioteki. Teraz tak ją urzekły ilustracje, że postanowiliśmy poczytać ją w języku portugalskim.
Detektyw Wróbel i złamane pióro. T. Samojlik, A. Wajrak
My już wiemy, kto jest odpowiedzialny za złamane pióro. A Ty? Zostało nam jeszcze do poznania kilka rozdziałów ciekawostek o ptakach w mieście.
Garfield. Tłusty koci trójpak. Tom 3, Jim Davies
Kolejny koci komiks odnaleziony w czeluściach pokoju starszego brata po dłuższej przerwie. Po odnalezieniu zdążył stać się kością niezgody o prawo pierwoczytania. Konflikt zażegnano po udanych negocjacjach w towarzystwie mediatora. Towarzyszy córce w czytaniu samodzielnym i wspólnym z mamą.
Biblia w komiksie
Czytamy prawie codziennie przed zaśnięciem. Dobre wprowadzenie w wydarzenia Wielkiego Tygodnia.
Kamila i konie. Tom 3 Na łonie przyrody. Lili Mésange, Turconi
Coraz bardziej zżywamy się z bohaterami tej serii. Pomysły Anais są śmiesznie zaskakujące, a jej miłość do kucyka Pompona rozbrajająca. Chociaż córka wynajduje też niekonsekwencje autora w budowaniu charakteru różnych postaci.
Idziemy za Tobą przez Wielki Post do Zmartwychwstania. M. Kita, D. Łoskot- Cichocka
W tym tygodniu zbliżaliśmy się do miasta. Już widać Jerozolimę i jej świątynię na wzgórzu Moria. Przed nami wydarzenia Wielkiego Tygodnia.
Targi, targami, ale nie da się wszystkich książek wpakować do domu. Choć osobiście nie miałabym nic przeciwko, by wszystkie ściany mieszkania wypełniały biblioteczki pełne ksiąg, książeczek, tomów, woluminów, rękopisów… A nawet nie tylko ściany- wszelkie blaty, stoły i stoliki też. To jest moja opcja preferencyjna w dekoracji wnętrz.
Miło popatrzeć na tyle ciekawych książek. A jeszcze ciekawiej przeczytać którąś.
Lepsza jest książka, którą czytasz, niż ta stojąca na półce.
PS. Audiobooki też w tym tygodniu były. Jakżeby inaczej. Astrid Lindgren, Pippi i Dzieci z Bullerbyn- to zawsze miłe towarzystwo.
Na moją propozycję wybrania się do muzeum elektryczności usłyszałam od dzieci(głośniej od nastolatka), że nie chcą tam iść. Wymagało to ode mnie trochę przekonywania, by się zgodziły wybrać.
Muzeum Elektryczności- Dom Światła w Funchalu na Maderze
Dotarliśmy tam chwilę przed 14 tą, na ponowne otwarcie. To muzeum, jak wiele urzędów i instytucji na Maderze, ma przerwę obiadową 12:30-14:00. Dobrze jest to sprawdzać, zanim gdzieś się wybierzemy.
Wstęp kosztował dla mnie 2,70 euro, dzieci weszły za darmo.
Ekspozycja znajduje się na dwóch piętrach budynku, w którym do roku 1989 funkcjonowała elektrociepłownia. W tej chwili, oprócz muzeum i kawiarenki, jest tam oddział EEM ( Przedsiębiorstwa elektrycznego Madery) w zaadaptowanej dawnej przestrzeni- można tu załatwić jakieś sprawy związane z elektrycznością.
Całe muzeum to kilka przestrzeni tematycznych.
Przy wejściu hol pokazujący zmiany oświetlenia ulicznego.
Po prawej różne potężne maszyny z czasu, gdy produkowano tu prąd.
A po lewej sala z makietami pokazującymi m. in. rozwój sieci elektrycznej w archipelagu Madery.
Przy jednej z makiet zaczepiła mnie po angielsku starsza pani, poruszająca się o kuli, zwiedzająca muzeum z małżonkiem. Widząc mnie z córką, obserwującą z zaciekawieniem eksponaty, chciała mi opowiedzieć o swojej siedmioletniej wnuczce, która na jakiejś wyprawie z dziadkami do „magicznej góry” (elektrownia?) była bardziej zaciekawiona niż jej starszy brat.
Obok był eksponat z wysokim manekinem ( który mnie na wejściu przestraszył), odgrywającym pracownika centralki, który ( z tego, co rozumiem) w dawniejszych czasach przełączał kable, aby prąd płynął we właściwe miejsca. Brytyjska dama wspomniała, że swego męża, inżyniera elektryka, poznała właśnie w takim miejscu, przy takiej pracy -choć nie był tak wysoki, jak ten (manekin), dodała.
Zapytała mnie jeszcze, skąd jesteśmy. Na odpowiedź, że z Polski, usłyszałam historię, że oni nigdy w Polsce nie byli, ale w „Welsh”( tak to usłyszałam), gdzie mieszkają, jest wielu Polaków, są znaki i szyldy po polsku na ulicach, i polskie sklepy. Wspomniała, że po wojnie był tam szpital polski. Poznała tam jednego oficera, który urzekł ją szarmanckim zachowaniem i ucałowaniem dłoni na powitanie. Widać było, że miło to wspomina.
Wczoraj spędziłam chwilę na szukaniu tego „Welsh”. Okazało się, że to nie jest chyba nazwa miasta konkretnego, ale odmiana słowa Walia (Wales), Walijskie (Welsh). I rzeczywiście mieszka tam wielu Polaków. Przy okazji pokrótce poznałam powojenne historie polskich generałów, zdemobilizowanych w Wielkiej Brytanii.
Bardzo cenię sobie spotkania z seniorami, żywymi świadkami przeszłości, bogatymi w doświadczenia. Przeszłość mnie ciągle woła i wabi, i domaga się mojej uwagi, nawet w takich „przypadkowych” spotkaniach.
Od polskich losów powojennych, cofnijmy się jeszcze bardziej wstecz, do energii, którą człowiek nauczył się wykorzystywać, jako pierwszą, do ognia. Bo ze słońca korzystał od początku, ale raczej biernie. Ciekawa jest ta powyższa linia czasu. Trochę nam zajęło okiełznanie różnych źródeł energii. A co jeszcze przed nami?
zabrzęczy czy nie zabrzęczy?elektromagnesco przewodzi prąd?elektryczność z wiatruelektryczność istot żywych?
Na piętrze muzeum jest taka część interaktywna, z kilkunastoma eksperymentami z prądem i energią do przeprowadzenia. Wszystkie są bezpieczne. Chociaż Młodsza, słysząc efekty prac badawczych Starszaka- wycie syreny alarmowej- sama miała duże obiekcje przed eksperymentowaniem i potrzebowała wsparcia mamy. Nie lubi głośnych dźwięków. Ale ten sam eksperyment można było przeprowadzić z użyciem tylko światła.
Oglądnęliśmy też zdjęcia na wystawie fotografii. Nasz cel- znaleźć fotografię autorstwa Polaka.
W czasie wizyty w takich miejscach, nie jest moją ambicją zrobienie zdjęć wszystkich eksponatów. Warto przyjechać i samemu zwiedzić. Poeksperymentować trochę. I zobaczyć, jakimi maszynami przez 100 lat w tej elektrociepłowni w Funchalu prąd produkowano.
Żadne z moich dzieci nie chciało szybko wychodzić z tego miejsca. Starszy odwołał słowa niechęci i przyznał, że fajnie, że tu przyszliśmy. Gdyby nie głód, pomyszkowalibyśmy tam jeszcze trochę. Ale odrobina niedosytu sprawia, że może jeszcze tam wrócimy. Ja wrócę chętnie.
PS. Nie było to moim celem, ale na zdjęciu wystawy oświetlenia uchwyciłam to brytyjskie małżeństwo, zwiedzające muzeum i odbywające nostalgiczną podróż do początków znajomości. Miłe było to spotkanie i rozmowa. Chciałam zostawić tu jego ślad.
W Polsce zaczęła się w tym tygodniu wiosna, a na Maderze lato. Jest zdecydowanie cieplej i suszej.
Podjęliśmy też już decyzję, kiedy wracamy do Polski na dłuuugie wakacje. Bilety na samolot już kupione.
Zostaje cieszyć się Maderą przez najbliższy miesiąc, pomagać dzieciakom w przygotowaniach do egzaminów i cierpliwie czekać na wypoczynek i czas z rodziną w pięknej Polsce.
A w najbliższym czasie przygotować się na pierwsze świętowanie Wielkanocy na Maderze, bez większości polskich smaków i zwyczajów kojarzących się z tym czasem. Bez wielkosobotniej święconki. Bez malowania jajek nawet, bo nie wzięłam swoich przyborów do ich woskowania. Wstępnie miałam jeszcze w marcu być w Polsce i przy okazji wziąć rzeczy wielkanocne, by podtrzymywać tradycję rodzinną. Poradzimy sobie jednak bez, a w czasie wakacji postaram się o duplikaty, by mieć zestaw w obu domach.
Skupimy się na tym, co najważniejsze w Świętach Paschalnych- na Liturgii.
Poczytaliśmy w tym tygodniu trochę. Sporo komiksów córka też poczytała sama. Wprawia się w czytaniu coraz bardziej i ma apetyt na więcej. Cieszy mnie to. Syn, z niedoboru książek, sięgał w tym tygodniu po lektury młodszej, od których wcześniej stronił.
A w Funchalu od wczoraj trwają tygodniowe Targi Książki ( 49a Feira do Livro, Avenida Arriaga, Funchal). Będziemy mogli uzupełnić biblioteczkę o kilka nowych pozycji w promocyjnych cenach, angielskojęzycznych raczej niż portugalskich..
Nauka. To lubię.Jak działa człowiek. Tomasz Rożek
Z tej ciekawej książeczki poznawaliśmy tym razem mięśnie. To, jak umożliwiają nam poruszanie się i działanie naszych organów wewnętrznych. Mieliśmy też lekcję praktyczną na skrzydełkach i udkach kurczaka przed upieczeniem. Potem córka dzieliła się z koleżanką tym, czego się dowiedziała. Działanie ciała człowieka jest fascynujące.
Idziemy za Tobą przez Wielki Post do Zmartwychwstania. D. Łoskot- Cichocka, M. Kita
W tym tygodniu przysłuchiwaliśmy się przypowieściom Jezusa i przykładaliśmy je do swojego życia. Niesamowite, że kończymy już czwarty tydzień Wielkiego Postu.
Gdzie dzwoniec dzwoni i pluszcz się pluszcze. Wierszyki króciutkie i trochę dłuższe. Kalina Jerzykowska
Bardzo fajna książeczka z wierszykami wspomagającymi wymowę. Urozmaicają nam codzienne ćwiczenia logopedyczne. Podobają się nam ilustracje oraz to, że wierszyki są nie tylko naszpikowane konkretnymi wyzwaniami językowymi, ale też są logiczne, ciekawe, czasem zabawne. Książeczka jest podzielona na cztery pory roku, z którymi wierszyki są tematycznie związane.
Niepojęty. 100 opowiadań o Bogu i nauce. Louie Giglio
Jutro kończymy tę książeczkę. Zostało nam jedno opowiadanie. Będzie mi brakowało tej książeczki w wieczornym czytaniu. Za każdym razem dowiadywaliśmy się czegoś ciekawego o świecie, a przede wszystkich ukierunkowywaliśmy się na Stwórcę świata i Jego słowo.
As festas cristãs. A. Lacassagne, E. Chandelier
Świeżutki nabytek prosto z księgarni wydawnictwa Paulinas. Z rabatem z okazji przedednia Święta Książki. Trochę się przełamuję do czytania po portugalsku. A skoro i tak mam się uczyć, to mogę też na książkach dziecięcych. Bardzo ładna jest ta książeczka. Opisuje główne święta chrześcijańskie, przedstawia też portugalskie zwyczaje z nimi związane. Bardzo użyteczna dla nas na ten czas. Ma też ciekawe aktywności wbudowane. Ukryte okienka, ruchome elementy, itp. Bardzo się córce podoba.
Rezar na Quaresma.
To taka niewielka książeczka z rozważaniami na Wielki Post, dzięki której, poza korzyściami duchowymi, mam też codzienną porcję ekspozycji na język portugalski. Z użyciem aplikacji DeepL tłumaczę tekst ze zdjęcia strony ( nawet nie muszę przepisywać!), słucham tekstu czytanego po portugalsku, czytam razem z odtwarzanym głosem, zapisuję znaczenie słów, których jeszcze nie znam. Dzięki tym prawie codziennym ćwiczeniom znacznie zwiększyło się moje rozumienie tekstów napisanych po portugalsku. Z rozumieniem ze słuchu jest trudniej, a z wymową najtrudniej. Ale coś już jestem z stanie zrozumieć i czasem coś „wydukać”.
Podręcznik do nauczania pisma szkolnego dla nauczycieli i rodziców. Ewa Landowska
To kolejna moja lektura z tego tygodnia. Uczę się już kolejnej metody nauczania pisma szkolnego. Więcej na ten temat w tym tekście.
Karlsson z dachu. Astrid Lindgren
Tegotygodniowi towarzysze zabaw mojej córki, to znowu Braciszek i Karlsson, przeżywający razem najdziwniejsze przygody. W wykonaniu ulubionej lektorki, pani Edyty Jungowskiej.
Najbliższy tydzień zapowiada się ciekawie dla moli książkowych obecnych w Funchalu. Z wielu propozycji spotkań z autorami książek, krytykami literackimi i innymi nie skorzystamy przez barierę językową zniechęcającą dzieci, ale po stoiskach księgarni i wydawnictw zamierzamy pobuszować. Jak moglibyśmy nie skorzystać z okazji, kiedy tyle książek jest zgromadzonych w jednym miejscu. W zeszłym roku też byliśmy tutaj na targach książki.
Najmilej z tego typu wydarzeń wspominam Targi Książki Katolickiej, odbywające się w Warszawie w Arkadach Kubickiego, gdzie byłam kilkukrotnie, ostatni raz jeszcze z córką korzystającą z wózka. Co proste nie było przy tej ilości stoisk, książek i odwiedzających. Mimo tego było wspaniale.
Zachęcam do udziału w takich imprezach i targach książek. Można poznać ciekawe wydawnictwa, a nawet zdobyć autograf ulubionego autora.
PS. To już osiemdziesiąty wpis na blogu. Dziękuję, że tu jesteś i korzystasz z mojej twórczości i doświadczeń. Jeśli chcesz, podziel się tym miejscem z innymi. W mediach społecznościowych lub po prostu wysyłając link do tego bloga ” burnevel.com ” w wiadomości czy e-mailu. Możesz się też zapisać na stronie głównej na moją listę mailową, by posty trafiały ode mnie prosto do Ciebie. Dziękuję.
Wybierając dla naszych dzieci edukację domową mieliśmy świadomość, że przejmujemy na siebie odpowiedzialność za wszystko, czego w kontekście edukacji szkolnej się nauczą.
Drogi do realizacji tego są różne. Możemy korzystać z różnych narzędzi czy posiłkować się wsparciem innych osób.
Wraz z wyborem edukacji domowej zdecydowaliśmy, że to głównie ja będę z dziećmi przerabiać materiał szkolny i przygotowywać je do egzaminów klasyfikacyjnych w szkołach.
Z pewnymi elementami, jak nauka czytania, szło dość łatwo, bo książki i czytanie to mój żywioł. Inne musiałam najpierw sama poznać, by przekazać je dziecku.
Tak jest z nauką pisania.
Moje własne pismo, wypracowane w szkole podstawowej, jest bardzo zbliżone do osławionego pisma lekarskiego z czasów, kiedy lekarze wypisywali recepty odręcznie. I nie sądzę, by wpływ miały na to studia na Akademii Medycznej. Już w liceum starać się musiałam bardzo, by moje prace pisemne były możliwe do odczytania przez nauczyciela. Co jednak mi nie przeszkadzało w pisaniu dziesiątek listów do znajomych ( czasy sprzed telefonów komórkowych;).
Pismo wyniesione z własnej edukacji szkolnej, kiedy piszę szybko, ale chcę by dało się odczytać (przynajmniej przeze mnie ;))
Obecnie też tak piszę, kiedy piszę tylko dla siebie, kiedy się spieszę, kiedy chcę wylać myśli na papier. Odczytanie listy zakupów w sklepie, to czasem loteria.
Zabierając się za naukę pisania z pierworodnym, w 2016r., na podstawie własnych doświadczeń, rozmów z innymi rodzicami ED i wiedzy w internecie, zdecydowałam, że nie będziemy korzystać z kroju pisma obecnego w zeszytach ćwiczeń z zadaniami dla klas 1-3.
Osobiście, żadnego innego pisma do nauczania dzieci, poza tym wyuczonym w szkole, nie znałam. A żeby nauczyć dziecko praktycznej umiejętności, jak pisanie konkretnych kształtów liter, sama najpierw musiałam nauczyć się je pisać.
Przechodząc po raz pierwszy, z synem, proces nauki pisania wybrałam metodę nauki pisania metodą płynnego ruchu. Przeszliśmy oboje, i ja, i syn, przez cały proces. Od ćwiczeń wprowadzających, utrwalających sekwencję ruchów, przez ćwiczenia koniczynowe, po ćwiczenia liter i ich połączeń. Sprawdziło się nam to do pewnego momentu. Efektem ubocznym była poprawa mojego pisma. Pamiętam, jak mój mąż był zaskoczony, kiedy w czasie zwiedzania Opactwa w Tyńcu, wpisywałam się do jakiejś księgi i on był w stanie odczytać to, co piszę.
Ale już w klasie czwartej u syna pojawiło się ryzyko dysgrafii ( o czym się dowiedzieliśmy na, obowiązkowych w tamtych czasie dla uczniów ED, badaniach w poradni psychologiczno-pedagogicznej). Poza fizjologicznymi czynnikami przyczyniło się do tego również to, że po względym opanowaniu kroju pisma i sposobu pisania przez syna w klasie 3, odpuściliśmy zupełnie ćwiczenia kaligraficzne. A jeszcze dokładając do tego niechęć syna do pisania odręcznego… efekt jest, jaki jest. Dobrze, że sprawność manualna, to nie tyko pisanie. Syn lubił i nadal lubi rysować.
Pozostałości w moim piśmie z czasu nauczania pisania Starszaka metodą płynnego ruchu
Do swojego pisma przejęłam wiele liter z nauki pisania metodą płynnego ruchu. Kiedy chcę napisać coś ładnie i czytelnie, korzystam z tych liter.
Mieliśmy jeszcze w czwartej klasie syna moment z Ortograffiti, poleconym w poradni, i wprowadzaniem u syna tzw. pisma bibliotecznego, uproszczonego, ale nie była to próba udana.
Nawiązanie do pisma bibliotecznego polecanego w metodzie Ortograffiti dla zagrożonych dysgrafią. Litery bez łączników
Minęło kilka lat i teraz druga pociecha jest w pierwszej klasie szkoły podstawowej.
W metodzie „pętelkowej” (płynnego ruchu) z czasem dostrzegłam kilka wad. Wśród nich są trudne połączenia niektórych liter ( do tej pory nie udało mi się ich wprowadzić do własnego pisma). W związku z tym dla córki szukałam czegoś innego.
Nowe wydawnictwo i metoda pani Ewy Landowskiej bardzo mnie zaciekawiły. Już w przedsprzedaży kupiłam w wydawnictwie cały zestaw do nauki pisania, z dodatkowymi zeszytami ćwiczeń dla mnie.
Po zapoznaniu się z podręcznikiem, okazało się jednak to wszystko dość przytłaczające dla mnie. Tyle nowych pojęć, zasad, i z góry założony długi, kilkuletni czas ćwiczeń trochę mnie zniechęciły. Jednak w końcu zdałam sobie sprawę, że w tej chwili nic lepszego na rynku nie ma. I że nie potrzebuję innej, lepszej metody, ale włożenia wysiłku we własną naukę kolejnego wzoru pisma, a potem przekazanie tego córce.
Nie muszę od razy idealnie pisać tym pismem. Wystarczy, że będę o kilka kroków przed córką, aby móc ją prowadzić.
Zaczęłam ostatnimi dniami czytać podręcznik i wprowadzać wzory tych liter do mojego pisma. Teraz jeszcze zostało odnalezienie moich zeszytów ćwiczeń i ruszam dalej z regularnymi ćwiczeniami.
Pierwsza moja próba pisania liter z Podręcznika do nauczania pisma szkolnego p. Ewy Landowskiej
Wracając do pytania tytułowego- można uczyć się pisma szkolnego i przed czterdziestką, i po czterdziestce. To uroki edukacji domowej, w której uczą się nie tylko dzieci, ale też rodzice. I to różnych rzeczy. Czasem takich, których nie wybraliby, gdyby nie edukacja domowa. Np. tabliczka mnożenia powyżej 5×5 , na palcach dłoni. Znałam tylko sposób mnożenia przez 9 na palcach.
Po powrocie z Porto zaskoczyło nas, że już tak ciepło na Maderze i pogodnie. W porównaniu z zeszłorocznym marcem, kiedy spadł nawet śnieg, widoczny na górach nad Funchalem, jest bardzo przyjemnie.
Zaczął się jednocześnie sezon na prawie codzienne kąpiele w basenie najmłodszej pociechy z córką sąsiadów. A potem nie można ich rozdzielić, więc dużą część dnia spędzają razem u nas lub u nich.
Mimo to znajdujemy czas na czytanie. Czy rano, czy wieczorem czy jakieś chwile w ciągu dnia- dzieci spędzają z książką w ręku ( lub uchu;)).
Garfield. Tłusty koci trójpak. Tom 1. Jim Davies
Do tego komiksu lubi wracać i Starszak, i Młodsza. Córce służy do nauki czytania, bo teksty są w nim samymi dużymi literami. Ale ostatnio chce też bym ja jej czytała na dobranoc.
Idziemy za Tobą przez Wielki Post do Zmartwychwstania. D. Łoskot- Cichocka, M. Kita
Już połowa książki za nami. Połowa Wielkiego Postu. Teraz czytamy wieczorem, a nie rano, jako element wieczornej modlitwy.
Detektyw Wróbel i złamane pióro. T. Samojlik, A. Wajrak
Tu nowość w naszej biblioteczce. Prezent od taty, przywieziony z Polski.
Nowa książka zgranego duetu, panów Samojlika i Wajraka. Całą wcześniejszą serię o Nie-umarłym lesie( Puszczy Białowieskiej) znamy i cenimy.
Nowa seria jest o ptakach w mieście. Mi, jako ptakolubowi, pasuje.
Komiksowe przygody ptaków autorstwa pana Samojlika są zabawne, a teksty pana Wajraka merytoryczne i poszerzające wiedzę o ptakach.
SeaLife Porto. The Guide to fantastic discoveries!
Krótka książeczka z akwarium odwiedzonego w Porto. Poszerzamy wiedzę o oglądanych zwierzakach, a przy okazji ćwiczymy angielski.
Niepojęty. 100 opowiadań o Bogu i nauce. Louie Giglio
Czytanie tej książeczki zbliża się zdecydowanie ku końcowi. Zostało nam chyba na tydzień opowieści. W kolejne części zaopatrzymy się dopiero w czasie wakacyjnego pobytu w Polsce. Oj, ciężkie walizeczki znowu będą.
Kamila i konie. Tom 2. Mistrzowie. L. Mésange, Turconi
To też ostatni prezent od taty. Opowieści w drugim tomie są na tyle zabawne i zachęcające do jazdy konnej, że planujemy rodzinną naukę jazdy konnej w wakacje. Mam nadzieję, że uda się ten plan zrealizować.
Astrid Lindgren. Audiobooki.
Czasowi wolnemu i zabawom manualnym z plasteliną i klockami, w tym tygodniu towarzyszyła n znowu Pippi oraz rodzinka i przyjaciele z wyspy Saltkrakan.
Nie da się ukryć, że wspomnienia dzieciństwa mojej córki będą mocno nasączone historiami Astrid Lindgren i głosem Edyty Jungowskiej.
Dobrze, że istnieją książki. Umilają nam czas, poszerzają wiedzę, odstresowują, czasem ładnie pachną. Nie wiem, czy mają jakiekolwiek wady.
Chyba, że fakt, iż autor może w nich umieścić to, co szkodzi człowiekowi. Ale w tym już rola nas, rodziców, by wychować świadomego czytelnika, potrafiącego dokonywać wyboru dobrych lektur.
Po dłuższym, ciągłym pobycie na Maderze wybraliśmy się w końcu na kontynent.
Wybór padł na Porto. Po pierwsze, bo dość blisko. Po drugie, bo mamy tam loty bezpośrednie liniami TAP Portugal ( a od zeszłego roku mamy tak jeszcze trochę pieniędzy zamrożonych w voucherach po odwołanym wyjeździe). Po trzecie, bo jeszcze tam nie byliśmy.
Przed wylotem mieliśmy możliwość podziwiania pięknego wschodu słońca. Przez bardzo brudne szyby lotniska. Mimo tego, widowisko było spektakularne.
FrancesinhaTripas
Po sprawnym, dwugodzinnym locie, dotarliśmy do Porto. Szybkie zameldowanie w hotelu w pobliżu Starówki, pozostawienie bagażu i wyruszyliśmy w poszukiwaniu posiłku, do knajpki z polecenia recepcjonisty hotelu.
Najbardziej znaną w tej chwili potrawą w Porto jest Francesinha, kanapka z pieczywa tostowego z kilkoma rodzajami mięsa i sera, polana sosem na bazie piwa. Taki lokalny fastfood. Bardzo sycący, ale ciężki. Jak dla mnie, to jednorazowa przygoda kulinarna.
Pod koniec, zaciekawieni, co też inni goście jedzą z żeliwnych garnuszków, dostaliśmy jeszcze do degustacji kolejną lokalną potrawą. Tripas. Czyli w sumie nasze flaczki. Z dodatkiem fasoli, kiełbasy, mięsa wieprzowego. Nawet smaczniejsze niż kanapka, ale już nie mieliśmy siły tego zjeść.
azulejos
W sumie byliśmy w Porto pięć dni. To naprawdę dużo czasu na wiele kilometrów spacerów. Nie mieliśmy ambicji zwiedzenia wszystkich atrakcji turystycznych, ale udało się sporo. Mimo niesprzyjającej pogody. Dwa dni dość mokre były.
Jedną z głównych atrakcji są kościoły z fasadami, ale też wnętrzami ozdobionymi obrazami w odcieniach błękitu, na płytkach ceramicznych, azulejos. W naszych spacerach napotkaliśmy ich kilka. Tylko do niektórych udało się zaglądnąć.
Kościoły udekorowane Azulejos
Katedrę zwiedziliśmy dopiero za drugim podejściem. Pierwszego dnia było tak wietrznie, że tylko przeszliśmy obok i ruszyliśmy w dół, zagłębiając się w wąskie uliczki Ribeiry.
WIdok na Ribeirę z tarasu widokowego
Sama katedra zaskoczyła mnie w sumie surowością i prostotą wnętrza. Tylko ołtarze były bogato zdobione. A pozostałe ściany wewnątrz i na zewnątrz to dominująca szarość. Ale przyjemna. Dzięki niej dało się odczuć wieki przeszłe. Wspięliśmy się też na wieżę, po dość wymagających schodach.
Wnętrze katedryDziedziniec przy katedrzeWidok z wieży katedralnej na Pałac Biskupi ( obecne w niewielkiej jego częsci mieści się kuria biskupia), rzekę Douro, most Ludwika I oraz Vila Nova de Gaia
Po katedrze zwiedziliśmy jeszcze sąsiadujący dawny Pałac Biskupi. Z czasów, kiedy urząd biskupa, był niemal równy z urzędem księcia. Reprezentacyjna klatka schodowa urzekła mojego męża.
Zakończyliśmy spacerkiem przez słynny most Luis I ( walcząc z porywami wiatru) na punkt widokowy przy dawnym klasztorze Serra do Pilar, obecnie wykorzystywanym do celów wojskowych. Ciekawszy okazał się jednak spory plac zabaw w sąsiednim parku.
Widok z okna pałacu na Ponte Luis I
W czasie pieszych wędrówek po Porto można zobaczyć wiele ciekawych detali. Wystarczy mieć oczy otwarte i uważne spojrzenie.
Początek marca to już w Porto istna wiosna. Na skwerach i w parkach nacieszyć można oczy pięknymi kolorami i kształtami.
Jako, że nie samymi zabytkami rodzina żyje, w czasie wycieczki z dziećmi uwzględniać należy też inne atrakcje. My zdecydowaliśmy się na akwarium Sea Life nad oceanem.
Miło spędzone dwie godzinki. Koszt dla rodziny jest spory, ponad 50 e. Ale bilet jest całodzienny. Teoretycznie można wyjść i wejść, ile razy się chce.
Trafiliśmy na opowieść o mieszkańcach dużego akwarium, w którym rządzi 21 letnia żółwica. Specjalnie dla nas miła pani opowiedziała po angielsku, a potem zaczęła opowieść po portugalsku dla grup szkolnych.
Plus, w trakcie zwiedzania można było wyjść na zewnętrzny plac zabaw.
Przyjemnie było pooglądać płaszczki bawiące się w odkrytym basenie. Pierwszy raz widziałam, żeby pływała na plecach, częściowo wynurzona, chlapiąc wodą. Dopiero w domu z kupionej książeczki dowiedzieliśmy się, że płaszczki bardzo mocno gryzą. W końcu to kuzynki rekinów! Dobrze, że oparliśmy się pokusie włożenia ręki do basenu. A pokusa była duża, zwłaszcza, że nikogo z obsługi w tej sali nie było.
A najfajniejsza była możliwość dotknięcia w małym basenie skalnym jeżowca, rozgwiazdy i „ogórka morskiego”. Nigdy nie miałam okazji dotknąć tych zwierząt. A widząc je w naturze, szerokim łukiem je omijałam, bojąc się ich po prostu.
Jedyny minus, jak w większości takich miejsc, to przy wyjściu sklepik i mini sala zabaw ( małpi gaj), z której bardzo ciężko było wyjść najmłodszej uczestniczce wyprawy.
Jakby chodzenia w akwarium było mało, zafundowaliśmy sobie kilkugodzinny spacer powrotny wzdłuż wybrzeża oceanu, a potem brzegiem rzeki Duoro. Dobrze, że trafiliśmy na miłą kawiarnię, w której podreperowaliśmy siły, a po kolejnych kilometrach wsparliśmy się opakowaniem 12 mini lodów z marketu, które to dzieci najmilej wspominają.
W pobliżu ujścia DouroObserwacje ptaków: mewa i widziana po raz pierwszy Kazarka egipskaczapla, ale jaka?Piękna plaża w Porto.
Jakby tego było mało, zamiast taksówki, wybraliśmy azymut na Kryształowy Pałac, kopułę widoczną na wzgórzu w oddali.
Był to spacerek pod górę. Brukowaną drogą przypominającą mi rzymską ( z czasów cesarstwa) drogę we Włoszech. Ciekawa okolica, z ładnymi widokami. Sam Kryształowy Pałac okazał się czymś w rodzaju hali wystawienniczej, z punktem widokowym na górze. Ale widoków mieliśmy już dość. Zadowoliliśmy się czytaniem gazety na ławce ( nastolatek), podziwianiem pawi (rodzice) i wspinaniem na drzewa ( najmłodsza).
Jako, że okazało się, iż od hotelu dzieli nas już tylko 20 minut pieszo, ruszyliśmy dalej. Tym razem w dół, mijając tylko i ignorując kolejne atrakcje turystyczne: Wieżę Kleryków i księgarnię Lello.
Jeden dzień poświęciliśmy na wyprawę do Bragi. Wybraliśmy się z dworca São Bento, który jest pięknie udekorowany obrazami z płytek, niebieskich i kolorowych.
Zaskoczył nas koszt biletów. Bardzo pozytywnie. 13,3 euro za przejazd w dwie strony dla całej rodziny. Fakt, że podróż trwała 1:20 w jedną stronę, a nie 45 min, jak autem. Jednak podróż była o wiele ciekawsza i przyjemniejsza.
Jak się później okazało, pociąg był główną atrakcją dnia.
W Bradze zwiedziliśmy tylko dziedziniec katedry. Do samej katedry nie mogliśmy wejść, akurat trwała celebracja.
Potem jeszcze spacer po mieście, przekąska, i dwa place zabaw i byliśmy gotowi do podróży powrotnej pociągiem.
Ostatniego dnia lot mieliśmy dopiero wieczorem. Po wymeldowaniu się z hotelu, z dwiema walizkami ruszyliśmy na kolejną wyprawę, w kierunku jasnych plaż nad Atlantykiem i dużego parku miejskiego wypatrzonego na mapie Porto.
Podróż autobusem, piętrowym, również miała swój urok. Tu już cena przejazdu w porównaniu z tą pociągu, nie była tak miła. 2,5 euro za bilet kupiony na pokładzie autobusu dla każdej osoby.
Po wyjściu z autobusu zaskoczył nas deszcz. Zrobiliśmy sobie krótką przerwę w knajpce. Rozpogodziło się i poszliśmy nad ocean. Widoki piękne, plaża ogromna i jasna. Tylko ten wiatr. Nie dało się zbyt długo spacerować. I tak zakończyło się zaprószeniem jednego oka piaskiem i długim płaczem córki.
Dobrze, że na koniec dotarliśmy do parku. Tam było o wiele bardziej zacisznie. Zielono, trzy jeziorka, ptaki, kwiaty. Miło spędzony czas. Przypomniała mi się Polska. Morza i oceany są piękne, ale czas nad spokojną, słodką wodą też ma swój urok.
Po długim spacerze, z walizkami, udało się nam wyjść z parku i zamówić Bolta na lotnisko.
Jeszcze tylko 3 h spacerowania po lotnisku i kolejny sprawny lot na Maderę. Tym razem też udało się bez opóźnień.
Podsumowując, wycieczka do Porto była dość udana. Miło spędziliśmy czas, mimo niezbyt sprzyjającej pogody.
Porto jednak nas jakoś szczególnie nie urzekło. Nie na tyle, by zwiedzać je po raz kolejny. Może kiedyś, późniejszą wiosną czy latem, bym się tam jeszcze wybrała, zobaczyć, jak wygląda zielone i ciepłe.
Ewentualnie jeszcze mogłabym się wybrać, by coś załatwić. Na przykład zakupy w sklepie „Gastronomia słowiańska”, gdzie dzieci chciały kupić każdy produkt z polską etykietą, mi marzyła się kiszona kapusta( od Ptasiego Mleczka dzielnie odwróciłam wzrok), a kasjerka mówiła do nas po polsku (wzrusz).
Marzec, março. Jeszcze chwila, jeszcze moment i zacznie się maderskie lato, pora sucha. Już jest o wiele cieplej, zwłaszcza w dni bezdeszczowe, kiedy wilgotność powietrza jest ciut niższa.
Mimo przyjemnej pogody, ostatni tydzień był dość domowy. Przez kilka popołudni odwiedzały nas koleżanki córki. A w ciągu dnia załatwialiśmy różne sprawunki, wpasowując w międzyczas szkolne zadania. Nie pałam szaloną sympatią do zakupów. Jak coś jest potrzebne, to staram się planować maksymalnie jeden sklep, kierunek, dziennie. Tyle jestem w stanie znieść w miarę dobrym humorze. Zwłaszcza, że w tych wyprawach towarzyszy mi zwykle przynajmniej jedno dziecko.
Nasze wybory czytelnicze przeniosły nas w tym tygodniu w różne kierunki.
Przygoda dzika Toniego Halika. Mirosław Wlekły
Statkiem i pirogą płynęliśmy z głównym bohaterem rzekami Brazylii, zachwycając się florą i fauną. Niektóre zwierzaki i rośliny z opowieści znamy z naszych dotychczasowych wielu wizyt w ogrodach zoologicznych, botanicznych czy akwariach. Inne są dla nas nadal niespodzianką, choć możemy czytając niemal od razu sprawdzić w internecie, jak rzeczywiście wyglądają.
Pamiętam czytane w dzieciństwie, znalezione na strychu u babci, stare książki mamy. Wakacje na wsi, strych nad letnią kuchnią rozgrzany i duszny. A na nim karton pełen skarbów. Tomek wśród łowców głów, Alfreda Szklarskiego zapadł mi szczególnie w pamięć. (Jest chyba jeszcze ten egzemplarz w domu mamy, w stanie znacznej rozsypki.) To była przygoda! Te ilustracje i opisy przyrody, i długaśne przypisy naukowe drobnym druczkiem. Żadnego z tych zwierząt nie widziałam wtedy na własne oczy. Może część w telewizji i w encyklopediach. Nasze dzieci żyją w zupełnie innych czasach.
Świętujemy z liczbą Pi. Anna Cerasoli
Wchodzimy głębiej w temat, a jeszcze nie dotarliśmy do samej liczby Pi. Za to ostatnio poznaliśmy twierdzenie o sumie kątów trójkąta. Nie powaliło pierwszoklasistki zachwytem. Bardziej podoba się jej kontynuowana w kolejnych rozdziałach opowieść o Archimedesie.
Niepojęty. 100 opowiadań o Bogu i nauce. Louie Giglio
Ta książeczka gości tu już długo. Nie chcę jej jednak pomijać w tych cotygodniowych podsumowaniach. Przypomina mi, że i czytanie, i nauka czegokolwiek, to proces. Wytrwałe powtarzanie, nawet codzienne, do osiągnięcia wprawy, umiejętności czy wiedzy. Ostatni zachwyt z tej lektury- zdjęcie Błękitnej kropki, Ziemi, zrobione przez Voyager 1 przed 30 laty z odległości 6,4 mld km. Takie maleństwo względem Układu Słonecznego, a to cały nasz dom.
Czasami córka wyciąga archiwalne numery czasopism. Tym razem padło na listopadowy numer Stasia. Poczytałyśmy legendy o świętych oraz teksty o Polsce.
Idziemy za Tobą przez Wielki Post do Zmartwychwstania. M. Kita, D. Łoskot- Cichocka
Pierwszy tydzień Postu z tą pozycją, to rozpoznawanie znaków. Chmura, drzewo figowe, ziarno, chleb, baranek, góra to znaki, którym się przyglądaliśmy i odkrywaliśmy, co się za nimi chowa.
Pełna chata. Psie szczęście 2. Anna Lasoń- Zygadlewicz, czyta: autorka
Kolejny tom przygód Nero i jego psiej rodzinki w postaci audiobooka. Rodzinka się powiększa i przeżywa kolejne przygody. Bohaterowie tej książki już na stałe weszli nie tylko do naszej biblioteczki, ale też do naszego rodzinnego języka.
Cukierku, ty łobuzie! Waldemar Cichoń, czyta: Janusz Zadura
Tej książeczki nie znałam. Za czasów edukacji wczesnoszkolnej Starszaka nie była chyba jeszcze lekturą szkolną. A jest to dzisiejsze odkrycie i strzał w dziesiątkę. Prawie dosłownie, bo dzisiaj córka przesłuchała 9 z 10 wydanych części. Każda to około godzina. Można sobie wyobrazić, jak bardzo domowy mieliśmy dziś dzień. Wybór audiobooka został dokonany najpierw dzięki kotkowi na okładce. Ale kolejne części, to już zaciekawienie i rozbawienie przygodami książkowej rodzinki ludzko- kociej oraz sympatia do udanej interpretacji lektora. Oj, coś czuję, że na jednokrotnym przesłuchaniu serii się nie skończy.
Madeira. A short ilustrated history. By Madeira Story Center
Nowy nabytek w naszej biblioteczce. Krótka historia Madery skierowana do turystów. Przeczytałam z zaciekawienie. Dowiedziałam się sporo nowych rzeczy. Moim zdaniem przydałoby się odświeżenie pozycji, dodanie nowych zdjęć do działu o współczesności. Więcej ciekawostek skierowanych do młodszych odbiorców. I przydałaby się polska wersja językowa (choć mi osobiście nie przeszkadza czytanie po angielsku) Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że Polacy są piątą, co do liczebności, grupą turystów odwiedzających Maderę. Więcej jest tylko z Portugalii, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Francji.
Irlandzkie Łąki. Susanne Anne Mason
To z kolei przyczyna kolejnej zarwanej nocy. Autorka, której jeszcze nie znałam. Sama gatunek swojej twórczości określa, jako „romans posypany wiarą” (ang. Romance Sprinkled with Faith). Polecała jej książki Magdalena Marchlewska na swoim profilu instagramowym, dziewczynko_mowie_ci_wstan.
Historia wciągająca, kostiumowa (tak nazywam dla siebie książki, których akcja nie toczy się we współczesnych czasach), o prawdziwej miłości, pokonywaniu trudności i z happy- endem. Bardzo dobry środek relaksujący. Aplikować w rozsądnej dawce, i tylko, jeśli na drugi dzień nie potrzebujesz wcześnie wstać.
Cieszę się, że wzięłam sobie do serca radę koleżanki (Dzięki, Iza!), by pisać tu nie tylko o książkach z literatury dziecięcej. Warto nie dospać jedną noc w tygodniu, by poeksplorować inne światy i czasy.
Strasznie krótki ten luty, niby tylko 3 dni krótszy od stycznia, a mi jakby całego tygodnia zabrakło. Dobrze, że jest ta chwila na spojrzenie wstecz i podsumowanie. Docenienie i tego, co dobre, przyjemne, i tego, co trudne.
W edukacji domowej pierwszoklasistki naszej nadal dominuje unschooling, w rozumieniu braku form nauki stricte szkolnej, podążanie za zainteresowaniami, przyzwolenie na wypełnianie części czasu tym, co sama wybierze. A wybiera głównie:
spotkania z koleżankami( co ma często wymiar edukacyjny mimowolny, bo ich większość nie mówi po polsku)
Lepienie z plasteliny
Budowanie z Lego
Słuchanie audiobooków
Czytanie książek ( coraz więcej czyta sama)
Słuchanie książek i innych tekstów czytanych przez mamę
Skakanie po kanapie i fikołki
Granie w szachy ( uczenie mamy i koleżanek)
Gry, kodowanie, budowanie na tablecie
Planszówki i karcianki
swobodna zabawa z wyobraźnią
Stricte szkolne umiejętności ćwiczymy raz na kilka dni, jak się uda przysiąść. Dużo wiedzy wchłaniane jest przy czytaniu książek i rozmowach wszelakich.
Lutowe czytanie z Młodszą
Nauka w siódmej klasie jest już dużo bardziej sformalizowana. Egzaminów do zdania sporo( w sumie -naście). W tym miesiącu syn zdał dwa. Historię i język polski. Ten drugi, to jakoś tak z rozpędu, bo z założenia język polski, matematyka i języki obce, to przedmioty u nas całoroczne.
Do zdania został jeszcze drugi język obcy ( francuski, syn uczy się sam z aplikacją Memrise), geografia ( nauka w trakcie), matematyka oraz biologia i fizyka, jeszcze nie ruszane. A czas na zdanie do końca maja.
Co ciekawe zdać egzaminy mógłby wcześniej. Jako, że są to egzaminy klasyfikacyjne, nie obejmują np. całego materiału konkretnego podręcznika, ale podstawę programową dla tego przedmiotu na dany poziom edukacyjny.
To we mnie, jako głównej odpowiedzialnej za edukację domową naszych dzieci, jest jakaś potrzeba przerobienia przez dziecko całości materiału. A syn mój tej potrzeby nie ma. I po zdaniu egzaminu do materiału już nie wraca, bo nie widzi takiej potrzeby. No cóż. Pocieszam się w tych chwilach faktem, że gdyby chodził do szkoły, też nijak nie byłabym w stanie przekazać mu swojej sympatii do słowa pisanego w podręcznikach czy do zadań matematycznych. I robiłby tylko to, co by chciał, czy co nauczyciel by wymusił.
Jest to pewna wiedza o sobie wyniesiona z kurso- warsztatów „Jak odszkolnić się w edukacji domowej?” przeprowadzonych swego czasu przez Kornelię Orwat , gdzie dużym elementem był temat odszkolnienia się rodzica.
Autorka czytanego teraz tekstu osobiście w szkole kwitła, całkiem dobrze pasowała do ówczesnego systemu edukacji. Jeden z minusów tego wpasowania, to wyrównana sympatia do wszystkich przedmiotów i brak czasu oraz chęci na skupienie się na jednej konkretnej dziedzinie czy pasji. Poza czytaniem książek, nałogowym niemal i pisaniem ( brzydkim pismem) znacznych ilości listów, pamiętników i długich prac z języka polskiego. Po szkole średniej mi na długo przeszło. Dopiero od jakiegoś czasu wracam do pisania, między innymi na tym blogu.
Tak więc, moje odszkalnianie w edukacji domowej trwa. Aczkolwiek przychodzi z trudem. Niełatwo zaakceptować, że pierworodny potomek nie jest tak, jak mama, zachwycony możliwością rozwikływaniu równań matematycznych czy analizowania, co autor wiersza miał na myśli. Jest jednak wdzięczność, że miłość do słowa czytanego przekazać się udało( przykładem własnym i godzinami spędzonymi na czytaniu mu od tzw. kołyski).
Czyta mnóstwo sam. Ostatnie odkrycie to seria Felix, Net i Nika. Czytał niektóre dużo wcześniej, ale teraz jest na poziomie „To najlepsze książki, jakie czytałem!”.
Co więcej w tej naszej edukacji domowej w lutym?
Spotkania ( rodzina, znajomi, sąsiedzi) planowane, spontaniczne i przypadkowe.
Przypadkowe spotkanie na plaży i międzynarodowe ” kółko i krzyżyk” na kamieniachOdnowiona zeszłoroczna znajomość z chorwacką koleżankąKuzyni z PolskiJedno z wielu spotkań na FormosieNajmłodsza rodowita maderska koleżanka.
Karnawał na Maderze. Starszy niż w Rio. W końcu skądś do tego Rio został przywieziony.
Aktywności różne ( muzea, plaża, spacery, natura, znaleziska, codzienność- sprawunki, obowiązki itp)
Zwiedzanie wśród sprawunków.MonarchKocia lewadaNowe smakizaleje fala, czy nie zaleje?Nietrwała sztukaobserwacja przyrodnicza nieżywego kosa
Środa Popielcowa na Maderze i początek Wielkiego Postu.
Katedra, Funchal
Wystawa dzieł sztuki „Solidarity, Islands 2023” , rozpoczęcie w rocznicę ataku Rosji na Ukrainę. Trwa do 31 marca 2023, w Art Center Caravel. Na ich stronie jest wirtualna wersja wystawy. Część wystawy na I piętrze na prawo od wejścia odradzam zwiedzać z dziećmi. Jest moim zdaniem makabryczna i niepokojąca. Nie jest to coś, czego szukam w sztuce, i co chciałabym pokazywać moim dzieciom. Jednak mój 13latek, mimo moich ostrzeżeń, zdecydował się ogladnąć. I przez dłuższą chwilę nie mógł się otrząsnąć. Potrzebował czasu, by innymi obrazami zmazać te przykre wrażenia.
To co było bardzo fajne, to możliwość spotkania twórców obrazów i innych dzieł.
Kotek i kotekObrazy tego malarza najbardziej do mnie przemówiły. Z Chełmońskiego Jana dziełami mi się skojarzyły.Ulica Santa Mariaładne, ale i tak wolę realizma ten z zachodem słońca urzekł Starszaka
Miesiąc luty skończyliśmy bez męża i taty, który w sprawach biznesowych poleciał na ponad tydzień do Polski.
Z wdzięcznością patrząc w przeszłość, ruszamy w kolejny miesiąc. Będzie się działo. W planie pierwsza wycieczka z Madery w tym roku- kierunek Porto. A na koniec jeszcze może tydzień z dzieciakami w Polsce?
Wielki Post się zaczął kilka dni temu, choć Madera jeszcze ostatni dzień karnawałem żyje.
Trochę dziwnie przeżywa się te różne okresy roku, też liturgicznego, w prawie niezmiennej aurze i okolicznościach przyrody Madery. W klimacie umiarkowanym kontynentalnym, jak w Polsce, jest więcej tych znaczących zmian, które odnosimy też do swojego życia.
Te jesienne zbiory i obumieranie, nostalgia, zasypianie. Odpoczynek zimy. Napięcie przedwiośnia. Wypatrywanie, wyczekiwanie oznak wiosny. Kwietniowo-majowe szaleństwo rozwoju roślin, kwitnięcia. Letni wzrost, dojrzewanie stopniowe, życie na zewnątrz, bo ciepło.
Na Maderze jest to dla nas o wiele mniej widoczne. Jest bardziej stało, mało zmiennie, stabilnie. Ale wybija to też z pewnych przyzwyczajeń myślowych i pozwala skupić się na istocie rzeczy.
Jednak, zarówno w zmienności przyrody w Polsce, jak i w stałości na Maderze, książki w naszej codzienności i domowej edukacji są ciągle obecne.
Rzeka czasu. Podróż przez historię świata. Peter Goes
Wyciągnęliśmy kolejną książkę z zapasów przywiezionych z Polski. Wzbudziła duże zainteresowanie córki. Odnajduje tam niektórych znajomych z książki Jak dawniej żyły dzieci czy z książeczki o liczbie Pi ( słynne „Eureka!”). Ciekawe są ilustracje, takie prawie monochromatyczne. Dzięki temu zabiegowi, mimo mnogości postaci i zdarzeń, czytelnik nie czuje się aż tak przytłoczony. W tym tygodniu dotarłyśmy do starożytnej Grecji.
Idziemy za Tobą przez Wielki Post do Zmartwychwstania. Dorota Łoskot- Cichocka, Marek Kita
To pozycja bardzo wartościowa w naszej biblioteczce. Towarzyszy już nam w tym okresie wielkopostnym po raz czwarty. Rozważania są zwięzłe. Jednak nie dziecinne. Każde z nas wyciąga z nich coś dla siebie. Co ważne, zaplanowana jest na Wielki Post, Wielki Tydzień w Świętym Mieści oraz Oktawę Wielkanocną, aż do Święta Bożego Miłosierdzia. Do książki można dokupić planszę i książeczkę z postaciami czy symbolami do wycinania. Mieliśmy dwa razy. W zeszłym roku, ze względu na pobyt na Maderze, planszę narysowałam samodzielnie, a codzienne obrazki dorysowywaliśmy. W tym roku skserowaliśmy jedną stronę z książki i na niej dorysowujemy elementy z kolejnych dni.
Przygoda dzika Toniego Halika. Mirosław Wlekły
Pierwsza przygoda opisana w tej książeczce była na tyle dramatyczna i emocjonująca, że dopiero po prawie tygodniu przyniosła córka książkę do dalszego czytania. Skorzystałyśmy też z okazji by sprawdzić, czy to prawdziwe przygody prawdziwej osoby, czy fantazja pisarza. Oglądnęłyśmy fragment programu „Pieprz i wanilia”, którego pan Tony Halik był współprowadzącym. Ach, te wspomnienia z dzieciństwa- niedzielnych, rodzinnych chwil przed telewizorem. Jedyne ( poza książkami), dostępne dla mnie wtedy, okno na daleki świat.
Niepojęty. 100 opowiadań o Bogu i nauce. Louie Giglio.
W tym tygodniu czytaliśmy m.in. o dziwnych/wyjątkowych gwiazdach, powstawaniu skał oraz o skórze. Co ciekawe, nie tylko wspaniałość stworzenia, ale często króciutka modlitwa czy fragment Pisma Świętego towarzyszący opowiadaniu, dotyka serca. Nie tylko dziecka, ale też mamy. Cieszy mnie, że są jeszcze kolejne części tej książki.
Świętujemy z liczbą Pi. Anna Cerasoli
Powolutku przechodzimy przez kolejne rozdziały. Nie jest to, moim zdaniem, książka do szybkiego przeczytania dziecku. Fajnie jest pochodzić z zaprezentowanymi problemami matematycznymi, żeby trochę popracowały w umyśle.
Ostatni tydzień to zdecydowanie czas audiobooków. Po dwóch tygodniach licznych spotkań ze znajomymi z Polski, córka upomniała się o czas w samotności, wśród swoich zabawek. Lepienie z plasteliny, przebudowywanie budowli z Lego, przygody pluszaków z towarzyszącą opowieścią audio, to jest zdecydowanie to, co nasza pierwszoklasistka bardzo lubi. Do słuchania wybrała po raz kolejny Astrid LIngren przygody Lotty ( 2 książki) i dzieci z Bullerbyn.
Psie szczęście. Anna Lasoń- Zygadlewicz
Potem wróciła do jednego z pierwszych audiobooków przez nią słuchanych. Słuchała wtedy tej płyty ciągle i wciąż od początku, kilka razy przez kilka dni, ćwicząc umiejętność obsługi odtwarzacza CD. Psie szczęście, historia czytana na początku z papierowej książki przez mamę, a potem już tylko wersja audiobookowa w wykonaniu autorki, skradła serce córki. Ostatnio słyszałam opinię, że nagrania audiobooków w wykonaniu autorów książek nie są zwykle udane, i powinni się tym zajmować profesjonaliści. W tym wypadku się z tym zupełnie nie zgadzam. Pani Anna wspaniale ożywiła swoje postacie.
Samą opowieść polecam bardzo. To historia psa Nero, który wchodzi w dorosłe życie i szuka żony, by założyć z nią rodzinę. Bardzo podoba mi się w tej historii to, że zwierzęta pozostają w niej sobą, nie mają jakichś nadzwyczajnych umiejętności. Poza rozumieniem ludzkiej mowy. Uczłowieczone są jedynie ich myśli, uczucia, relacje, przeżycia. Książka pokazuje życie (właścicieli zwierząt i samych zwierzaków) oparte na prawdziwych wartościach. Na przyjaźni, miłości, wierze, rodzinie, wierności, poszukiwaniu prawdy, przebaczeniu. I co piękne, nie czyni Boga Wielkim Nieobecnym, ale pokazuje Go, jako troskliwego, obecnego, bliskiego i dostępnego dla każdego.
Polecam z czystym sercem całą serię. Są już w sumie trzy części, o kolejnych napiszę w przyszłości.
Skarb Calvady. Francine Rivers
W końcu udało mi się przeczytać pełnowymiarową książkę tylko dla siebie i własnej przyjemności. Polecały ją instagramowe znajome.
Od jakiegoś czasu nie czytam już książek bez poleceń od osób, które cenię, z którymi dzielę te same wartości. Nie chcę tracić czasu na pozycje znane, ale nie niosące w sobie wartości, albo kierujące moją uwagę nie tam, gdzie chcę, albo wprost szkodliwe. To też lekcja przerobiona we wczesnej młodości, kiedy czytałam wszystko, co mi w ręce wpadło. Z czasem odkryłam, że zbyt mocno przeżywam historie i odciskają na mnie nieścieralny prawie znak. Zwłaszcza dotyczy to dramatycznych historii prawdziwych, np. wojennych czy brutalnych kryminałów. Przestałam je czytać dla własnego zdrowia, bo malowane słowem obrazy zostawały w moim umyśle i sercu na długo, i były źródłem pewnego cierpienia. Nie znaczy to, że uciekam od prawdy. Wystarczą mi prawdziwe (sic!) fakty. Cenię sobie pracę historyków. Ale te same fakty, opisane we wciągającej opowieści, która mnie w ten świat przenosi, to za dużo. Szczególnie, gdy dobrego zakończenia nie ma.
Z powyższych powodów, kiedy już sięgam po książkę dla siebie (na czas odpoczynku, a nie zdobywania wiedzy), wybieram taką, która napełni mnie dobrem i nadzieją.
Skarb Calvady przeczytałam zarywając większość nocy. Ledwo się oderwałam, by chociaż trochę snu złapać, żeby zrzędliwością na rodzinie nie odreagować. Dokończyłam kolejnego dnia gotując obiad. Był to dobry czas spędzony w Ameryce pod koniec XIX wieku. Jest to historia pokonywania trudności, radzenia sobie z uprzedzeniami, szukania prawdy, odkrywania miłości i podejmowania działania, nie tylko dla dobra własnego, ale dla dobra całej społeczności. Nie jest to opowieść cukierkowa, bo czasy takie nie były. Dobrze oddaje realia tamtych lat i społeczeństwa Ameryki po wojnie secesyjnej. Chętnie sięgnę po kolejne powieści tej autorki, kiedy będę potrzebowała chwili resetu.